27 niedziela zwykła

W czasie letnim najczęściej słyszymy w Ewangeliach przypowieści związane ze żniwami zboża, kłosami, ziarnem, itp. W czasie wczesnej jesieni dominuje obraz winnicy, a winnica Pana jest Dom Izraela. Pan Jezus opowiada o tym jak niegodziwi rolnicy, którym Pan powierzył winnice sprzeciwiają się Jego sługom a potem posuwają się do najgorszego chcą przejąć winnice na własność więc zabijają Syna gospodarza, wyrzucając go z jego własnego dziedzictwa. Czy ktokolwiek słyszał o tym żeby można było legalnie przejąć majątek po zabitym człowieku? Czy śmierć dziedzica sprawia, że majątek można t tak za darmo przejąć? Tak może myśleć tylko ktoś skrajnie zuchwały. I właśnie Pan Jezus w tej przypowieści występuje przeciwko zuchwałości. Takiej szczególnej zuchwałości w której człowiek zapominając że żyje dzięki Bogu i na Bożym świecie, można powiedzieć: żyje z Boga, sprzeciwia się Bogu, chce Go wyrzucić ze świata i nawet w jakiś sposób uśmiercić. Jeśli nie może zabić Boga fizycznie to przynajmniej chce Go wykluczyć społecznie, zupełnie zredukować.

Jest takie opowiadanie science-fiction napisane przez Alana Granta, ale jest to czytelna metafora. Otóż na pewnej planecie mnisi sfrustrowani przestrzeganiem zasad, a szczególnie moralnych zakazów, postanowili potajemnie wynająć płatnego mordercę, aby złapał i zabił ich bóstwo, tzn. „boga” tej planety. Oczywiście zabójca wziął sporo pieniędzy ale zadania nie mógł spełnić, choć szukał po całej galaktyce. W końcu przekonał mnichów i mieszkańców planety że sami mogą się wyzwolić i swoje bóstwo obalić. I tak też zrobili tylko że w tym momencie planeta zapadła się i obróciła w pustkę. Tak smutno zakończyła się Pieśń o Winnicy zapisana przez proroka Izajasza, którą słyszeliśmy w I-szym czytaniu. Pracującym w winnicy czy nawet jej samej przeszkadzał mur, bo wydawało się że ogranicza wolność. Przeszkadzała im wieża strażnicza, bo wydawało się że winnica nie ma prywatności i jest ciągle obserwowana. Przeszkadzała tłocznia bo była widocznym wezwaniem do rodzenia owoców i miejscem gdzie owoce były wyciskane. Tłocznia jest symbolem sprawiedliwości a nawet gniewu na grzechy. Kiedy winnica Pana sama zdetronizowała swojego Właściciela oto co On uczynił: rozebrał mury i wieżę i przestał dbać i uprawiać swoją własność. I oto piękny ogród winogronowy stał się rumowiskiem i dziczą pełną zarośli i dzikich zwierząt, stał się nieprzydatny do niczego. Benedykt XVI mówił do swoich rodaków Niemców że Europa pozbywszy się chrześcijańskich wartości jakby wyrzuciła słońce z nieba a teraz sama zmaga się z ciemnością.

Kiedy zastanawiamy się np. nad historią rozbiorów Polski, dziwimy się jak to się stało, że nasz własny sejm je przegłosował? Odpowiedź znajdujemy w dzisiejszej przypowieści. Jaśnie panowie szlachtą zapatrzeni w złota wolność, w której szlachcic na zagrodzie był równy wojewodzie, uważali ziemię i ludzi zachowują własność. Nie podobała im się z jednej strony Polska słaba, w której król nie wiele znaczył i można było powiedzieć za klasykiem „Rzeczpospolita nierządem stoi”. Z drugiej strony nie podobały im się reformy Konstytucji 3 Maja, które zagrażały końcem złotej wolności w stylu „jedź, pij i popuszczaj pasa”. Zuchwali, lekkomyślni, krótkowzroczni zgodzili się na pozbycie samej ojczyzny myśląc że zachowają wszystko inne, zwłaszcza wolność i własny status quo. Zapomnieli, że to wszystko zawdzięczali może i słabej, ale własnej Ojczyźnie i bardzo szybko gorzko zapłakali pod butem zaborców.

