Kilka myśli na niedzielę
Wniebowstąpienie Pańskie
Pan Jezus nieprzypadkowo wybrał Górę Oliwną na miejsce swojego tryumfu. Góra Oliwna była symbolem upokorzenia Króla Dawida, który wychodził z Jerozolimy poniżany i obrzucany obelgami, a wrócił tam jako zwycięzca. Zapowiadał w ten sposób mękę i powrót Chrystusa. Prorok Zachariasz zapowiadał, że Mesjasz ma zstąpić na Górę Oliwną tak mocno, że skała się otworzy, a zmarli powstaną. Z tego powodu żydowska wspólnota jerozolimska umieściła swój najważniejszy cmentarz na stoku Góry Oliwnej. Z Góry oliwnej ku Jerozolimie zjeżdżał na osiołku Pan Jezus w czasie Niedzieli Palmowej. Na Górze Oliwnej Pan Jezus zapłakał nad świętym miastem, bo nie rozpoznało czasu swojego nawiedzenia. Na tej samej Górze Pan Jezus wygłosił przestrogę w kierunku Jerozolimy, że nie zostanie z niej kamień na kamieniu gdy otocza ją wojska. Tam też Pan Jezus nauczył swoich uczniów Modlitwy Pańskiej – Ojcze Nasz. I tam u stóp góry był Ogrójec, gdzie Pan Jezus modlił się przed śmiercią. Wiele życiowych dróg Pana Jezusa tych przyjemnych i tych przykrych przecinało się na Górze Oliwnej to było Jego umiłowane miejsce, na to miejsce wskazał też Judasz. Dzisiaj i nas Pan Jezus zaprasza na Górę Oliwną – każdego i każda z nas, obojętnie czy dziś mamy czas radości czy trwogi konania. Z góry jest zawsze bliżej do nieba.
Jedenastu uczniów poszło na Górę Oliwną, tam gdzie Pan Jezus im polecił i miało tam miejsce objawienie Zmartwychwstałego Pana. Jedenastu Apostołów to nie jest pełna liczba – brakowało nieżyjącego już wtedy Judasza. Jeśli oni mają być początkiem Kościoła, czyli Mistycznego i żywego Ciała Chrystusa na ziemi, to Mistyczne ciało nosi na sobie ranę – brak spowodowany przez zdrajcę. Młody Kościół widzi Chrystusa objawiającego się w ciele, które też nosi na sobie rany – stygmaty. Można powiedzieć, że tam wtedy na Górze Oliwnej młody Kościół – mistyczne Ciało Chrystusa stanęło przed lustrem i zobaczyło, że jest Ciałem Chrystusa Zmartwychwstałego a Pan Jezus zobaczył swoje własne odbicie cielesne w tej małej wspólnocie. Od tej chwili Pan Jezus miał już wstąpić do nieba i nie pokazywać się wszystkim w cielesnej postaci. Miejsce Jego ciała uwielbionego zajmuje na świecie Ciało Mistyczne, czyli Kościół. Na Górze Oliwnej jeszcze nie ma w Kościele Bożego życia – Ewangelista Mateusz Apostoł, który osobiście tam był zanotował, że niektórzy wątpili. Wątpliwości rodzą się w głębinach duszy człowieka. Czy człowiek może mieć wgląd w dusze przyjaciół, czy może pisał o własnych wątpliwościach? Życie miało wstąpić we wspólnotę Kościoła wraz z zesłaniem Ducha Świętego. Duch Święty jest Duszą Kościoła, tchniętą w Jego ciało i ożywiającą, podobnie jak nasze dusze ożywiają każdego i każdą z nas do momentu śmierci. Podobne wątpliwości mogą rodzić się także w naszych sercach. Zapytano kiedyś pewnego reżysera horrorów, dlaczego realizuje tak straszne i przykre w odbiorze filmy? On odpowiedział, że chce pokazać wszystkim, że „zło nigdzie się nie wybiera”. Dzisiaj Pan Jezus objawił się Apostołom już jako mieszkaniec nieba. Świadczy o tym pokłon, który Mu oddali. W Ewangelii pokłon pojawia się tylko wtedy, kiedy człowiek doświadczy jakoś mocy Bożej. Musiało to być Objawienie na miarę Przemienienia, Objawienie, które rzuciło uczniów na twarze. To Objawienie pokazało, ze to Pan Jezus już nigdzie się nie wybiera, Jemu dana jest władza na niebie i na ziemi, a zło ostatecznie jest skazane na wygnanie ze świata i miejsca dla niego nie będzie. Tej prawdy mają uczyć Apostołowie, a w domyśle także i my, bo przecież jedenastu ludzi nie obejdzie za swojego życia całej ziemi.
