Kilka myśli na niedzielę
XX Niedziela Zwykła
Dzisiejszą Ewangelię tytułuje się „wiara kobiety kananejskiej”. Kanaan (tak się nazywał pierwotnie kraj ziemi obiecanej) to był syn bliblijnego Chama. Nazwać kogoś „Kananejczykiem/Kananejką” to była obelga podobnie jak to pierwsze słowo. Bardziej kulturalnie powiedzielibyśmy wiara ignorantki, albo wiara „prymitywki” jeśli jest takie słowo. Oksymoron tu mamy: coś pięknego i godnego pochwały w takim podłym otoczeniu.
Pan Jezus odchodzi ze swojej ziemi zawiedziony – nie został przyjęty ani zrozumiany. Idzie z uczniami do ziemi pogańskiej a poganie tyle byli warci w oczach uczniów co zwierzęta. Tymczasem przychodzi matka troszcząca się o swoje dziecko, to jest odruch, który powinien wzbudzać solidarność i humanizm. Córka poganki jest dręczona przez złego ducha – jest to częsty efekt praktyk magicznych, okultystycznych jakie stosowali poganie. Pan Jezus staje przed nią jako jej odrzucony Stwórca i Bóg, zamiast którego wybrała demony i bożki. Kobieta zwraca się do Niego zwrotem dobrze nam znanym zapisanym po grecku jako Kyrie eleison! Panie zmiłuj się! Ten zwrot oznacza początek modlitwy: odmawia się go na początek Mszy Świętej, litanii i innych nabożeństw. Są takie obrazy Matki Bożej kiedy Matka Boża przytula do policzka Dzieciątko Jezus, np. w Kalwarii Zebrzydowskiej. Taki obraz ikonę nazywa się eleusa. Kyrie eleison znaczy dosłownie Panie okaż czułość, jak matka, wzrusz się, zlituj się, a nawet Pani przytul! W Starym Testamencie to słowo oznaczało tez przymierze, obietnicę. Więc można zrozumieć je jeszcze lepiej: Panie, zmiłuj się jak obiecałeś! To jest wyznanie wiary w przymierze człowieka z Bogiem, wiary w Jego obietnicę, w której wypełnienie nie wierzyli Izraelici.
W dawnych czasach kiedy jedzono nie używano sztućców. Jedzono palcami, a te palce wycierano potem o chleb o taki placek i te kawałki chleba pachnącego potrawami rzucano pieskom domowym i szczeniakom, które tam czatowały pod stołami tak jak nasze pieski i kotki dzisiaj. Dzisiaj to by pewnie zwierzę nie ruszyło chleba z zapachem, chciałoby mięska, ale tamte były głodne i ten zapach wystarczał. Tam gdzie w Biblii pojawia się zapach często jest mowa o łasce Bożej. Te okruszki ze stołu pachną łaska Boga, którą odrzuciły dzieci Izraela. W dzisiejszej Ewangelii łaska Boża przekracza bariery prawa.