Podobnie rzecz ma się z wiarą, która jest korzeniem, dzięki któremu nasza współczesna winnica rodzi jeszcze słodkie owoce. Kiedy pod koniec XVIII wieku w Europie zapanowały czasy Oświecenia, ówcześni wolnomyśliciele jak najbardziej uznali wszystkie wartości chrześcijańskie takie jak miłość, misja, bezinteresowność, miłosierdzie, heroizm, poświęcenie, itp. Ale jednocześnie zaczęli je zupełnie odcinać od korzenia, jakim jest Chrześcijańska wiara w Boga. Wyrzucić Boga a cieszyć się owocami wiary w Niego. Zabić Dziedzica, żeby posiąść Jego dziedzictwo. Szybko się okazało, że wspomniane wartości bez religijnego korzenia uschły na badyle. Myśliciele i wierzący jak Lewis czy Chesterton i niewierzący jak Kołakowski bili na alarm, że to koniec naszej współczesnej winnicy. Ale obecni przywódcy są głusi. Cały czas mają nadzieję, że jak się człowiekowi lepiej zapłaci, powoła na jakiś humanizm lub ochronę planety, lub szczytne ideały jedności, to człowiek znów zacznie być bezinteresowny, szczery, gotowy na poświęcenie, miłosierny itd. Nic bardziej mylnego. Człowiek dobrze opłacany może być co najwyżej solidny, ale nigdy nie będzie święty za pieniądze. Nigdy nie będzie prawdziwie powołany. A nie tylko kościół, ale i szkoła, i szpital, i wojsko, i policja i służby i urzędnicy i politycy tak jak i duchowni nie mogą być tylko solidni, muszą być naprawdę powołani. Inaczej nasza winnice stratują dziki i zagłuszą chaszcze.

Pan Jezus pyta na koniec swoich słuchaczy co zrobi właściciel winnicy kiedy wróci? Oni mówią że nędzników wytraci marnie a winnicę odda innym. Pan Jezus mówi jednak inaczej. Mówi, że odrzucony kamień stanie się kamieniem węgielnym nowej budowli. Wyrzucony z Winnicy dziedzic zasądzi dokoła siebie nową winnic, założy ją od nowa, otoczy murem i będzie strzegł z wieży, podczas gdy tamta zdziczeje. Ile już winnic zdziczało w ciągu historii i ile razy Bóg zakładał swoją winnicę od nowa? Trzeba będzie w końcu wybrać, do której winnicy chcemy należeć i dla której pracować i z której owoców korzystać. Nowe pędy i nowa winnica zdaje się rosnąć tuż przy tej starej, zdziczałej. Nie trzeba nawet się przeprowadzać, żeby podjąć nowe dzieło Boże. Tak dzieje się już powoli na Zachodzie i tak pewnie stanie się u nas.

XXVI Niedziela Zwykła

         Dzisiejsza Ewangelia to przypowieść o dwóch braciach. W czasach Pana Jezusa rodzice cieszyli się wielkim autorytetem i posłuszeństwem od dzieci. Wyrażało się to nawet w zwrotach. Oficjalnie przy ludziach syn zwracał się do ojca: „Panie” a do matki „Niewiasto”, natomiast rodzice mówili: „synu”, „córko”. Ale między dziećmi i rodzicami panuje przede wszystkim miłość, więc w zaciszu domostwa dzieci mówiły Abba, czyli Tato, a rodzice mówili: moje dziecko. Ta dzisiejsza prośba wyrażona przez Ojca nie jest oficjalnym, publicznym poleceniem rodzica. Ona pochodzi z dialogi domowego, z języka miłości: „dziecko, idź do winnicy”. Starszy syn jednak zachowuje zimny dystans: „idę Panie”. To od razu świadczy, że nie chce wyświadczyć ojcu dobrego uczynku z miłości, co najwyżej wypełnić oficjalny rozkaz ojca: zachować zewnętrzną poprawność, ale nic poza tym. Jest taka anegdota, w której w czasie górskiej wycieczki turysta pośliznął się nad przepaścią. I kiedy tak balansował tracąc równowagę zawołał: Boże jeśli mnie uratujesz, to codziennie będę w kościele! Noga się jednak zsunęła i spadł, ale nie daleko. Okazało się, że nie widział, że tuż pod skarpą przebiega górska droga na której akurat stał wóz z sianem. Kiedy miękko wylądował na sianie otrzepał się i patrząc w górę powiedział: Nie bierz tego na poważnie Panie Boże, w strachu człowiek nie myśli co mówi. Anegdota może i śmieszna, a może i smutna, bo obnaża naszą skłonność do składania pustych obietnic.