Pan Jezus mówi do apostołów: jeżeli będziecie mnie miłować, będziecie zachowywać moje przykazania. Bardzo łatwo jest zrozumieć te słowa wprost i doprowadzić to szantażu emocjonalnego, kiedy to jedyna miarą miłości zdaje się zachowywanie określonych zasad. Przyjrzyjmy się temu. Bywa, że starsza osoba w domu próbuje wymuszać na rodzinie takie a nie inne zachowania, a jeśli dorosłe dzieci chcą żyć po swojemu, starsza mama lub starszy tata urządza sceny, histeryzuje, obraża się i gra na emocjach mówiąc: ‘nie kochasz mnie, bo jakbyś kochał, kochała, to byś robił tak jak ja chce, bo przecież chcę dobrze”. Podobne histerie próbują teraz urządzać dzieci, kiedy rodzice w końcu przestają pozwalać im na wszystko, zaczynają się krzyki, że „wy mnie nie kochacie”. Emocjami związanymi z miłością można skrzętnie manipulować. W amerykańskiej telewizji widziałem reklamę domu opieki dla ludzi starszych, gdzie miła pielęgniarka mówiła do kamery: „ty chyba nie kochasz swoich rodziców lub dziadków, że trzymasz ich w domu, gdzie nie mają fachowej opieki… jeśli ich naprawdę kochasz, oddaj ich do naszego zakładu”. Z kolei współczesny model rodzicielstwa wmawia nam, że jeśli nie jesteśmy w stanie zapewnić dziecku wszelkich dostatków, osobnego pokoju, drogich ubrań, zabawek, wyjazdów i sprzętu, to nie darzymy ich miłością. Nie chcemy być oskarżani o nie-kochanie własnych dzieci. Nie jesteśmy jednak bogaci nie damy im wszystkiego, co pokazują w telewizji, będą się czuć gorsze, więc lepiej nie mieć dzieci w ogóle. Jeśli miarą miłości do Pana Jezusa ma być wzorowe wypełnianie Jego przykazań, to jesteśmy przecież słabi jako ludzie, nikt z nas w stu procentach nie spełni przykazań, chyba tylko święty z obrazka, a więc miłość Boża jest nie dla nas. Co wtedy? Katujemy się nieustannymi wyrzutami sumienia, albo przestajemy się w ogóle starać, albo idziemy do takich odłamów i sekt podających się za chrześcijańskie, które głoszą, że możesz dalej grzeszyć, a Chrystus i tak już to wszystko odkupił. Zdziwilibyśmy się ile takich pseudo-chrześcijańskich a w rzeczywistości antykatolickich grupek działa w polskich miastach i miasteczkach. Z drugiej strony faryzeusze bardzo drobiazgowo spełniali przykazania i jest to przecież możliwe, żeby oficjalnie nie złamać żadnej zasady, a nie mieć w sercu ani kropli miłości. Z trzeciej strony nie można powiedzieć, że nie są ważne czyny ani stan w jakim żyjemy, bo wielu ogłasza że kocha Pana Jezusa, a żyją wprost bezbożnie lub rozpustnie.
Pan Jezus nie zostawia nas samych wobec własnych krótkich, jasnych, ale jakże trudnych i głębokich słów. Obiecuje nam pomoc Ducha Świętego w ich zrozumieniu. A Ducha Świętego nazywa parakletem, co oznacza adwokata, obrońcę albo pocieszyciela oraz Duchem Prawdy. Po tych dwóch znakach poznaje się działanie Ducha Świętego: nie łagodzi, nie zaciemnia, nie zostawia wątpliwości, mówi prawdę taka jaka jest oraz pociesza. Prawda powinna człowieka uspokajać i pocieszać, nawet jeśli jest gorzka i trudna. Pan Jezus mówi: jeśli będziecie mnie miłować, będziecie zachowywać moje przykazania. To znaczy, że najpierw trzeba umiłować, żeby miłość dawała mądrość i siłę i moc do zrozumienia i wypełnienia przykazań. Kto miłuje Chrystusa, ten spełnia Jego przykazania spontanicznie i z radością. Kto nie miłuje, ten nie spełnia, a jeśli spełnia, to z zaciśniętymi z wysiłku zębami i z zimnym sercem. Zachowywanie przykazań z łaciny nazywa się observare. To znaczy wpatrywanie się, przyglądanie się, podziwianie, poznawanie szczegółów, a w końcu rozmiłowanie w prawdzie Bożych Przykazań, a ta daje pokój i pocieszenie.