My dzisiaj żyjemy w epoce domagania się praw. W wielu miejscach, także w kościele czy w religii przyjmujemy rolę klientów, a klient ma rację, nasz klient nasz pan, a szafarze kościelni nie powinni gryźć ręki, która ich karmi. Ale jest prawo, które pewnych osób nie dopuszcza do stołu pańskiego. Osoby żyjące w powtórnych związkach po wcześniejszych ślubach kościelnych, osoby o nieuregulowanej sytuacji małżeńskiej żyjący jako partnerzy gdy mogą wziąć ślub, osoby jawnie sprzeciwiające się prawdom wiary i moralności (może są to trudne prawdy lub dla nich niezrozumiałe, ale póki co nieakceptowane), osoby z innej wiary choć zapewne każdy powie, że Pan Bóg jest jeden, osoby żyjące według różnych orientacji, innych niż naturalna, osoby nienaturalnie podchodzące do swojej płci itd. Wiele takich osób mogłoby stanąć w jednym szeregu z kobietą kananejską z dzisiejszej Ewangelii wobec tego, że tak wielu katolików, którzy mogliby zasiadać do uczty eucharystycznej już dawno tu nie przychodzi. Takich kobiet i mężczyzn kananejskich zdaje się być dzisiaj coraz więcej. Co oni wszyscy mogą dostać od Pana Jezusa? To zależy od postawy, którą przyjmą. Jeśli zawołają Panie dawaj! Bo mi się należy, bo mam prawo, bo nikt mi nie będzie mówił jak mam żyć, to staną w jednym rzędzie z faryzeuszami, od których dzisiaj Pan Jezus odszedł. A jeśli powiedzą Panie przytul, Panie ulituj się jak obiecałeś! Panie na dziś nie umiem inaczej żyć! Panie wiem, że nie mogę spożywać chleba, ale nie broń mi, nie żałuj okruszków, to Pan Jezus powie dzisiaj o jak wielka jest twoja wiara człowieku! Niech ci się stanie wszystko o co prosisz! Bo prawo nie przeszkadza Łasce Bożej rozlewać swojej woni, prawo nie zabrania prosić o zmiłowanie, nie zabroni mieć w Chrystusie swojego Boga, który jest wierny obietnicom złożonym ludziom, choć ci ostatni pakują się czasem w rożne kłopoty.
Ojcowie Kościoła zastanawiali się jeszcze nad dzisiejszą Ewangelią, a szczególnie nad milczeniem Pana Jezusa, nad tym, że nie od razu wysłuchał tej kobiety. Św. Jan Chryzostom, św. Augustyn i św. Hieronim komentowali ten fragment. Mówili, że Pan Jezus wie, co kryje się w sercu człowieka. Gdyby zareagował od razu, cnota wiary pozostałaby w ukryciu. Ale kiedy milczał, wiara i pokora kobiety został objawione jako przykład dla apostołów i nas, którzy po wiekach czytamy te słowa. Milczenie Boga nie jest odmową. Jest zaproszeniem, jest szansą, żeby ujawniło się wnętrze człowieka. A jeśli nawet ujawni się, że jest w sercu źle? Że nie ma cierpliwości, pokory, wiary tylko roszczenia, nerwy, poczucie krzywdy? To nawet nieźle, jeśli problem jest jawny, to przynajmniej wiem, za co się wziąć i co zmienić. A do czego służy Ewangelia jeśli nie do zmiany życia na lepsze?
Wniebowzięcie
Dzisiejsza uroczystość jest dla wiernych świętem radości i nadziei. Bóg ostatecznie tryumfuje nad złym duchem. Dokonuje tego przez swoją najmniejszą i najbardziej pokorną służebnicę. Pozycja ubogiej kobiety w tamtym społeczeństwie była niska, a właśnie przez Nią dokonało się zwycięstwo. Gdyby Bóg pokonał złego ducha sam, zły musiałby się ugiąć pod jego mocą. Mógłby wtedy jednak usprawiedliwiać się, że przecież z Bogiem nikt nie ma realnych szans a Bóg zwyciężył w nierównej walce. Pokonane zostałyby wszystkie siły zła poza pychą. Pycha potrafi nawet w klęsce obwinić innych i znaleźć usprawiedliwienie. Tymczasem zwycięstwo przyszło przez pokorną i czystą nastoletnią dziewicę. Najpiękniejszy owoc ziemi, najlepsze arcydzieło Bożej Miłości i Łaski. Takie zwycięstwo nie tylko obezwładnia złego ducha, ale kruszy w proch jego ulubiony oręż czyli pychę. Dobro zwycięża ostatecznie a zło jest ostatecznie upokorzone.
Radosna pieśń, którą słyszymy w Ewangelii pokazuje, że dusza Maryi przez całe życie była i jest przy Bogu, niejako niebie. Dzisiaj z duszą łączy się ciało czyli całe jestestwo Maryi. Mówi Ewangelia, że gdzie skarb twój tam serce twoje. Maryja jest całe życie sercem przy Bogu, ale ciałem żyje na ziemi, a więc Jej życie jest jedną wielką tęsknotą za niebem, za którym dzisiaj już tak mało z nas tęskni.
