Tydzień temu Pan Jezus wybiera apostołów i wysyła ich na misję. Wyposaża ich we władzę godną samego Boga: maja odpuszczać grzechy, wyrzucać złe duchy i uzdrawiać chorych. Dzisiaj Pan Jezus wyposaża ich, aby byli odporni na największą broń wroga – na strach i lęk. Pan Jezus mówi często: „nie bójcie się”. Te słowa w Biblii zawsze występują tam, gdzie objawia się anioł lub sam Bóg. Pojawienie się Boga zabiera strach. Wzrost depresji i nerwic we współczesnych społeczeństwie to znak, że oddaliliśmy się od Boga. Bywa, że nawet religia jest podszyta strachem, ale za strachem nigdy nie kryje się Bóg. Wyzwolenie z lęku dokonuje się w trzech krokach. Pierwszy z nich opisuje św. Jan Chryzostom:

            Pan Jezus mówi: nie bójcie się, wszystko, co ukryte będzie objawione, wszystko zmierza ku objawieniu, a w oryginale to słowo „objawienie” brzmi: „apokalipsa”. Apokalipsa nie ma napełniać strachem, bo jest to zapowiedź zwycięstwa prawdy nad kłamstwem, życia nad śmiercią, a przede wszystkim zwycięstwo samego Boga nad wszystkimi antychrystami i nieprzyjaciółmi. Nie bójcie się! Wszystko zmierza ku zwycięstwu Boga, prawdy i dobra. Pan Jezus zapowiada, że wszystko, co dziś mówi uczniom niemalże w sekrecie będzie głoszone „na dachach”. W Ewangelii słowa: „dach” i „dom” występują zamiennie. U nas też mówi się, że ktoś mieszka w jednym domu albo pod jednym dachem. Więc Ewangelia ma być tak naprawdę głoszona „po domach”. To znaczy, że choćby ktoś publicznie zakazywał wiary, wiara i Słowo Boże trafi pod strzechy. Wiara przetrwała w ten sposób niejedno prześladowanie. W pierwszym Kościele „po domach” była sprawowana Eucharystia. Dzisiaj jest ona w kościołach. Pan Jezus roztaczał przed Apostołami wizję owoców ich pracy: nie bójcie się, bo to, co teraz mówię wam w ukryciu, będzie głoszone po kościołach i po domach, a więc pójdzie do ludzi i nie zginie. Dzisiaj kiedy zamiast prawdy media dyktują nam swoja opinię my nie musimy się bać. W prywatnych domach na własną rękę ludzie znajdą dojście do prawdy jak zechcą. Nie da się zamknąć ust prawdzie. Nie bójmy się naszego głoszenia Ewangelii słowem i czynem, bo wielu świętych nie spodziewało się, że to, co oni robili w ukryciu będzie kiedyś tematem kościelnych kazań.

Nie bójcie się tych co zabijają ciało. Bójcie się tego, który może duszę zatracić w gehennie. Kiedy Izraelici w trosce o własne bezpieczeństwo sprzymierzyli się z poganami i odrzucili Boga, Pan Bóg wystawił ich na działanie bożków, których sami wybrali. Kapłani bożków domagali się spalania ofiar z ludzi w dolinie Gehenny. Kto zwróci się do Boga, tego Bóg przeznaczy do siebie. Kto zwróci się do bożka, tego Bóg przeznaczy na los, jaki gotują demoniczne bożki – na tragedię i gehennę. Nie bójcie się, to znaczy trzymajcie się najbliżej boga, który zbawia. Bójcie się, a więc trzymajcie się jak najdalej od bożka, który chce strawić twoją duszę. Dusza nazywa się w Ewangelii „psyche”. Dzisiaj sprawdzają się słowa Chrystusa. Kto chce dbać o komfort i kult ciała, tego psychika doświadcza potem gehenny. Nie bójmy się poświęcić czegoś z własnej wygody. Bóg, który liczy włosy na głowie i wróble na drzewie nie dopuści do psychicznej krzywdy swoich wiernych. To znaczy nie dopuści do twojej duchowej krzywdy.

Kierowcy znają słowo „homologacja”, czyli poświadczenie. Właśnie tego słowa używa Chrystus Pan. Przyznać się do Niego znaczy przyjąć na siebie Jego pieczęć. To znaczy z radością pokazać przed światem, że mogę bezpiecznie chodzić drogami życia z ta pieczęcią – homologacją od Chrystusa Pana.