Żyjemy w czasach, w których chcemy wszystko ważyć i mierzyć, zatraciliśmy wiarę w to, co niewidzialne. Słowa ludzkie znaczą więc tyle, co wydychane powietrze, znaczą dla nas tyle, ile ważą. Nie jest to jakieś bicie na trwogę: znajomi pracownicy sądu mówili mi, że coraz częściej zdarzają się sprawy rozwodowe małżeństw, w których do zdrady doszło w pierwszym tygodniu po ślubie, a niechlubni „rekordziści” zdradzili się podczas ich wesela. Pamiętam inną sytuację z bierzmowania, kiedy tuż przed terminem udzielana sakramentu zgłosił się uczeń z pierwszej klasy liceum i bardzo usilnie prosił o przyjęcie go do grupy. Ponieważ sakrament był tuż tuż, obiecał, nawet przysiągł wobec krzyża, że jest poważnym człowiekiem i nadrobi wszystko, co trzeba z pytań praktyk i choć dotąd nie chodził do kościoła za często to jednak teraz mówił: „będzie mnie ksiądz widział co niedziela, przysięgam”. Dodałem go do internetowej grupy, na której pisałem ogłoszenia dla młodzieży. Po Mszy św., na której ks. biskup udzielił sakramentu wróciłem do siebie, wszedłem na Internet i chciałem napisać na grupie, że wszystkim dziękuję za współpracę i cieszę się, ze przyjęli sakrament. Zastałem tam jednak informację, że ów uczeń obiecujący niedawno gorliwość opuścił grupę 5 minut po Mszy św. Jakbym słyszał głos starszego brata z Ewangelii: „pójdę, przyjdę, zrobię...”, lecz nie poszedł i tyle go widzieliśmy.

Młodszy brat powiedział Ojcu: „nie chcę”, ale potem opamiętał się i poszedł. Tam nie ma słowa „nawrócił się”, tylko jest słowo mocniejsze: opamiętał się, to znaczy coś nim wstrząsnęło. Zapewne zrozumiał, jak mógł poczuć się Ojciec, kiedy on tak szorstko odpowiedział na miłosne wezwanie. Tu przypomina mi się inny przykład. Było to w czasach, kiedy ludzie bardzo szanowali ważne wydarzenia religijne. Kiedy parafii były misje, to szli wszyscy, nawet ci co się nie narzucali Panu Bogu. I przyszedł na naukę misyjna lokalny pijaczek, któremu alkohol już zabrał zdrowie i był głuchy. Misje dotyczyły trzeźwości i misjonarz zawołał z ambony, żeby każdy kto chce teraz przyrzec Panu Bogu, że nie tknie alkoholu cały wielki post, żeby podniósł prawą rękę i tu i teraz Bogu obiecał. Podnosiło wielu, podniósł i pijaczek, który nie słyszał o co chodzi. Dopiero po nauce powiedzieli mu głośno, że właśnie złożył przyrzecznie abstynencji na cały post. Wtedy ten pijaczek przeraził się śmiertelnie. Pobiegł pod zakrystię i złapał jeszcze wychodzącego misjonarza i prosił, żeby go zwolnił z tej przysięgi, bo on w życiu by się tak nie zobowiązał. Misjonarz rozmawiał z nim długo, uśmiechnął się, zrobił znak krzyża i mówił; bracie zwalniam cię z obietnicy. Ten odczuł wielka ulgę, ale tego wieczoru nie widzieli go już w knajpie. Nie wiem czy coś się zmieniło w jego życiu, ale przynajmniej wykazał się pokorą i szczerością. Zupełnie jak młodszy brat z Ewangelii.