Każdy z nas wierzy w Boga i niebo. Ale dzisiaj Pan bóg przez cud wniebowzięcia Maryi daje nam coś więcej – daje nam nadzieję. Nadzieja różni się od wiary jednym ważnym szczegółem. Zarówno wiara i nadzieja każą nam się spodziewać tego, co nadejdzie. Ale wierzy się w coś, czego się jeszcze nie poznało, a nadzieję można mieć na coś, co już trochę się zna. Na przykład mam nadzieję, że skosztuję znów słodziutkich pomarańczy ale dlatego mam nadzieję, że już kiedyś ich spróbowałem. My wierzymy w nasze ludzkie wniebowzięcie, ale od dzisiaj możemy mieć też nadzieję, bo przez Maryję – jedną z nas – już trochę nasza wspólnota zakosztowała Nieba.
Dzisiejsze święto nazwałbym świętem równych szans. Cały czas na świecie przyzwyczaja się nas, że nie wszystko jest dla wszystkich. Nazywa się to szumnie geopolityką. Jedni są zawsze wielcy i mocni a drudzy zawsze mają być tymi mniejszymi i słabszymi. Na mapie świata wielcy próbują grać w szachy i żeby osłaniać królów poświęca się pionki i mniejsze figury. Niektóre ludy i narody zdają się być przez wielkich tego świata nieustannie skazywane na rolę pionków w tej grze. Obojętnie kto rozpętuje, kto wygrywa a kto przegrywa wojny, kto niszczy a kto składa daninę krwi, na tej szachownicy świata nic nie chce się zmienić. Mocarstwa zawsze chcą być mocarstwami a inny maja być słabi i płacić wysokie ceny za wszystko. Do poziomu świtowego biedaka sprowadzono też Lud Wybrany i próbowano wmówić, że jedyne co może zrobić to zaakceptować swoją małą rolę i cieszyć się jakimiś okruszkami ze stołu panów. Maryja przypomina, że ubodzy – anawim – są najbardziej umiłowani przez Boga. Maryja ogłasza dzisiaj, że u Boga nie ma granic między wielkimi a ubogimi, między władcami a pokornymi bo Bóg strąca władców z tronu, a pokornych wywyższa, głodnych wreszcie karmi a bogatych odsyła z niczym. Wniebowzięta Matka jest koroną i sztandarem dziejowej sprawiedliwości, w której Pan Bóg ujmuje się za swoimi umiłowanymi, co ich pozostali chcieli sprowadzać do parteru. Maryja przez swoje wniebowzięcie pokazuje, że wielkość i wywyższenie jest też dostępne i osiągalne dla najmniejszych, pokornych, uniżonych. Wielskie zwycięstwa z naszej historii pokazują, że jest możliwe, by osłabiony naród kierował losami świata. Takie wydarzenia, których raz skosztowaliśmy dają nam nadzieję, że może być tak jeszcze raz.
Gdybyśmy zagłębili się w dzisiejszy hymn Maryi od strony językowej, to zauważymy, że jest on wyśpiewany w bardzo szczególny sposób. Spotyka się go w Biblii tylko tam, gdzie prorocy wygłaszają swoje proroctwa. Hymn Magnificat jest proroctwem a Maryja Prorokinią – Królową Proroków. Najlepszą nagrodą dla proroka jest to, ze może on zobaczyć na własne oczy wypełnienie swoich słów. Takiej nagrody doświadczył tylko św. Jan Chrzciciel. Dzisiaj Doświadczyła jej również Maryja.
