Kilka myśli na niedzielę
II niedziela zwykła
W Ewangelii św. Jana czytamy, że Jan ujrzał nadchodzącego Chrystusa i powiedział: Oto Baranek Boży. Jan Chrzciciel widział także otwarte niebo i Ducha Świętego zstępującego na Pana Jezusa. Były to objawienia, o których potem dawał świadectwo. W Ewangelii św. Jana jest wiele osobistych świadectw św. Jana Chrzciciela. Jak wiemy Jan Ewangelista był uczniem Jana Chrzciciela. Jak widać nie tylko uczniem, ale i powiernikiem. Człowiek pobożny i głęboko uduchowiony (znajdujemy takie przykłady w życiu świętych) nigdy nie szczyci się ani nie chwali publicznie swoimi objawieniami, co najwyżej otwiera swoją duszę przed najbliższymi i zaufanymi. Tak było też u Chrystusa Pana: wiele mówił do ludzi i wielu rzeczy ich nauczał, ale osobno otwierał serce przed uczniami i powiedział im większe tajemnice i głębsze objawienie. Przez dostęp do otwartego Serca Chrystusa i tego, co się tam kryje my – żyjący w XXI w. czujemy się wyróżnieni i bliscy. Dzisiaj tak otwiera przed nami swoje serce św. Jan. On rozpoznał Zbawiciela w tłumie i jest gotowy, żeby nauczyć nas wszystkich jak dzisiaj rozpoznać Zbawiciela, który nieodmiennie przychodzi, ale przychodzi ukryty. Uczymy się Go rozpoznawać od duchowego Mistrza.
Słowa „Oto Baranek Boży” weszły do Mszy św. i do dzisiaj wybrzmiewają na całym świecie, gdzie tylko sprawowana jest Najświętsza Ofiara. Dawniej – jak wiemy – kapłan sprawował Mszę Świętą tyłem do ludzi a przodem do ołtarza. Nie było mikrofonów, więc ludzie cały czas widzieli tylko ornat na plecach księdza. Dlatego wprowadzono gest podniesienia i ukazania wiernym Hostii – ludzie byli spragnieni tego, żeby zobaczyć Zbawiciela. Z tego powodu wprowadzono też dzwony w kościołach – nie chodziło o to, żeby tylko zwoływać na Mszę Św., ale w czasie Mszy, w momencie ukazania Hostii biły wszystkie dzwony i zdarzało się nawet, że okoliczni ludzie zbiegali się na ten moment do kościołów, żeby choć na chwilę zobaczyć Ciało Chrystusa. A kiedy nie mogli się zejść, to przerywali prace i inne zajęcia, klękali i duchowo łączyli się z Bogiem. Łączyli się, bo Bóg przyszedł na świat i jest człowiekowi bliski – nie daleki. Oglądanie małej przełamanej Hostii i zapewnienie św. Jana wypowiadane przez kapłana daje człowiekowi nadzieję na zgładzenie grzechów: nie przez siłę lwa, ale przez pokorę i ofiarę Baranka.
Dzisiaj, kiedy spada frekwencja w kościołach (przynajmniej u nas w Europie) trudno sobie wyobrazić jak można żyć w świecie, w którym zło zdaje się zwyciężać, a na pewno boleśnie rani, bez tego słowa pociechy, że Baranek ostatecznie zwycięży. Tym ludziom chyba tylko wydaje się, że żyją, wciąż uciekając przed złem, które ostateczni i tak ich dopada. My jeszcze przyszliśmy do kościoła, żeby jeszcze raz upewnić się, że Chrystus zwycięża.