Pytał kiedyś księdza na katechezie jeden z uczniów z podstawówki: „Proszę księdza, czy jak po całym tygodniu nauki i wstawanie do szkoły nie chce mi się wstać w niedzielę do kościoła to czy mam grzech?” Ksiądz mu odpowiedział: „nie masz grzechu jeśli ci się nie chce, bo wiedz, że mi też prawie co niedziela nie chce się wstawać do kościoła”. Uczeń spytał: „jak to, przecież ksiądz wstaje”. No właśnie, grzechem nie jest to, że się nie chce. Grzechem jest to, że się nie wstanie i nie pójdzie. Czy każdej mamie zawsze chciało się wstawać rano, żeby zrobić dzieciom jeść? Może się wiele razy nie chciało, ale zawsze wstawała i na tym polega wielkość i wolność człowieka. Nie jestem niewolnikiem własnego „nie chce się”. Toż i Pan Jezus w ogrójcu wcale nie wołał: oj jak chętnie pójdę na krzyż! Lecz wołał pocąc się krwią: nie chce tego kielicha, ale nie moja, ale Twoja wola niech się stanie. Celnicy, grzesznicy i nierządnice wchodzą przed wami do nieba – powiedział Pan Jezus do faryzeuszy. Wchodzą tam nie za swoje grzechy, ale za opamiętanie w porę i wejście do Bożej winnicy drogą sprawiedliwości.

 

         Dzisiejsza Ewangelia na pierwszy rzut oka kończy się źle. Ale tak naprawdę jest Dobrą Nowiną o Bożym Miłosierdziu. Na świecie spotykamy się z wieloma bardzo negatywnymi zjawiskami. Są to: wojna, zemsta, zdrada, tortura, krzywda, prześladowania, znęcanie się nad słabszymi i wiele innych. Przyzwyczailiśmy się, żeby oskarżać się nawzajem o to, kto to wszystko wynalazł, albo przynajmniej poszukać pierwszych winnych. Śpiewał o tym Marek Grechuta w poetyckiej piosence Korowód: „Kto pierwszy w nas rozpoznał kto wrogów? kto przyjaciół? Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic? A kto nie umiał zasnąć nim nie wymyślił granic? Kto pierwszy w noc bezsenną wymyślił wielką armię? Kto został bohaterem? Kto żył i umarł marnie? Kto pierwszy został panem? Kto pierwszy został sługą? Kto musiał wstawać wcześnie, a kto mógł spać za długo?” Okazuje się jednak że wszystkie formy nienawiści w swoich początkach znikają gdzieś w mroku dziejów – są tak stare jak sama nasza cywilizacja. Biblia opisuje, że to co złe powstało w potomstwie Kaina – pierwszego zabójcy. Jego potomek Lamek wymyślił, że pomści się nie 7, ale 77 razy na każdym (nawet na dziecku), kto będzie mu coś winien. Widzimy dwie prawdy o nienawiści. Pierwsza jest taka, że ona leży w naturze człowieka zepsutej przez grzech pierworodny. Druga jest taka, że nienawiść jest zawsze domeną ludzi słabych: objawia się agresją i krzywdą względem jeszcze słabszych (jak Lamek względem dziecka), a milczącą ukrytą złością wobec silniejszych. Nienawistnik nie zaatakuje silniejszego, bo się sam boi o siebie, jak każdy egoista. Pan Jezus zachęca Piotra i każdego i każdą z nas żeby przebaczać „nie 7 ale 77 razy”, to znaczy żeby odmienić tę zepsutą przez nienawiść naturę dzieci kainowych na miłosierną naturę dzieci Bożych.