Wniebowzięcie jest tez nadzieją dla Kościoła. Matka Boża dlatego, że nosiła w sobie Bożego Syna, Jej ciało stało się konsekrowane jak świątynia, a świątynia, nawet zburzona jest przez Boga w trzy dni wznoszona na nowo. Maryja daje nam nadzieję, że jeśli jako Kościół będziemy nieść w sobie Chrystusa i będziemy Jego Przybytkiem, to ocalejemy nawet jeśli z ziemskich budowli nie zostanie kamień na kamieniu.
W Starym Testamencie mamy wiele świętych kobiet, które rodzą dzieci ważne dla Historii Zbawienia. Sara rodzi Izaaka, Rebeka rodzi Jakuba, Rachela rodzi Józefa, Anna rodzi Samuela, ale żadna z nich nie jest do końca figurą Maryi. Benedykt XVI każe szukać zapowiedzi Matko Bożej w innych miejscach: tam gdzie jest mowa o Przybytku. Maryję zapowiada Namiot Spotkania, Arka Przymierza, Wieża Dawidowa, czy Dom Złoty zbudowany przez Salomona. To Przybytek Boga z ludźmi w Jej ciele nigdy nie zostanie zburzony przez śmierć, lecz będzie Świątynią w Niebie, którą w wizji oglądał św. Jan.
Dzisiaj Pan Jezus opowiada krótką przypowieść o skarbie i perle. Skarb zakopany w roli to symbol tamtych niepewnych czasów. Nie było wtedy banków ani sejfów. Jeśli człowiek podróżował lub zagrażały wojny często ukrywał złoto lub kosztowności stanowiące zabezpieczenie rodziny albo spadek po prostu w ziemi. Jeśli człowiek nagle zginął podczas dziejowej zawieruchy, zabierał swoją tajemnicę do grobu i czasem taki skarb na roli leżał tam całe pokolenia. Taki skarb znalazł przypadkiem robotnik rolny, najemnik, który pracował na czyimś polu. Odnalezienie skarbu to życiowa szansa, ale żeby kupić ten kawałek pola, trzeba poświęcić wszystko co do tej pory udało się uciułać. Ale Pan Jezus mówi, że choć człowiek sprzedaje wszystko co ma, jest uradowany, bo znalazł i zyskał znacznie większy skarb. Radość życia i umiejętność poświęcenia wszystkiego co nieistotne oznaczają, że człowiek odnalazł Boży skarb. Można całe życie chodzić do kościoła i uczyć się religii, a nie znaleźć skarbu i być wciąż smutnym i wciąż przywiązanym do tego co przemija.
Z drugiej strony mamy kupca poszukującego pięknych pereł. Ewangelia używa tu słowa znaczącego dosłownie „hurtownika”. Jest to człowiek, który handluje perłami na skalę międzynarodową, na pewno bogactwa mu nie brakuje i zna się na nich dobrze. Jaką wartość musiała mieć ta najcenniejsza z pereł, że taki znawca poświęca dla niej inne perły i swój dobytek? Musiała być to perła jedyna w swoim rodzaju. Przecież nie kupuje jej po to, by sprzedać, ale by była jego najcenniejszym skarbem, cieszyła jego oczy i uczyniła go człowiekiem jedynym na całym świecie. Traci majątek, ale jest najszczęśliwszym człowiekiem świata.