 

            Zacznę od tego, że wyróżnia się kilka rodzajów władzy. Może być autokracja, kiedy rządzi jeden dyktator albo jedna siła, może być demokracja, kiedy ludzie w uczciwych wyborach wybierają swoich przedstawicieli, może być plutokracja, kiedy rządzą grupy wpływów, najczęściej za pomocą pieniędzy, ale za najgorszy ustrój jest uważana ochlokracja czyli rządy tłumu, rządy motłochu. Tłum kojarzy się zawsze z niskimi instynktami z psychologią tłumu, a motłoch to najniższa masa ludzi nie kierowana rozumem, ale nieraz zwierzęcymi pobudkami. Tymczasem Pan Jezus potrafi spojrzeć na tłum jak na znękane owce nie mające pasterza. Tam, gdzie człowiekowi nasuwają się najgorsze skojarzenia tam Bóg patrzy z miłością i litością. To słowo „zlitował się” dosłownie oznacza poruszenie serca, wnętrza. Jest również używane kiedy dziecko porusza się w łonie matki. To samo słowo oznacza też „miłosierdzie”. Pan Jezus zachowuje się dokładnie tak jak Ojciec – reaguje miłosierdziem na upadek człowieka.

            Żniwo wielkie, ale robotników mało… proście Pana żniwa, aby wyprawił robotników na swoje żniwo. Zaraz, można by zapytać, przecież to jest żniwo Pana, czy to nie Jemu powinno zależeć na żniwie? Czy my mamy prosić, żeby Bóg zajął się swoją sprawą? Otóż żniwo oznacza czas sądu nad światem, a łanami zbóż my wszyscy jesteśmy. To żniwo to także nasza sprawa. To nam powinno zależeć na tym, kto ostatecznie nami się zajmie i w czyje ręce się oddamy. Pole, którym nikt się nie zajmuje bardzo szybko zarasta i staje się odłogiem – wygląda to bardzo smutno, kiedy żyzna ziemia leży odłogiem. Pan żniwa i tak pośle swoich aniołów jak żniwiarzy w dzień sądu. Wtedy oni dobre kłosy zabiorą do Bożego spichlerza w niebie, a chwasty powiązane w wiązki wrzucą do ognia. My prosimy, żeby Pan Bóg posłał ludzi jak aniołów którzy zajmą się nami, zatroszczą się o nasze żebyśmy przynosili obfity plon, żeby nas nikt nie stratował, albo żeby nie nasiał kąkolu między nami. Apostołowie ruszają na misję tak jak żniwiarze wysłani przez Pana a i tak jeden okazał się Judaszem. Modlitwa o dobrych robotników nie jest aktywnością, która w zależności od ilości u Boga załatwi wielu dobrych robotników. Modlitwa stwarza Bogu przestrzeń w naszym świecie. Jest zaproszeniem, aby Bóg wszedł do świata, zaangażował się i pomógł. Choć do Pana należy ziemia i wszystko co ja napełnia, człowiek jest jej gospodarzem i to my powinniśmy Boga zapraszać do działania na świecie.

            W czasie tej krótkiej Ewangelii zmienia się nazwa z „uczniów” na „apostołów”. Tych dwunastu prostych Izraelitów zmienia się w uczniów, którzy słuchają i nic nie rozumieją w apostołów, z którymi Pan Jezus podzielił się boską władzą. Odpuszczanie grzechów, wypędzanie złych duchów i uzdrawianie chorych to działania przynależne tylko samemu Bogu. Pewnego letniego dnia w XIII w. właśnie tę samą Ewangelię w małym kościółku w Porcjunkuli usłyszał Franciszek z Asyżu. Przyjął wtedy uczniów i poszedł na żniwo ówczesnej Europy do tych najuboższych, którzy byli jak owce nie mające pasterza. „Proście Pana żniwa…” to słowa Pana Jezusa, które zachęcają nas do modlitwy o świętych, bo przecież oni są wysłannikami Boga. To nie jest modlitwa o ponowne zaludnienie seminariów, wielkich klasztorów i plebanii. Jest to modlitwa o spotkanie w życiu świętych, bo przy świętych zawsze lepiej się żyje i przynosi owoce. Kiedy wyruszymy na poszukiwanie i spotkanie świętych, może się okazać że z łaski Bożej to my sami staniemy się choćby małymi robotnikami Bożego żniwa.