Kiedy ludzie przychodzili do Jana Chrzciciela, wchodzili do Jordanu i tam wyznawali swoje grzechy. Przez ten gest ludzie dotąd przyciśnięci ciężarami życia na ziemi, chcieli choć na chwilę wznieść się do nieba. W przypadku Pana Jezusa było niemalże odwrotnie. Głos Boga przemówił, a Duch Święty zstąpił: można powiedzieć, że niebo zeszło na ziemię. Chrystus przyszedł nie po to, aby stworzyć jakiś ekskluzywny klub Zbawienia, ale żeby Zbawienie stało się dostępne wszystkim. Ludzie tamtego czasu znali baranki ofiarne, które ojcowie składali za grzechy całych rodzin. Nazwanie Chrystusa „Barankiem Bożym” jest proroctwem Jego ofiary, jaka zostanie złożona za grzechy. O ile dawne ofiary tylko odsuwały grzech od człowieka, o tyle nowa go zupełnie niszczy. Dzisiejsza Ewangelia staje się więc Ewangelią nadziei dla nas.
Chrzest Pański
Izraelici w ciągu swojej historii mogli się cieszyć słowami proroków i wielkimi wydarzeniami. Często żyli przeszłością, wspominając lepsze czasy, podobnie jak my to robimy. Ale w czasach tuż przed Chrystusem po wielkich dziejach Izraela zostały wspomnienia, a nad całym ówczesny światem zapanowało Cesarstwo Rzymskie. Żaden prorok nie odezwał się od dwustu lat, a powstanie, które rozpoczęli radykalni Izraelici zostało krwawo stłumione. Ludzie zaczęli się zastanawiać: albo nic już się nie zmieni i utkwili na zawsze w rzymskiej okupacji, albo coś wisi w powietrzu i zbliża się jakiś ostateczny dzień. Historycy potwierdzają, że w czasach, kiedy Pan Jezus przyszedł na świat, oczekiwanie na Mesjasza naprawdę sięgało już zenitu. Do tego jeszcze wystąpił prorok: Jan Chrzciciel, który wyraźnie głosił, że Mesjasz już się zbliża. Na jego słowa poruszyły się prawdziwe tłumy Judejczyków. Ludzie schodzili się i przyjmowali chrzest. Żydzi znali różne obmycia i w czasie świąt modlili się słowami: „zgrzeszyliśmy i prosimy o przebaczenie”, tak ogólnie. Ale chrzest był czymś zupełnie nowym: musiał dotykać serc, bo ludzie wyznawali przed Janem Bogu swoje osobiste grzechy, tak jak my robimy to przy spowiedzi. Chrzest oznaczał porzucenie dotychczasowego, nieudanego życia. Oczekiwano naprawdę w napięciu przyjścia Mesjasza. Nie wiedzieli jedynie z której strony nadejdzie: czy stanie pośród nich jako potomek Dawida i król, czy zstąpi z nieba, czy zstąpi z gmachu Świątyni, jak mówiły proroctwa… spodziewano się wszystkiego, tylko nie tego, że Mesjasz przyjdzie razem z Galilejczykami, których uważano za gorszych, za pogan i że stanie pokornie w kolejce do Jana i zejdzie tam, gdzie ludzie schodzili do najbardziej mrocznych zakamarków własnych dusz. Zresztą dno rzeki Jordan jest na samym dole depresji Morza Martwego – miejsca najniżej położonego na ziemi. Czyżby Mesjasz potrzebował nawrócenia? Miałby być z grzeszników? Miałby być jednym z pogan? A może jednym z tych, co mieli nieudane życie? Takiego Mesjasza nikt się nie spodziewał. Zapewnie nie tego spodziewał się także św. Jan, ponieważ nie chciał chrzcić Jezusa. Pan Jezus sam jednak pouczył go. W krótkim pouczeniu skierowanym do Jana znalazły się 3 elementy:
Po pierwsze Pan Jezus nalegał, żeby Jan ustąpił i ochrzcił Go. To znaczy, że nawrócenie polega na czymś więcej niż wyznaniu swoich grzechów i tego, co sami uznajemy za złe i niewłaściwe. Prawdziwe nawrócenie polega na tym, żeby to Pan Jezus wskazał co jest do zmiany w postępowaniu, za które dalibyśmy głowę, że jest słuszne. Największe błędy i grzechy powstają nie wtedy, kiedy człowiek widzi zło, ale wtedy, kiedy człowiek jest mocno przekonany, że robi wszystko dobrze i nie można nic zarzucić.