W pierwszym czytaniu słyszymy o Salomonie, który jako młody i słaby fizycznie król prosił o dar mądrości. Jak zrealizował swój dar? Był bodajże najbogatszym człowiekiem żyjącym wówczas na świecie. Doświadczył wszystkiego, czego w tamtych czasach można było doświadczyć i dobrego i złego, spróbował każdej przyjemności i dobrej i grzesznej, poznał też całą mądrość i wiedzę o świecie, jaka była wówczas dostępna. Nie było dla niego niemalże rzeczy niemożliwej. I po całym 40-leciu bycia „królem życia” wygłaszał mowy, które przekazywano ustnie a spisano 700 lat później w Księdze Koheleta: marność nad marnościami i wszystko marność. Prawdziwa mądrość to cieszyć się tym, co się ma w domu i wokół siebie, dziękując Bogu za chleb i miłość, i w Bożej bojaźni używać życia tu i teraz. To najmądrzejszy sposób na przeżycie lat. Do tego nie trzeba być ani uczonym, ani potężnym, ani bogatym, ani doświadczonym na wszystkie sposoby jak Salomon. Do tego można być zwykłym pracownikiem żyjącym z rodziną w skromnym domu. Salomon doszedł do tego poświęcając 40 lat swojego życia, całą wiedze, całą potęgę i wielki majątek. Poświęcił wszystko co miał żeby zdobyć prostą mądrość życia, ale bezcenną, wartą więcej niż całe to życie. Trochę podoba jest historia hrabiego Monte Christo – postaci stworzonej przez Aleksandra Dumasa [czytaj: dima]. Kiedy ten bohater (miał na imię Edmund) został zdradzony przez przyjaciół, stracił wszystko: majątek, pracę, miłość a także dobre imię. Spotkał w więzieniu księdza, który był jak skarb ukryty w ziemi. Wsadzono go tam jeszcze za czasów rewolucji, a potem mimo tego, że ustrój kilkukrotnie się zmieniał, zupełnie o nim zapomniano. Pobożny ksiądz chciał wyleczyć Edmunda z trucizny nienawiści, która zalewała jego serce. Przekazał mu też mapę do ukrytego na wyspie skarbu. Nie zdążył jednak doprowadzić Edmunda do prawdziwej mądrości. Po ucieczce z więzienia Edmund za swój skarb mógł kupić wszystko, co tylko chciał. Po kolei systemowo mścił się surowo na wszystkich, którzy go zdradzili. Dopiero na koniec, kiedy zobaczył jak wiele krzywd wyrządził przy okazji niewinnym ludziom zrozumiał na czym mądrość polega, wyrzekł się majątku, ale było już za późno, żeby odzyskać miłość i szczęście. Mądrość życiowa została mu na pociechę. My dzisiaj, dzięki słowom Ewangelii nie musimy powtarzać błędów postaci historycznych, biblijnych i literackich na własnej skórze. Pan Jezus pokazuje nam dokładnie co jest prawdziwym skarbem i prawdziwą drogocenną perłą, za którą warto oddać wszystko. Jest nią Boża mądrość życia, czyli sama prawda o tym, że w życiu najważniejsze jest to co nie przeminie z czasem ani ze zmieniającymi się okolicznościami i warunkami życia.
W czasie słynnej gorączki złota w Ameryce Północnej wielu ludzi zapożyczało się i sprzedawało posiadłości, żeby zakupić choćby małą działkę na złotonośnych terenach. Bywało, że oszuści sprzedający ziemię przynosili bryłki dwusiarczku żelaza, które lśnią jak prawdziwe złoto. Ludzie potrafili postawić wszystko, żeby kupić ziemię dającą nie złoto, ale bezwartościową błyskotkę nazwaną pirytem lub po prostu „złotem głupców”. Pan Jezus przestrzega nas, porównując z szacunkiem człowieka do poszukiwacza skarbów, żebyśmy nie dali się oszukać i nabrać na tani blask. Sam Bóg stał się dla nas takim poszukiwaczem skarbów. My jesteśmy dla Niego jak cenne perły. Kiedy Bóg stał się człowiekiem poświęcił swoją chwałę i zszedł w ziemskie głębiny żeby odnaleźć każdą i każdego z nas jak zaginioną perłę, jak skarb pokryty błotem. Daje nam w ten sposób przykład, żebyśmy szukali tego, co dla nas ukrył: Bożej mądrości życia, cenniejszej niż samo życie.
XVIII Niedziela Zwykła
Pan Jezus usłyszał o śmierci św. Jana. Jan był Jego krewnym i przyjacielem, jedna z najbliższych osób. Oto Bóg cierpi po ludzku, z powodu śmierci bliskiego. A kiedy Bóg cierpi wtedy Bóg czyni największe cuda, bo jeśli otrzymuje cios w samo serce, to wylewa się z niego wiele łask i jest to jeden z aktów założycielskich Kościoła.