         Nienawiść jest brzemieniem ludzkiej natury. Skoro tak, to jak na ten ciężar i tragedię człowieka reaguje Bóg? Dokładnie tak jak pan w dzisiejszej przypowieści. Przyprowadzają mu dłużnika, który jest mu winien cały ogromny, wręcz niewyobrażalny majątek. Przetłumaczono go na 10000 talentów, ale tam w oryginale jest słowo „miriad” co oznacza ogromną, niepoliczoną ilość. Dłużnika przyprowadzono, bo tylko ten unika wzroku i towarzystwa Pana, kto jest Mu coś naprawdę winien. Czynie taka jest właśnie przyczyna pustych ławek w kościele i w szkole na katechezie? Przyparty do muru dłużnik prosi o cierpliwość i obiecuje oddanie. Ta obietnica to gruszki na wierzbie. Nie jest w stanie oddać i jeszcze kłamie, bo się nie przyzna, że w całości zależny jest od Pana. Nie pozwala mu pycha i egoizm – niejako rodzice nienawiści. Obaj wiedzą, że dług jest nie do spłacenia i że sługa nie wyleczył się z pychy i kłamstwa. Pan początkowo chciał się pozbyć złego sługi i jego skażonej złem rodziny, ale jednak się zlitował – dosłownie: okazał miłosierdzie, tak za nic, i darował mu cały dług. Pan się zmiłował, bo zna naturę swojego sługi i wie, że miłosierdzie jest tu jedyną nadzieją. Przebaczenie tłumaczy się tu dosłownie jako: odrzucenie za siebie, odrzucenie daleko, poza zasięg wzroku czyjegoś długu, czyjejś winy. Pismo Święte mówi: „jak odległy jest wschód od zachodu, tak daleko odsunął od nas nasze winy. […] Wie On z czegośmy powstali, pamięta, że jesteśmy prochem”. Ta cała scena miała być lekcją, może gorzką, ale prawdziwą dla sługi zaślepionego pychą. Miała być gorzkim lekarstwem na chorobę nienawiści. Okazało się, że sługa spotkał niedługo po tym innego sługę. 100 denarów to było 100 dni pracy, realne do oddania lub odrobku. Ale nienawistny wierzyciel nie chciał. Choć za jego dług Pan chciał go sprzedać, on wymierzył znacznie gorszą karę: wtrącił współsługę do więzienia dla dłużników. W tamtych czasach było to straszne miejsce. Dozorcy w takim więzieniu nie tylko pilnowali, żeby ktoś nie uciekł, ale po jakimś czasie ograniczali jedzenie i zaczynali męczyć, wręcz katować więźnia, żeby rodzina robiła co mogła i oddała dług. Kiedy Pan się o tym dowiedział, zgotował mu los dokładnie taki, jaki nienawistnik zgotował swojej ofierze. Wydał go dozorcom więzienia dla dłużników, gdzie miał być męczony dopóki nie odda długu. Pamiętamy jednak, że dług był nieskończony, więc więzienie i męka stała się wieczna i to jest piekło. Nie wymyślił go Pan, ale człowiek człowiekowi zgotował ten los, ale potem sam musiał go doświadczyć. Męki piekielnej nie musi wymyślać nawet sam diabeł. Wystarczy, że posłucha czego człowiek w nienawiści życzy bliźniemu i po prostu wcieli te pomysły w życie. Wielu świętych, którym dane było zobaczyć piekło jako największy upadek człowieka pisało retorycznie, że ci na drodze do potępienia nawet nie zdają sobie sprawy jaki los sobie gotują.

Ignacy Krasicki pisze: „Dewotce służebnica w czymsi przewiniła, właśnie wtenczas gdy ona pacierze kończyła. Obróciwszy się przeto z gniewem do dziewczyny, mówiąc właśnie te słowa: i odpuść nam winy jak i my odpuszczamy – biła bez litości. Uchowaj Panie Boże takiej pobożności”. Miłosierdzie odniesie tryumf nad sądem i piekłem. Miłosierny człowiek nie pójdzie do piekła. Miłosierdzia jednak nie da się wyświadczyć tylko raz. Raz po raz będą przychodziły pokusy rozpamiętywania cudzych długów i własnych krzywd. Codzienna modlitwa Ojcze nasz, a szczególnie słowa: „Odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy” są wezwaniem do tego, żeby ciągle odrzucać za siebie grzechy bliźnich.