Po drugie ważne jest słowo: „teraz”, to znaczy dokładnie: „w tej sytuacji”, „w tych okolicznościach”. Pan Jezus nie wchodzi w starą rzeczywistość żeby pozmieniać to czy tamto. Zbawiciel przynosi nową rzeczywistość, chce tworzyć świat na nowo i zupełnie zmieniać dotychczasowe myślenie ludzi. Przynosi nową jakość, nową sytuację, a ona domaga się nowych sposobów działania. Takie stosowanie coraz to nowych sposobów nazywa się Nową Ewangelizacją.
Po trzecie wreszcie Pan Jezus zachęca Jana, że przez chrzest wypełni to, co sprawiedliwe. Sprawiedliwość była dla tamtym ludzi synonimem świętości: tak właśnie należało. Okazuje się, że sprawiedliwość a więc świętość nie wynika z własnych pomysłów, ale z posłuszeństwa wymaganiom Chrystusa, nawet jeśli są zaskakujące i nieoczekiwane.
Słowo na Nowy Rok
Każdy z nas na pewno podziwiał kiedyś w cyrku lub na innym występie sztuki magiczne. Sztukmistrz zazwyczaj powie cos w stylu: „czary-mary abrakadabra” i wyciąga królika z kapelusza albo zamienia swoją laseczkę w bukiet kwiatów. Oczywiście wszystko to są zręczne sztuczki. Nie ma tak w realnym świecie, żeby słowo zmieniało rzeczywistość. Czy aby na pewno? Jeśli np. policjant po kontroli powie: „nakładam na pana/panią mandat karny w wysokości…” to od tej chwili mandat rzeczywiście obowiązuje. Jeśli egzaminator powie studentowi: „zaliczam panu semestr” to semestr naprawdę jest zaliczony. A jeśli ważnie wyświęcony kapłan powie nad chlebem i winem: „to jest ciało moje, to jest krew moja”, to Pan Jezus rzeczywiście sprawia cud. Okazuje się, że słowa zmieniają rzeczywistość, ale nie są to słowa przypadkowego człowieka: on musi mieć władzę wypowiadania takich słów i wtedy one rzeczywiście działają.
Słyszeliśmy w pierwszym czytaniu jak Bóg nadał kapłanowi Aaronowi i całemu rodowi kapłańskiemu moc rozdawania błogosławieństwa. Maryja według Tradycji pochodziła z rodu Aarona. Ewangelia potwierdza, że właśnie z tego rodu byli Elżbieta i Zachariasz – krewni Maryi. Maryja ma więc od Boga władzę udzielania światu błogosławieństwa. I uczyniła to, kiedy wydała na świat Pana Jezusa – On sam stał się największym błogosławieństwem dla świata.
Św. Paweł w drugim czytaniu pisze, że Chrystus był „zrodzony z Niewiasty i zrodzony pod prawem”. W słowie „prawo” mieści się też prawo natury. A prawo natury (zapisane w najstarszych kodeksach znanych ludzkości) mówi, że człowiekiem jest każdy zrodzony przez ludzką matkę. Jeśli Syn Boży staje się człowiekiem to poddaje się automatycznie prawu natury, które sam ustanowił, a więc jest zrodzony z ludzkiej Matki – Maryi, która w tym jedynym przypadku jako człowiek urodziła Boga w ludzkiej naturze. Kiedy pasterze zobaczyli Zbawcę jako ludzkie dziecko z Matką i Opiekunem, zdziwili się i od razu zaczęli rozgłaszać tę prawdę: Zbawienie przynosi Bóg, ale przez Matkę – Maryję. Zwycięstwo, jeśli przyjdzie, przyjdzie przez Maryje – powiedział kard. Hlond – Prymas Polski czasów wojennych. To dlatego przywołujemy Maryję na początek roku, jako Matkę i opiekunkę wszystkiego, co ma się w tym roku wydarzyć. Nie zapomnijmy wśród szału sylwestrowego zjednoczyć się z Maryją, przez którą przychodzi Zbawienie. Ten się najprędzej napije czystej wody, kto będzie najbliżej jej źródła.