 

            W dzisiejszą uroczystość Bóg objawia człowiekowi pewną część swojej tajemnicy, oczywiście na tyle, na ile człowiek może zrozumieć. A człowiek może zrozumieć przede wszystkim jedno: nie tyle majestat Boga, co własna słabość i zależność od Stwórcy. Im szybciej zrozumie, że jest niczym w porównaniu do Bożego Majestatu tym lepiej dla człowieka. Anegdota na początek: W jednej z komedii Stanisława Barei „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” dyrektor zadaje swojemu zastępcy pytanie o wykonanie planu. Ten odpowiada zaraz, że wszystko zostało wykonane w 95%. Kiedy dyrektor patrzy poważnie i każe mówić prawdę, zastępca odpowiada: „Tak naprawdę, to kto to może wiedzieć?” Właśnie w tamtym systemie wszystko tak działało, że za piękna fasadą krył się opłakany stan faktyczny. Znajdujemy na ten temat pouczający przykłady w Biblii. Król Nabuchodonozor w pewnym momencie swojego panowania podbił liczne państwa, także Królestwo Judy i w swojej pysze wynosił się nad samego Boga. Padł wtedy nagle porażony jakąś dziwna chorobą, która na jakiś czas odebrała mu rozum i obnażyła całą nędzę jego słabego człowieczeństwa, gdy w zachowaniu niewiele różnił się od zwierzęcia. W Apokalipsie Duch Boży mówi do Kościoła w Laodycei. Przestrzega tę wspólnotę, bo wydaje im się, że są wspaniali i bogaci przed Bogiem, gdy tymczasem w oczach Bożych są biedni i nadzy, bo pokładają ufność w rzeczach doczesnych, a nie w prawdziwym, duchowym bogactwie. Podobnie rzecz się ma z człowiekiem i Pan Bóg dzisiaj objawia taki „raport o stanie człowieczeństwa”. Sam Nikodem, który dzisiaj rozmawia z Panem Jezusem w dzień jest bogatym i znaczącym Faryzeuszem, uczonym w piśmie i nauczycielem. Tymczasem w nocy jest poszukującym zalęknionym człowiekiem, który zdaje się nie rozumieć podstaw wiary i prawdy o człowieczeństwie.

            Pan Jezus przedstawia tę prawdę o stanie człowieka tak: „kto wierzy w Niego [tzn. w Syna Bożego] nie podlega potępieniu, a kto nie wierzy już został potępiony”. Trzeba więc spojrzeć prawdzie w oczy: stan człowieka u samego początku, z samej natury jest taki, że jest on skazany na zagładę. Wielu w tym miejscu „oburza się” na Boga, dlaczego stworzył nas jako „potomstwo z natury zasługujące na śmierć”. Ale popatrzmy nawet na zwykłe ludzkie życie. Kiedy się rodzimy jesteśmy całkowicie zdani na łaskę rodziców i opiekunów, a z natury – pozbawieni opieki – jesteśmy skazani na zagładę. Nikogo ten stan nie oburza ani nie obraża, bo wiemy, że dziecko powinno liczyć na matkę a w cywilizowanych krajach także na opiekę medyczna od samego urodzenia. Jest to także naturalne zachowanie dla ludzkiego gatunku. Tak samo dzieje się w sferze duchowej. Od samego urodzenia możemy liczyć na opiekę Bożą i Bóg robi wszystko, żeby nas uratować od zagłady: spieszy z pomocą jak matka narodzonemu dziecku, bo wie, że bez Niego zginęlibyśmy marnie.

Wielu mądrych ludzi wierzyło w Boga. Ale w ich mniemaniu Bóg był zawsze tylko dla siebie. Epikur twierdził, że zajmowanie się sprawami ludzi zakłócałoby niebiański spokój Boga a Arystoteles uważał, że Bóg jest czystą myślą, która myśli o samej sobie. Prawdziwy Bóg objawiał się inaczej: Bóg (Ojciec) umiłował (Miłość Boża to Duch Święty) świat i dał swego Syna (Syn Boży). Bóg w Trójcy Jedyny to Bóg zaangażowany w losy świata i człowieka. Bóg w Trójcy Świętej jest zarazem jak Ojciec i Matka dla słabego człowieka, który przychodzi na świat. Wiara w takiego Boga jest kluczem do zbawienia.