III Niedziela Wielkanocna
Wszyscy znamy grób Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Faktycznie spoczywają w nim szczątki jednego z bezimiennych bohaterów wojny 1920 roku. Inne kraje europejskie także maja podobne miejsca pamięci. Chodzi o pamięć wszystkich poległych w ciągu wieków i wojen, którzy oddali swoje życie, aby Polska nie zginęła. Gdyby teraz nad grobem nieznanego żołnierza stanął zebrał tłum i ktoś oznajmiłby, że to nieprawda, że Polska nie zginęła, bo w grobie nieznanego żołnierza faktycznie są kości zabitego, to wtedy wszyscy powiedzielibyśmy, że w całej symbolice tego grobu nie chodzi o tego człowieka złożonego w grobie, ale o nasz naród i Ojczyznę, która żyje. Śmierć tego żołnierza, a także wielu innych, których prochy rozsiane są po świecie, jest zapowiedzią tego, że Polska odrodzi się i zmartwychwstanie. Podobnego argumentu użył dzisiaj św. Piotr w swoim przemówieniu do Izraelitów, które zanotował autor Dziejów Apostolskich. Mówił o proroctwie danym domowi i rodzinie Dawida, że Pan Bóg nie pozwoli, by jego święty, jego wybrany został w grobie. A tymczasem w Jerozolimie był grób Dawida, otaczany szacunkiem i czcią jak nasz grób Nieznanego Żołnierza. Dla Piotra i jego słuchaczy było jasnym, że to proroctwo o zmartwychwstaniu nie dotyczyło Dawida, bo jego kości nadal leżały w grobie. Chodziło o inną Osobę, której grób znajdował się tuż za murami miasta i ten grób był pusty i otwarty: co więcej, był otwarty od wewnątrz. Bóg nigdy nie rzuca słów na wiatr. Mocą Bożego słowa powstał cały świat, Słowo Boże nie jest symboliczne: kiedy mówi, że święty powstanie z martwych, to tak właśnie ma się stać. Dawid leży w grobie, można to sprawdzić, a Chrystusa w grobie nie ma. Nie ma Go tam, bo zmartwychwstał.
My dzisiaj nie przywiązujemy wielkiej wagi do słów. Słowa były już tak często nadużywane, że dzisiaj można powiedzieć cokolwiek i będą to tylko słowa, w ustach niektórych ludzi, nawet tych z wyższych sfer, słowa mają wartość jedynie poruszonego powietrza. A przypomnijmy sobie czasy, w których nie było telefonów komórkowych, wiadomości i tego typu informacji. Żeby się z kimś spotkać o określonej porze i w danym miejscu trzeba było się umówić „na słowo”. Mówiło się, że będę i się dotrzymywało słowa oraz tego samego oczekiwało się od bliźnich. W ten sposób funkcjonował świat. Narzędzia do przekazywania informacji oduczyły nas wierności słowu, dlatego Słowo już tak nie porusza, a przecież wiara opiera się na Słowie.
Był taki film Skazani na Shawszank [czyt. szouszenk], który opowiadał o losach grupy więźniów złączonych wspólnym losem w ciężkim amerykańskim więzieniu kierowanym przez sadystycznego dyrektora i strzeżonemu przez jemu podobnych strażników. Więźniowie, aby oderwać się od smutnej doli opowiadali sobie o ulubionych miejscach, albo wymarzonych podróżach. Tych opowieści było wiele. W pewnym momencie jeden z nich uciekł w sprytny sposób, a drugi doczekał zwolnienia. Nie trzeba było długo czekać, aż spotkali się w miejscu o którym sobie kiedyś dawno opowiadali. Kto słucha i zważa na słowa przyjaciela, ten je zapamięta i weźmie do serca – nie trzeba mu powtarzać. Może gdyby ludzie z czasów Pana Jezusa lepiej słuchali Słowa Bożego i bardziej braliby sobie je do serca, wiedzieliby gdzie i jak spotkać żyjącego Chrystusa po zmartwychwstaniu. To samo dotyczy i nas. W Słowie Bożym zapisane są wszystkie obietnice, które spełniły się w Chrystusie. Możemy spotkać Go w miejscach i sytuacjach, o których mówi Pismo Święte. Wystarczy dobrze czytać lub słuchać.