 

         Dzisiejsza Ewangelia to znana przypowieść o robotnikach w winnicy. Winnica jest oczywiście symbolem Bożego Królestwa. Św. Grzegorz Wielki wyjaśniał ją na dwa sposoby. Z jednej strony Pan Bóg w różnym czasie powołuje różne narody do swojego królestwa, to znaczy wyznacza każdemu narodowi jakiś szczególny czas, wychodzi po niego przez znaki w postaci świętych, objawień czy wydarzeń historycznych. Jest to czas by wyciągnąć ręce z kieszeni i przestać się snuć po agorach tego świata i wejść do Królestwa Bożego. Może takie wezwanie dla nas dzieje się na naszych oczach, kiedy z jednej strony piętnują nas Polaków za zacofanie a z drugiej poszczególni ludzie z zachodu i wschodu podziwiają nas za porządek, bezpieczeństwo i kręgosłup moralny? Św. Grzegorz mówi też o indywidualnym wezwaniu skierowanym do każdego z nas. W Ewangelii mamy godzinę szóstą, dziewiątą, jedenastą, czas płynie, czas ucieka, a wieczność czeka. Skąd mogę wiedzieć, czy godzina, która właśnie bije w moim życiu jest jego południem? A może to już ostatnia godzina i więcej nie będzie?

         Przypowieść ta jest przestrogą przed postawą faryzejską. To, że jedni pracują dłużej a inni dłużej przeżywają niepewność czy ktoś ich w ogóle wynajmie nie ma związku z zapłatą – wszyscy dostają po denarze. Zbawienia nie da się kupić, ono zawsze jest łaską od dobrego Boga. Człowiek uchodzący w swoich oczach za sprawiedliwego jest tak samo daleko od doskonałości Bożej jak autentycznie poszukujący. Nie ma też dróg łatwiejszych i trudniejszych. Może ktoś pracuje w Bożej Winnicy dłużej, ale za to z większą pewnością i blisko kochającego Gospodarza. Może ktoś nawrócił się później i pracował krócej, ale o ile więcej ryzykował błąkając się po świecie? Nie ma co zazdrościć bliźniemu łaski Bożej.

         Na koniec następuje moment sądu – sprawdzian dla pracujących. Tych najwcześniej zatrudnionych Pan wynagradza na koniec, żeby sprawdzić jak zareagują. Człowiek tak często nie umie cieszyć się z tego kim jest czy uszanować własnej relacji z Panem Bogiem, ale jedynym kryterium jego samooceny jest porównywanie się z innymi. Denar to była normalna uczciwa i godziwa zapłata, ale ci ludzie czuli się pokrzywdzeni na wyrost. Nas często nie boli własna strata, ale zysk bliźniego. Włoski kompozytor Antonio Salieri jako dziecko chodził do kościoła ufundowanego przez kupców. Ktoś tam na ołtarzu wymalował wizerunek Pana Boga, do którego pozował stary kupiec. Na fresku Bóg miał twarz i oczy handlarza i mały Antonio wychowany w kupieckiej rodzinie od dziecka uczył się „transakcji” z Bogiem. Za łaski czy szkolne sukcesy „płacił” postami, modlitwami czy dobrymi uczynkami. A kiedy chciał coś dla siebie wyprosić to zwiększał liczbę pacierzy, dobrych uczynków i postów. Miał marzenie zostać najwybitniejszym kompozytorem na świecie. W tym celu ożenił się z rozsądku, złożył ślub czystości, pomagał ubogim ucząc muzyki i hojnie dawał jałmużny oraz pisał muzykę do kościołów a także należał do wszystkich charytatywnych stowarzyszeń. Rzeczywiście po pewnym czasie stał się nadwornym muzykiem cesarza Józefa II i pisał wspaniałe utwory i opery. Tyle, że w tym samym czasie pojawił się inny utalentowany muzyk i kompozytor Wolfgang Amadeusz Mozart. Salieri był dobrym muzycznym rzemieślnikiem, ale talentem nie dorastał Mozartowi do pięt. Jak opisuje znany dramat, włoski muzyk obraził się na Boga. Uważał, że Bóg jest mu coś winien za całe życie pełne pobożności, czystości, poświęcenia i dobrych uczynków. Stało się jednak inaczej. Dziś praktycznie każdy zna to nazwisko, a wielu nawet kojarzy jego melodie, zaś o Salierim mało kto pamięta. Włoski muzyk zachował się tak, jak robotnicy w winnicy: zamiast cieszyć się swoją sławą i dorobkiem zazdrościł chorobliwie talentu, czegoś, co daje tylko Bóg. Zazdrościł bliźniemu denara.