Pan Jezus wyprowadza swój lud na pustynię. W Starym Testamencie Bóg mówił przez proroków, że dawniej wyprowadził swój lud z niewoli, ale przyjdzie czas że nie będzie prowadził, lecz łagodnie przywoła jak Oblubieniec swoją oblubienicę. Ludzie sami idą za Chrystusem pociągnięci Jego pięknem i prawdą, którą głosił. Nie idą „po coś”, nie idą, żeby coś sobie załatwić, żeby skorzystać, uzyskać uzdrowienie, zobaczyć cud, itp. idą bo Chrystus tam jest. Tak bardzo brakuje nam takiej spontanicznej postawy. Jest mowa o miejscu pustynnym, ale nie jest mowa o czasie, więc ten fragment odnosi się do każdego i każdej z nas. Pan chce przywołać nas na pustynię, na skupienie, żeby przemówić do serca i nakarmić je, bo głód serca jest największym z głodów.
Najpierw Pan Jezus ulitował się nad ludem. Dosłownie napisane jest, że poruszyło się Jego wnętrze, a to słowo oznacza miłosierdzie. Zgłodniali ludzie mają dwie możliwości: albo pójść do wiosek i miast i nakupić chleba, albo dostać go od uczniów Chrystusa. Miasta i wioski to cywilizacja, która jest i dzisiaj gotowa sprzedać wiele człowiekowi byle tylko zapłacił. Współcześnie bardzo dużo kupujemy od tego świata, ceny wciąż rosną i nie mówię tu o inflacji, ale o to jak wiele z życia człowiek musi dziś poświęcić za jakieś tanie podróbki i namiastki szczęścia, które oferuje duch tego świata. Diabeł jest często nazywany fabricator fragmentorum, czyli wytwórca podróbek. Bez aluzji do Chińczyków, ale zły duch zalewa świat taką duchową chińszczyzną, plastikową, wielokrotnie przepłacaną, tandetną, a jak wiele ludzi się na nią nabiera: a to dziwne terapie, a to centra odnowy duchowej, a to jakieś medytacje. Dietrich Benhoffer przestrzegał szczególnie przed pseudo-chrześcijańskimi ruchami religijnymi, gdzie kaznodzieje z imieniem Chrystusa na ustach wymachujący Biblią oferują tzw. tanią łaskę [ang. cheap grace]. Tania łaska to taka religia, w której ma być miło, lekko, przyjemnie i łatwo. Żadnych nakazów i zakazów, a za to ciepło na serduszku, a każdy kto umiera idzie do nieba, bo przecież dobry Bóg nas kocha i sam usprawiedliwił za darmo nasze grzechy. Te i inne substytuty prawdziwej wiary, to duchowe zakalce zamiast prawdziwego chleba oferowane na targowiskach świata po bardzo wysokich cenach, nawet za cenę ludzkiej duszy i zbawienia. Pan Jezus chce nas uratować przed światowym targowiskiem i jego tandetą. Dlatego wzywa uczniów, żeby karmili lud. A czym uczeń Boskiego Mistrza może nakarmić wiernych? Otóż pięć chlebów i dwie ryby można tu rozumieć symbolicznie. Pięć chlebów to Pięcioksiąg czyli Stary Testament. Dwie ryby zaś to symbol chrześcijański, czyli Nowy Testament. Razem tworzą siedem sztuk, a więc pełnię prawdy, która może nakarmić ludzkie serca. Ale Słowo Boże, nawet w pełni objawione, to nie wszystko. Pan Jezus bierze ten pokarm i robi dokładnie to, co Ewangeliści zanotowali w opisach Ostatniej Wieczerzy: dosłownie powtarzają się te same słowa: „wziął chleb, i dzięki składając, łamał i rozdawał swoim uczniom mówiąc…”. Żeby Słowo Boże nasyciło dusze musi być połączone z Eucharystią, a Eucharystia nie stanie się faktem, dopóki nie wypowie się słów Chrystusa. To jest tajemnica Kościoła: łaska Boża, która karmi i utrzymuje przy życiu, a nawet daje życie wieczne płynie obficie wtedy, kiedy słowa złączone są ze znakami, a do tego doprawione boleścią i miłosierdziem.