Ewangelia daje nam jeszcze jedną dobrą nowinę o Maryi. Kiedy pasterze opowiadali wszystkim o Bożym Narodzeniu, wszyscy się dziwili. Sama Maryja rozważała te wydarzenia w swoim sercu. Zachowała się inaczej, niż wszyscy, bo jest inna niż wszyscy ludzie, wybrana, obdarzona specjalnymi łaskami. Zbawienie jest dla ludzi wydarzeniem, które dzieje się na zewnątrz nich, gdzieś dokoła, nawet bardzo blisko, ale jednak na zewnątrz. Dla Maryi sprawy Zbawienia są także sprawami wewnętrznymi. Nosząc pod sercem Chrystusa nosiła Zbawiciela, a więc Zbawienie już w sobie. Zanim jeszcze Chrystus Pan umarł na krzyżu i zmartwychwstał i przyniósł Zbawienie każdemu, kto jest gotów Go przyjąć do serca, On już był w sercu, a więc „we wnętrzu” Maryi, już gościł swoją łaską w Jej duszy, duszy świętej, już zbawionej. Prośmy dzisiaj u progu nowego roku nie tylko o szczęście i zdrowie, ale przede wszystkim o to, żeby Zbawienie stało się też naszym udziałem, aby zagościło w nas, w naszych sercach i w naszych domach.
Objawienie Pańskie
Usłyszałem kiedyś opowiadanie o dwóch drogach. W czasach, kiedy ludzie podróżowali jeszcze pojazdami konnymi, pewien pan przejeżdżał swoim powozem przez pastwisko, a jego słudzy zgubili drogę do celu. Zapytał więc małego pastuszka, którędy najlepiej dojechać do takiego a takiego dworu. Wtedy pastuszek wskazał mu dwie drogi, mówiąc: „tędy jest bliżej ale dalej, a tamtędy dalej ale bliżej”. Pan nie wiedział co to znaczy, więc wybrał drogę, którą miało być bliżej ale dalej. Okazało się, że był to jakiś skrót przez las, gdzie pełno było dołów, mokradeł i wystających korzeni: praktycznie nie dało się tamtędy przejechać. Wtedy pan zrozumiał o co chodzi i kazał jechać drogą, którą miało być dalej, ale bliżej. Okazało się, że była to droga okrężna, ale równa i wygodna, którą szybko dotarł do celu.
Dzisiejsza Uroczystość Objawienia Pańskiego jest popularnie nazwana „świętem trzech króli”. Tradycja przekazuje ich imiona: Kacper, Melchior i Baltazar. Nie zapominajmy, że w tej historii występował jeszcze czwarty król – Herod. Z tymi królami było tak, jak w przykładzie pastuszka: Herod mieszkał 8 kilometrów od Betlejem. Nie wiedział jednak nic o nowonarodzonym Królu. Nie znał żadnego proroctwa i do tego stopnia zaślepiał go blask doczesnych świecidełek, że nie widział nawet światła Gwiazdy Betlejemskiej. Był tak blisko, a jakże daleko. Tymczasem Mędrcy ze Wschodu nie byli wyznawcami Judaizmu. Jeśli znali proroctwa to tylko z lektury. Patrzyli jednak w gwiazdy, które ich rodacy utożsamiali z bóstwami, ale to im nie wystarczało. Co to za bóstwa, które krążą po niebie, jak trybiki w zegarku, których ruch da się tak dokładnie przewidzieć i obliczyć. Jakim bóstwem miałoby być Słońce czy księżyc, skoro kapłani pogańscy już w Starożytności potrafili dokładnie przepowiadać daty zaćmienia Słońca. Mędrcom takie „bóstwa” nie wystarczały. Zobaczyli w końcu jakieś