X Niedziela Zwykła

            Pan Jezus spotyka Mateusza siedzącego w komorze celnej. Słowa „celnik”, „komornik” kojarzą się z komórka i celą. Mateusz jest uwięziony w rachunkach, słupkach i sakiewkach. Ta niewola to jest słona cena jaka płaci za to, że za jego plecami stoją dwie potężne siły tego świata: Rzym – najpotężniejsze państwo na świecie oraz pieniądz, który w opinii pewnych ludzi rządzi światem. Siły tego świata zawsze działają na zasadzie cyrografów, a więc ofiarują swoje powiedzmy „wsparcie” w zamian za całkowite zniewolenie. Słowo Pana Jezusa jest tak mocne, że zrywa te złote łańcuchy i wyzwala Mateusza ze złotej klatki, w której siedział i tkwił. Mateusz powstał i poszedł za Jezusem. W oryginale słowo „powstał” jest zapisane jako greckie anastas. Ono oznacza nie tylko powstanie, ale i przebudzenia (stąd lekarz, który wybudza to anestezjolog). Ale słowo to oznacza w Ewangelii przede wszystkim „zmartwychwstanie”. Wyzwolenie Mateusza z komórki celnej było jego duchowym zmartwychwstaniem do nowego życia. Oto człowiek, który do tej pory był nastawiony na zbieranie teraz wydaje ucztę i zaprasza wielu. Można powiedzieć, że przestawił się na dzielenie i dawanie.

            Faryzeusze wystraszyli się mocy słowa Pana Jezusa. Oni tez byli więźniami pewnych układów z władzą i pieniędzy. Widząc to nagłe nawrócenie wystraszyli się do tego stopnia, że na uczcie u Mateusza, choć był tam Pan Jezus, oni ukradkiem szeptali do Jego uczniów: „Czemu wasz Nauczyciel jada z celnikami i grzesznikami?” Czy nie prościej – zauważa ks. Węgrzyniak – było zapytać samego Pana Jezusa? Nie, bo Jego słowo mogłoby pozrywać złote łańcuchy także i u faryzeuszy, a im było dobrze w tych łańcuchach.

Pamiętamy być może beatyfikację bł. ks. Popiełuszki. Była na niej obecna jeszcze jego mama. Po uroczystości lewicowy dziennikarz przeprowadzał z nią wywiad, a wiemy, że była prostą i starszą już kobietą. Dziennikarz pytał, czy dobrze jest mieć błogosławionego syna, czy można w ten sposób „załatwić” sobie jakąś łaskę z nieba przez wstawiennictwo syna. Na co pani Marianna Popiełuszko powiedziała: „Niech pan sam spróbuje”, a dziennikarz się zmieszał. Dzisiejsi nieprzyjaciele Boga działają podobnie jak ówcześni faryzeusze. Jeśli masz człowieku jakiś problem z Bogiem, Jego przykazaniami, Jego wyrokami itp. to czemu zwracasz się z pretensjami do wierzących czy do kapłanów. Dokładnie tak robili faryzeusze – mając problem z Chrystusem atakowali Jego uczniów. Przecież Pan Jezus zmartwychwstał i żyje do dziś. Można z Nim bardzo łatwo, choć nie szybko porozmawiać przez modlitwę i uzyskać wszelkie odpowiedzi na wszelkie wątpliwości. Tymczasem pozycja sceptyka zdaje się być wygodna. Przeciwnicy Boga nie boją się dzisiaj pytań. Oni boją się odpowiedzi. Nie chcą usłyszeć Bożego Słowa bo ono uwalnia i rozwiązuje problemy. A kiedy nie ma problemów, to nie ma na kogo i na co zrzucić odpowiedzialności za porażki lub brak dobrych uczynków. Pod pewnymi względami niewola własnych „komórek” i „cel” oraz pozycja oskarżyciela są wygodne, ale taka wygoda jest w gruncie rzeczy martwotą. Trzeba powstać z martwych za życia podobnie jak nawrócony celnik Mateusz.

Pan Jezus przywołuje słowa proroka Ozeasza: „Miłości pragnę, nie krwawej ofiary”. Ofiara może być gestem szczerym lub pustym – obie wyglądają tak samo. Ale Pana Boga nie da się oszukać. Pana Jezusa nie interesuje martwy gest, ale żywa postawa miłości. Jego słowo jest zdolne do tego, by dosięgnąć najgłębszych pokładów serca człowieka. To jest uzdrowienie, o którym naucza Pan Jezus.