IV Niedziela Wielkanocna – Niedziela Dobrego Pasterza
Człowiek zawsze szuka mistrzów i autorytetów. Historia dowodzi jednak, że czasem dobieramy te autorytety w sposób zły. Mówi się, że nie potrzeba miliona złych ludzi, żeby wywołać ogólnoświatową tragedię. Wystarczy jeden zły i milion przeciętnych. Ernest Hemingway opisywał to zjawisko w książce Komu bije dzwon. W niewielkim miasteczku wszyscy się nawzajem znali. Kiedy jednak przyszli rewolucjoniści i rozdali broń temu, kto tylko chciał, i pozwolili wszystkim pozałatwiać swoje porachunki, wtedy zaczęła się zbrodnia. Aż dziw bierze ile nienawiści leżało w sercach ludzi w małym miasteczku. Okazuje się, że przywódca, to nie tylko ten, kto prowadzi swoich zwolenników, ale także ten, kto wyzwala z nich siły, które drzemią na dnie serc. Dobry przywódca – pasterz – sprawia mocą Bożą, że drapieżne wilki zmieniają się w baranki. Tak właśnie Matka Boża objawiła we śnie św. Janowi Bosko jego pracę wśród trudnej młodzieży. Dobry pasterz mocą Chrystusa – Pasterza, wyzwalał z młodych serc, które może w życiu nie zaznały zbyt dużo miłości, wielkie siły łagodności, pokory, pogody ducha, dobra i wiary.
Najtrudniej jest poznać człowieka. Jeśli więc chce się obdarzyć zaufaniem na całe życie, np. wchodząc w związek małżeński, nawiązując przyjaźń i współpracę, to trzeba zadać sobie wiele trudu, trzeba nieraz długiego czasu, żeby taką osobę poznać i to jest bardzo rozsądna postawa. Zadziwiające jest, gdy ci, którzy przez całą młodość nie mogą zdecydować się na drogę życia, wiele długich lat zwlekają z wyborem zawodu i nieraz pół życia odkładają podjęcie decyzji o małżeństwie i rodzinie, a tymczasem o przeczytaniu kilku artykułów w Internecie, lub kilku spotkaniach z rzekomym „charyzmatycznym” przywódcą, lub za zwykłą namową kolegi lub koleżanki składają sprawę swojego wiecznego zbawienia w ręce zwykłego rozbójnika. Jak wiele już usłyszałem przypadków w których wspaniali młodzi ludzie w dużym potencjałem tak łatwo dają się złapać na tanie hasła o jedynym pośrednictwie Chrystusa, o tym, że nie potrzeba żadnej po ludzku zorganizowanej religii, itp. Tacy rozbójnicy sieja spustoszenie nawet w pobożnych rodzinach i nawet w małych miejscowościach. Pan Jezus próbuje dzisiaj bronić swoje owce przed rozbójnikami. Mówi, że prawdziwy pasterz przychodzi przez Bramę, a Bramą jest sam Chrystus. Oczywiście każdy może powiedzieć, że idzie „w imię Chrystusa”, ale Pan Jezus mówi jeszcze o odźwiernym, o ogrodzeniu i o tym, czy pasterz mówi rzeczy, które owce znają czy rzuca różne „nowinki”. Dobrymi (choć grzesznymi) pasterzami są kapłani. Ogrodzoną zagrodą owiec jest ściśle zorganizowana w parafie i diecezje wspólnota Kościoła. Odźwiernym jest papież albo biskup, który posyła pasterza wspólnocie i powinien za niego gwarantować i odpowiadać. Natomiast znanym głosem jest katecheza: ta sama, której nauczyliśmy się od babci czy rodziców w domu. Tak rozpoznaje się pasterza i rozróżnia od rozbójnika. Mój dobry znajomy, który kiedyś pogubił się w wierze i przystał do takiej charyzmatycznej wspólnoty z kaznodzieją, który wymachiwał Biblią sam usłyszał od tego kaznodziei, który przyjechał z Warszawy i osiedlił się w małym mieście. Ów człowiek sam powiedział: ja nie szukam niewierzących, zagubionych, poszukujących, ale zbieram katolików. Dobry pasterz nie przychodzi rabować owiec z zagrody, ale szukać zagubionych. Módlmy się dzisiaj o pasterzy, przez których niewinne dusze nie będą opuszczać owczarni Kościoła, za których Chrystus nie będzie się wstydził i którzy nie wystawią dusz wiernych na pożarcie diabelskiego wilka lub ludzkiego rozbójnika z własną „Biblią” w dłoni.