inne, tajemnicze ciało niebieskie – Gwiazdę Betlejemską. Ona nie kręciła się po niebie z precyzją zegarka tylko pojawiła się sama – jakby sama chciała i wskazywała zupełnie nową drogę, która sama chciała. Nie dało się obliczać jej położenia, ani przewidzieć, gdzie podąży. Można było tylko pokornie za nią iść. I Mędrcy poszli, na tym polegała ich mądrość. Okazało się, że byli bardzo podobni do Abrahama, który wiele wieków wcześniej też wyruszył w nieznane, a prowadziła go tylko Boża Obietnica, której też szukał licząc gwiazdy. Poszedł choć nie wiedział dokąd dojdzie i kiedy dojdzie. Poszedł, choć zostawił wszystko za sobą i nie wiedział, czy powróci. Jak bardzo Mędrcy byli podobni do wiernego Mojżesza, który wyszedł na czele ludzi z Egiptu prowadzony słupem ognistym widocznym na niebie. Ten znak na niebie prowadził go dziwną drogą. Tak dziwną, że wiele razy sami Izraelici zwątpili w to, czy kiedykolwiek dotrą do celu, ale dotarli. Okazało się, że Mędrcy podążający za znakiem z nieba byli bardziej podobni do Abrahama i Mojżesza niż faryzeusze, saduceusze, arcykapłani i Herod i wszyscy mieszkańcy Jerozolimy, tak dumnie ogłaszający się „synami Abrahama” i wiernymi Prawu Mojżesza. Mędrcy ze wschodu choć tak dalecy, okazali się bardzo bliscy Chrystusowi. Oni dostąpili zaszczytu oglądania Zbawiciela.
Oddanie drogich darów Panu Jezusowi oznacza trochę porzucenie wszystkiego, co się posiada. A to w Biblii zawsze łączy się z radykalną zmianą życia. To wydarzenie zmieniło życie Mędrców. Mądrym jest każdy człowiek, który w obliczu Boga potrafi zmienić swoje życie i oddać Mu to, co cenne jak złoto, to, co wzniosłe jak dym kadzidła, ale także to, co gorzkie jak mirra. Umiejmy naśladować w tym Mędrców.
Dzisiaj obchodzimy Uroczystość Świętej Rodziny Jezusa, Maryi i Józefa. Wypada ona zaraz po Bożym Narodzeniu, żeby podkreślić rodzinę, jako najbardziej naturalne środowisko dla rozwoju człowieka.
Już od początku Pan Bóg stworzył człowieka „jako mężczyznę i niewiastę”, od razu Boże Błogosławieństwo połączyło ich w małżeńskim związku, więc od razu stworzyli rodzinę. Rodzina jest tak stara jak sam człowiek. Cała misja człowieka: płodność, wzrastanie, czynienie ziemi poddanej miała być realizowana w rodzinie. Pojawił się jednak grzech pierworodny, który od początku uderzył w rodzinę. Przecież pod drzewem rajskim miała miejsce pierwsza w historii kłótnia małżeńska, kiedy to Adam i Ewa wzajemnie się oskarżali kto kogo namówił do grzechu. Diabeł chcąc ugodzić w człowieka ugodził też w rodzinę. Kto godzi w rodzinę godzi w samego człowieka i na odwrót: kto uderza człowieka niszczy też rodzinę. Kiedy więc słyszymy różne ataki na rodzinę, z jakimi mamy dziś do czynienia, możemy być pewni, gdzie leży ich źródło. Jeśli Bóg ze swojej strony wdraża Plan Zbawienia, to także obejmuje nim rodzinę: w rodzinie Adama i Ewy wszystko się zaczęło, a w Świętej Rodzinie wszystko się dopełniło.