Tylko to, co jest żywe może się mnożyć. Rozmnożenie chleba jest więc znakiem tego, że nie mamy tu do czynienia ze zwykłym pieczywem, ale z Chlebem Żywym, którym jest dla nas Ciało Chrystusa. Tamten cud rozmnożenia chleba ni był po to, żeby zaspokoić ludzki głód, ale po to, żeby zapowiedzieć Eucharystię. Zamiana siedmiu sztuk pokarmu w obfitą ucztę, po której zostało dwanaście koszów ułomków pokazuje przejście z liczby siedem oznaczającej pełnię i świętość do liczby dwanaście, która oznacza pełnię doskonałą, a więc wypełnieni wszystkich słów Chrystusa na końcu czasów i ostateczne zaspokojenie wszelkich dobrych pragnień w niebie, gdzie dobra nikomu nie zabraknie, a wręcz będzie go coraz więcej. Pan Jezus chce wzbudzić w nas prawdziwy duchowy głód i go nasycić obficie. Chce nas uzdrowić z duchowej anoreksji, w której na nowo pogańska ludzkość zatraciła uczucie głodu Boga i usycha z tęsknoty za Nim.
Dzisiaj Pan Jezus opowiada uczniom przypowieść o chwaście. Pan Jezus zaczął nauczać w przypowieściach kiedy wyższe koła Izraela, a więc faryzeusze, uczeni w piśmie a także w połowie pogańscy Samarytanie odrzucili Jego naukę. W sytuacjach niepowodzeń człowiek podświadomie szuka winnych i zapewne tak myśleli apostołowie. Chcieli przecież spuszczać ogień z nieba na nieposłuszne miasta, chcieli karać i wykluczać nieposłusznych ze zbawienia. Sami często powielamy ten schemat i kiedy coś idzie nie tak w rodzinie, w pracy, a nawet w całym kraju chcemy zaraz wskazywać winnych i oddzielać ziarno od plewy a pszenicę od kąkolu. Co ciekawe więzienni psychologowie piszą, że taki mechanizm można spotkać też u morderców. Kiedy się ich pyta o motywy zbrodni to oni nie czują winy tylko najczęściej usprawiedliwiają się że po prostu „wyrywają chwasty”, to znaczy pozbawiają życia kogoś, kto w ich mniemaniu nie zasługuje i tak na życie. Pan Jezus mówiąc w przypowieści o chwastach chce powiedzieć wszystkim: nie wy jesteście od wyrywania chwastów, nie wy będziecie decydować kto jest wartościowy a kto nie. To się dopiero okaże na koniec i to nie na koniec roku czy na koniec dzieła, nawet nie pod koniec życie, ale dopiero kiedy skończą się wszystkie czasy.
Kiedy patrzy się na obowiązki sług w dawnych czasach to jeden z nich nazywa się „stróża”. Słudzy nie tylko obrabiali pole, obsiewali je i zbierali plony, ale także mieli obowiązek pilnować w nocy, żeby ktoś nie rozkradł czy nie zniszczył ich pracy. Słudzy Pana w przypowieści pytają niemalże głupio: skąd się wzięły chwasty? Pan wie, że nieprzyjaciel je posiał, bo słudzy zamiast czuwać spali i nie spełniali swoich obowiązków. Najpierw nie dopilnowali pola, a teraz chcą wyrywać chwasty nawet jeśli przy okazji wyrwą pszenicę. Nam też udziela się taka postawa. Na przykład jeśli jesteśmy ciągle leniwi to chcemy jednym dniem wytężonej pracy uspokoić własne sumienie i jakby nadrobić straty. To tak jakby długie zaniedbania w miłości rodzinnej dało się nadrobić jedną wspólną wycieczką, kupowaniem prezentów czy zapraszaniem do restauracji na obiad. Pan z dzisiejszej przypowieści zabrania sługom uspokajania emocji i nadrabiania zaniedbań. Chwast, który rośnie ma służyć ich pokorze, przypomnieć, że słudzy nie są idealni i nie powinni takich udawać.
W historii było wiele grup wśród chrześcijan, którzy zachowywali się jak słudzy z dzisiejszej Ewangelii. W czasach św. Augustyna w północnej Afryce byli to tzw. donatyści, którzy uważali, że grzech, zwłaszcza zaparcie się wiary wobec groźby tortur i prześladowań, całkowicie przekreśla człowieka i dla takiego nie ma już powrotu do Kościoła. Potem byli tzw. katarowie działający w południowej Francji. Uważali oni, że nie ma miejsca w sercu człowieka dla żadnego grzechu, nawet najmniejszego i żadna modlitwa i żaden dobry uczynek człowieka choćby z maleńkimi grzechami Bogu się nie podoba. Potem byli janseniści (popularni w Europie w XVI w.), którzy mówili, że nie wolno przyjmować komunii jeśli ma się w sercu nawet najmniejszy grzech np. jedno brzydkie słowo wyrwane przypadkiem. Oni uważali że zbawienie nie jest dla wszystkich, ale tylko dla tych którzy wyrwą z serca nawet najmniejsze grzechy i udowodnią Panu Bogu że są doskonali. Takie myślenie pokutuje do dzisiaj, kiedy się uważa, że wiara jest tylko dla doskonałych, a więc w domyśle takich jak ja.
Pan Jezus określając chwast używa dosłowni terminu „życica” to taki rodzaj chwastu, który bezbłędnie naśladuje zboże. Kiedy jest mały trudno go odróżnić od prawdziwej pszenicy, a kiedy dojrzeje rodzi czarne i trujące ziarna. Ten, który posiał chwast jest nazywany dosłownie „pełnym nienawiści” lub „nienawistnikiem”. Sianie chwastu w czymś zbożu jest jeszcze gorsze od kradzieży. Wrogowi pełnemu nienawiści chodzi tylko o zniszczenie, żeby nikt nie miał pożytku ze zboża, nawet on sam. Z drugiej strony słowa, które Pan wypowiedział do sług są bardzo piękne. Słudzy sami zaniedbali pilnowanie pola bo spali, a teraz chcą rwać chwasty razem z pszenicą słyszą słowo afete, to znaczy „pozwólcie”, „zostawcie”, ale też „odpuśćcie”, „przebaczcie”. Pan Bóg wzywa nas, żebyśmy nie byli porywczy ani zbyt radykalni, żebyśmy nie siali wokoło zniszczenia w imię walki ze złem. Chce, żebyśmy umieli wybaczać nawet jeśli ktoś wydaje się chwastem. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo kto okaże się chwastem a kto pszenicą w dzień żniwa. Może się zdarzyć, że takim chwastem na Bożej roli jestem ja sam przez moje grzechy i będę jeszcze bardziej potrzebował miłosierdzia. Dobrze byłoby, żeby choć to jedno słowo afete, czyli zostawcie, odpuśćcie, zapadło nam w serce z dzisiejszej Ewangelii i uzdrowiło nas z manii naprawiaczy świata. Swego czasu w Internecie popularny był kandydat na polityka z Podlasia, który zapowiadał, że zlikwiduje wszystko co złe: chuligaństwo, papierosy, alkohol a do tego celu wyprowadzi policję i wojsko na ulice. Jego zapowiedź kończyła się słynnym: „nie będzie niczego”. O dziwo znalazł on pewne poparcie wśród naprawiaczy świata. Ja wiem, że przykro patrzeć jak chwast rośnie razem z pszenicą, ale zwróćmy raczej uwagi na to, czy naprawianie świata nie usypia naszej czujności, a wtedy nieprzyjaciel sieje chwasty w naszym sercu.