Robotnicy pracujący od pierwszej godziny maja pretensje do Pana: „oto my tyle czasu znosiliśmy ciężar dnia i spiekoty”. Ich zazdrość obnażyła smutną prawdę: praca w Winnicy Bożego Królestwa nie dawała im satysfakcji, ale była traktowana jako udręka. To tak jakby wierny powiedział do Boga po śmierci: to Ty Boże chcesz posadzić w niebie nawróconego grzesznika obok mnie, który tyle lat znosiłem ciężar wiary i przyjaźni z Tobą. Jeśli wiara i przyjaźń z Bogiem są ci takim ciężarem, to może nie pchaj się do nieba, gdzie żyje się z Bogiem na wieki?

         Ewangelia używa również takiego zwrotu: „czemu patrzysz złym okiem na to, że jestem dobry?” Jedna wierząca kobieta w naszym kraju z XXI wieku powiedziała mi kiedyś: niech ksiądz mówi co chce, ale ja wierzę w te „ślepia”. Jak taki jeden konkretny sąsiad czy sąsiadka na coś popatrzy i nawet pochwali, to na pewno się nie uda: plon będzie lichy, kurczęta czy prosięta wyzdychają, itp. W starożytności, tak jak dzisiaj miejscami u nas, wierzono w uroki rzucane za pomocą tzw. złego oka. Dzisiejsza Ewangelia naprawia te przesądy. To nie urok rzucany złym okiem szkodzi. Złe oko to oko zazdrosne, a to zazdrość niszczy, wysusza i uśmierca. Zazdrość jest grzechem który marnuje własne dary jakie mamy od Boga. Spróbujmy cieszyć się darami własnymi i bliźnich. Bóg w niebie koronuje tak naprawdę dary, które sam rozdał. Spróbujmy co wieczór wymienić na modlitwie 3 dary, które mamy od Boga bez naszych zasług, a to szybko uleczy nas z zazdrości.

Dzisiejsza Ewangelia jest kontynuacją Ewangelii z poprzedniej niedzieli. Pan Jezus powiedział wtedy do Piotra że jest błogosławiony, że jest skalą, że da mu klucze Królestwa Niebieskiego. Skąd wzięła się taka nagła zmiana nastroju? Przypomnijmy sobie scenę pierwszego kuszenia na pustyni zaraz na początku działalności Pana Jezusa. Tam jedna z pokus brzmiała: jeśli jesteś Synem Bożym rzuć się w dół. Diabeł perfidnie zacytował nawet Pismo Święte: Aniołom moim rozkaże o tobie a na rękach nosicie będą abyś nie uraził swojej stopy o kamień, dosłownie abyś nie potknął się o kamień. To są słowa Pisma Świętego ale za nimi wtedy nie krył się Bóg. Sam szatan użył ich jako maski za którą się schował. Pan Jezus rozpoznał go doskonale i powiedział wtedy te same słowa co dzisiaj: zejdź mi z oczu szatanie (zapisane po grecku jako apage satana). Przez wieki były one używane jako mały egzorcyzm, powtarzali je duchowni i świeccy w silnych pokusach. Skoro szatan kiedyś miał czelność żeby schować się za Pismem Świętym to nie dziwi nas że dzisiaj schował się bezczelnie za słabym człowiekiem św. Piotrem. Pan Jezus rozpoznał doskonale kto podsunął te myśli Piotrowi. Powiedział więc tak samo jak dawniej: apage satana. Nie powiedział tego do Piotra bo przecież kochał go jako ucznia, ale powiedział to do ducha który właśnie Piotra kusił.