Zesłanie Ducha Świętego

            Podczas jednej z pielgrzymek św. Jana Pawła II do Polski zdarzyło się, że papież zachorował. Nie odprawiał Mszy św. w Krakowie, choć zgromadziły się tłumy. Podobnie było z oczekującymi w Gliwicach. Ogłoszono, że papieża nie będzie a ludzie zaczęli się rozchodzić. Byli jednak tacy, którzy czekali i papież ich nie zawiódł. Kiedy tylko poczuł się lepiej kazał zawieźć się helikopterem do Gliwic i spotkał się z wiernymi w parku. Spotkanie to miało charakter serdeczny i przyjacielski, a wielu ludzi mogło podejść do papieża blisko. Jest to przykład spotkania, na które wielu czekało. Dzień Pięćdziesiątnicy był świętem także w Starym Testamencie. Tłumy ludzi były zgromadzone w Jerozolimie – Mieście Świętym. Przybyli na to święto do miasta pobożni ludzie z całego ówczesnego świata. Przybyli, ale nie spotkali się z Bogiem, choć pełno było wtedy modlitw, ofiar i ofiarnych uczt. Bezpośredniego, bliskiego spotkania nie było. Dlaczego nie było? Dlatego, że pięćdziesiąt dni temu oni sami wyrzucili swojego Boga za mury miasta i ukrzyżowali. Nie tylko wyrzucili Go za mury, ale także na zupełny margines – śmierć na krzyżu zarezerwowana była tylko dla przeklętych. Golgota była nie tylko za granicami Jeruzalem, ale w ogóle za granicami Narodu Wybranego. Apostołowie i Maryja nie byli w świątyni zbudowanej przez Heroda na ludzkiej krzywdzie i okupowanej przez faryzeuszów i saduceuszów. Oni czekali na swoje osobiste spotkanie z Bogiem w innym miejscu – tam, gdzie spotykali Chrystusa i tam, gdzie On kazał im być i czuwać w oczekiwaniu spełnienia obietnicy. Często najważniejsze spotkania odbywają się nie tam, gdzie pędzą wszyscy gnani psychologią tłumu, ale tam, gdzie czekają wierni, którzy dobrze usłyszeli i zrozumieli gdzie i na Kogo mają czekać.

            Pan Jezus obiecał im moc Ducha Świętego: „którym odpuścicie grzechy są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. Odpuszczanie grzechów i przeznaczanie do nagrody oraz zatrzymywanie ich do kary to przecież sąd Boży nad ludzkością. Duch Święty dał Apostołom prawdziwie Bożą moc. Apostołowie oczywiście zdawali sobie sprawę z tego, że ci, którzy wyrzucili ich Mistrza za miasto i ukrzyżowali, teraz poszukiwali także Jego uczniów. Arcykapłani i faryzeusze nie darowali nie tylko Panu Jezusowi, ale też Jego wspólnocie. Wiadomo było, że będą ją zwalczać i prześladować. Posiadanie w rękach mocy sądzenia od Boga dawało uczniom możliwość walki z prześladowcami, policzenia się z nimi, wyrównania rachunków. Mieli prawo i możliwość całkiem odwrócić się od Narodu Wybranego, który już ich wcześniej wykluczył i skreślił. Ale Apostołowie w chwili Zesłania Ducha Świętego odzywają się właśnie do swoich potencjalnych wrogów. Przez ich usta i głoszenie Ewangelii Bóg chce się pojednać z Narodem, chce wybaczyć i odnowić swój Lud. Po tym poznaje się Ducha Świętego, że jest to Duch Bożego Miłosierdzia. Jest to Duch Przebaczenia i kolejnej szansy. Gdyby Kościół był organizacją czysto ludzką od razu zamykałby drzwi na wrogów – jak robili to Apostołowie przed Zesłaniem Ducha Świętego. Wspólnota Boża zaczyna od przebaczenia i otwarcia drzwi nawet na niedawnych wrogów. Moc wrogości ma być pokonana mocą miłości.

            Nie byłoby chwalebnego Zesłania Ducha Świętego, gdyby nie było bolesnej męki Zbawiciela. To z Jego przebitego boku wypłynęła krew i woda. To On umęczony na krzyżu oddał Ducha. Powiew Ducha Świętego, który o mało nie rozwalił budynku to ostatnie tchnienie Chrystusa na krzyżu, które nabrało siły i Bożego rozpędu zdolnego do stworzenia nowego świata.

Strona 3 z 89

logo

caritas

Liturgia na dziś

Copyright © 2026 Parafia Św. Józefa w Sandomierzu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.
DMC Firewall is a Joomla Security extension!