Warto zwrócić uwagę na kilka szczegółów z dzisiejszej Ewangelii. Najpierw widzimy jak Bóg w sprawie Świętej Rodziny nie zwraca się do własnego Syna, ani do Jego Niepokalanej Matki, lecz do św. Józefa – człowieka świątobliwego, ale nie wolnego od grzechu pierworodnego. Najmniej doskonały ze Świętej Rodziny, ale do niego płynie wiadomość: Bóg uznaje autorytet ojca i głowy rodziny, choć wszystkich kocha jednakowo. Opowiadał kiedyś znajomy egzorcysta z USA: prowadził kiedyś egzorcyzmy w rodzinie, w której matka była gorliwą katoliczką, a ojciec niewierzącym człowiekiem. Kiedy modlitwy zdały się bezsilne, po dłuższym czasie egzorcysta poprosił tak czysto po ludzku ojca, żeby mimo niewiary stanął przy rodzinie i przynajmniej przeczytał modlitwę. Kiedy tak się stało egzorcyzm się powiódł. Bóg – dawca Czwartego Przykazania zadziałał z pomocą niewierzącego człowieka, ale zgodnie z prawem natury i rodziny.
Druga rzecz to wielkie, wzajemne zaufanie Maryi i Józefa. Józef wstaje i zabiera ich nagle do Egiptu, a Maryja nie podejrzewa, nie żąda wyjaśnień, nie sprzeciwia się, choć taka ucieczka oznacza zmianę całego życia. Maryja idzie, bo ufa swojemu mężowi, że nie zrobiłby on nic na szkodę rodziny. Małżeństwo, a więc i rodzina opiera się na zaufaniu. Nie tylko do drugiego człowieka, z którym ma się spędzić całe życie, ale także do samej instytucji małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny aż do śmierci. Dzisiaj brakuje szczególnie tego drugiego zaufania. Owszem należy chylić głowy przed osiągnięciami nauk takich jak psychologia czy socjologia, ale bywa, że niektórzy przesadzają i szafują zbyt surowymi „wyrokami”. Znaczy to, że zbyt często za niepowodzenia i traumy życiowe człowieka obwinia się jego rodziców i czasy dzieciństwa. Niczyje życie rodzinne nie będzie idealne, nie będą idealni ani rodzice ani dzieci, każdy i każda z nas nosi na plecach ciężary z przeszłości własnej rodziny. Przecież tzw. „toksyczni” rodzice też nie biorą się znikąd, oni także zapewne doświadczyli czegoś złego i nie zawsze wszystko przepracowali. Niestety przez takie diagnozy podkopuje się sensowność związków małżeńskich i posiadania dzieci w ogóle. A przecież to, że są wypadki na drogach nie oznacza, że mamy wyeliminować ruch kołowy, albo wcale nie wychodzić z domu. Nie dajmy się zastraszyć przeciw rodzinie jako takiej. Próbujmy (a jest to możliwe) przepracowywać wszystko, co niesiemy w sobie z przeszłości naszej i przodków.
Trzecia rzecz to porównanie dwóch rodzin. Oto król Herod chce najpierw zabić Boże Dzieciątko, ale po nim, jak się dowiaduje Józef, panuje syn Heroda – Archelaus, wcale nie lepszy od swojego ojca. A drugi syn – Antypas najpierw zwiąże się z własną bratową, a potem skaże na śmierć św. Jana Chrzciciela i wyśmieje Pana Jezusa podczas Jego męki. Niedaleko padły jabłka od jabłoni. Rodzina Heroda – choć potężna finansowo i zasobna w tytuły i bogactwa, to jednak tchórzliwa i zepsuta. Święta Rodzina: choć pozornie na przegranej pozycji, choć biedna, to jednak szlachetna i bezpieczna dla Jezusa. Myślę, że każda i każdy z nas wolałby dorastać w rodzinie na wzór Świętej Rodziny bardziej, niż w bogatej rodzinie Herodów.
Niech Święta Rodzina z Nazaretu uczy nas na nowo, że można zaufać życiu rodzinnemu, które choć nie jest bajką, jest niezbędne dla człowieka. Może być nawet ubogie czy przeżywać inne trudności, ale rodzina jest „fabryką miłości”, a miłość przezwycięży wszystko, co złe.