Słyszymy dzisiaj opis pierwszego Kościoła zaraz po zmartwychwstaniu: Wszystko mieli wspólne, wszystkim się dzielili, ale nikomu niczego nie brakowało, bo nowi wierni sprzedawali majątki i oddawali wszystko do wspólnej kasy. To wygląda jak utopia czyli wspólnota idealna, gdzie nie ma żadnych problemów. Czy taka wspólnota jest jeszcze możliwa? Wielu świętych zakładało takie wspólnoty, część z nich przerodziła się w zakony i inne zgromadzenia, które istnieją do dziś. Ale każda wspólnota, także Kościół, ma zawsze dwa etapy w swojej historii: jest czas charyzmatów i czas struktur. Na początku zawsze jest pięknie, gdy czuje się powiew Ducha Świętego – powiew wiosny i młodości Kościoła. Ale kiedy święci odejdą już do Pana wszędzie gdzie są ludzie tam są i problemy, dlatego potrzebne są regulaminy, instytucje i struktury. W pierwszym Kościele miłosierdzie było oczywiste: było jak chleb powszedni i jak powietrze, którym się oddycha. Teraz potrzebne są instytucje, które będą pomagać bliźnim: katolickie fundacje, dzieła miłosierdzia, Caritas i inne zgromadzenia charytatywne, a także codzienna posługa w parafiach, w konfesjonałach. Nie trzeba oczekiwać, że znów wszystko wróci do stanu pierwszego Kościoła, bo to był czas charyzmatów, czyi znaków. Nie bądźmy plemieniem przewrotnym, które domaga się znaku. Naszemu pokoleniu dane jest zmartwychwstanie czyli Znak Jonasza – reszta to cicha posługa miłosierdzia w parafiach i wspólnotach – bez festiwali, koncertów, światła kamer czy ekranów telewizora. Miłosierdzie w Kościele rozchodzi się cicho – jak Chrystus przyszedł w ciszy wieczernika do przebywających tam uczniów.
Św. Tomasz zwany niewiernym domagał się dowodu na zmartwychwstanie – nie docierało do niego, że to, co się mówi i słyszy o żyjącym Bogu jest prawdą. Zapewne w pamięci miał jeszcze krzyż i rany, zwłaszcza przebite Serce Zbawiciela, i nie mogło mu się pomieścić w głowie, że On zwyciężył śmierć i żyje na ziemi w cielesnej postaci. Pan Jezus żyje do dzisiaj na świecie, a Jego cielesną postacią jest Kościół. Wielu jest (u nas coraz więcej) „niewiernych Tomaszów”, którzy nie chcą uwierzyć w to, że Chrystus żyje w swoim Kościele. Jako argument wysuwają rany, które nosi Kościół, a których w historii i teraz nie brakuje. Zamiast uwierzyć w Chrystusa żyjącego w Kościele chcą grzebać w Jego ranach, a szczególnie zadać cios w zranione Serce, którym są osoby powołane do służby Bożej.
Chrystus Pan nie ukrywa swoich ran, nawet więcej – czyni z nich znak rozpoznawczy swojego Ciała czyli Kościoła. Pozwala się poznać od swojej najbardziej bolesnej, słabej, poranionej strony, czyli od strony tych, co najbardziej potrzebują Jego miłosierdzia. Mówię tu nie tylko o tych, co ustawiają się w kolejkach po pomoc do Caritasu, ale o tych cierpiących w ukryciu. Tych, którzy trwają we wspólnocie wierzących mimo ran, które otrzymali w rodzinach, w miejscach pracy, nawet we wspólnotach kościelnych. Kiedy mowa o ranach Kościoła to mowa o ludziach grzesznych, którzy szczerze czekają przy kartkach konfesjonałów. Ta kolejka jest tak samo ważna, jak kolejka ubogich po posiłek lub dary, jak kolejka chorych w krajach misyjnych do kościelnych punktów medycznych, jak kolejka ubogich do szansy, która daje im Kościół na świecie przez szkoły i ośrodki pomocy, jak kolejki prześladowanych chrześcijan do obozów dla uchodźców, a może nawet ta kolejka przed konfesjonałem jest ważniejsza. Oby każdy współczesny niedowiarek osądzający Kościół swoim wytykającym palcem zrozumiał, że jego nieobecność w Kościele także tworzy ranę w miejscu, gdzie powinno być Ciało Mistyczne.