Bardzo ciekawy jest ten zwrot: jesteś mi zawadą. Jest tam użyte słowo skandalon, może być ono zrozumiane jako zgorszenie. Jesteś mi zgorszeniem. Ale to słowo pochodzi od kłusowników. Kiedy dawni kłusownicy zakładali pułapki na zwierzęta szukali najpierw jakiejś ścieżki czy wąskiego przejścia między skałami. Naginali nad tym przejściem drzewko, mocowali na nim pętlę, kładli ją na ścieżce i przyciskali kamieniami. Taki kamień nazywał się właśnie skandalon. Biegnące zwierzę potrącało go łapą czy kopytem, zaczepiało się o niego potykało się. Kamień odskakiwał, a pułapka zaciskała się na nodze i to była zguba. Zatem tydzień temu Pan Jezus powiedział do Piotra ty jesteś kamieniem (petros) na którym zbuduję mój Kościół. Jesteś kamieniem węgielnym kiedy mówisz to co podpowiada ci Bóg. Nie ciało i krew ale mój Ojciec w niebie. Ale kiedy mówisz to, co podpowiada ci szatan to jesteś kamieniem połknięcia, kamieniem pułapką, kamieniem, o który można tylko urazić nogę.

Każdy z nas jest takim kamieniem przy drogach życia naszych bliźnich a bliźni są kamieniami przy naszych drogach. Od naszego nastawienia zależy czy dla Boga i bliźniego będę kamieniem węgielnym, na którym Bóg może zbudować jakieś dobre dzieło albo bliźni zbudować na mnie rodzinę, zaufanie, przyjaźń, czy jestem kamieniem, o który bliźni może się tylko potknąć, przez który bliźni wpada w pułapkę. Ile razy tak było że zaczynałem temat, jakieś oskarżenia plotki, napuszczałem jednego na drugiego, potem ja spokojnie odchodzę a bliźni toczą wojnę między sobą, wojnę, którą ja wywołałem, stałem się kamieniem pułapką, pozwoliłem zeb6 zły duch mnie użył do rozsiewania grzechu i zła. Ile razy namówiłem kogoś na niewinne piwo np. Sam grzecznie wróciłem do domu ale bliźni który miał problem z alkoholem upił się całkowicie… ile razy już tak było że jeden młody człowiek podła drugiemu narkotyk ot tam żeby było miło. Potem jemu się nic nie stało, a bliźni z dnia na dzień wpadł w uzależnienie. Czasem życie człowieka jes5 jak poustawiane klocki domina. Ja dam się skusić i przewrócę mu tylko jeden, sam odejdę spokojnie ale życie bliźniego, jego małżeństwo, jego reputacja, jego wątłe zdrowie psychiczne może się posypać jak domino. Panie Boże odtąd nie pozwolę żeby się diabeł mną posługiwał do kuszenia innych. Nie chce być dla nikogo kamieniem, pod którym jest pułapka.

Ojcowie Kościoła przed wiekami a Benedykt XVI współcześnie rozumieli słowa dzisiejszej Ewangelii jeszcze nieco inaczej. Pozornie niemiłe słowa: zejdź mi z oczu mogą oznaczać: nie wychodź przede mnie, idź za mną. Nie uczeń ma prowadzić Mistrza ale Mistrz ucznia. Wiara nie polega na tym że Ty czy ja mamy dyktować Panu Bogu nasze warunki. Wszystko żeby było lekko łatwo i przyjemnie. Wiara polega na tym, że to Bóg stawia warunki nam, nie tyle stawia, co sam przez nie prowadzi. Sam nie korzystał ze sposobności aby na równi być z Bogiem ale ogołocił samego siebie. I nas wzywa, żebyśmy zaparli się siebie samych. Dosłownie zrezygnowali z siebie, wyrzekli się siebie samych. Łatwiej jest wyrzec się rzeczy, nawet okazać hojność czy podzielić się. Najtrudniej jest zrezygnować z własnych planów czy mrzonek czy z własnej wizji na świat rodzinę kościół i parafię. Sw. Piotr jeszcze długo się uczył. Nawet w czasie męki Pana Jezusa jeszcze nie zaparł się siebie tylko zaparł się Jego. Pan Jezus czekał jednak cierpliwie. Czekał na Piotra i na nas czeka. Uczmy się tego codziennie.

Strona 1 z 89

logo

caritas

Liturgia na dziś

Copyright © 2026 Parafia Św. Józefa w Sandomierzu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.
DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd