Kilka myśli na niedzielę
Dzisiaj Pan Jezus opowiada krótką przypowieść o skarbie i perle. Skarb zakopany w roli to symbol tamtych niepewnych czasów. Nie było wtedy banków ani sejfów. Jeśli człowiek podróżował lub zagrażały wojny często ukrywał złoto lub kosztowności stanowiące zabezpieczenie rodziny albo spadek po prostu w ziemi. Jeśli człowiek nagle zginął podczas dziejowej zawieruchy, zabierał swoją tajemnicę do grobu i czasem taki skarb na roli leżał tam całe pokolenia. Taki skarb znalazł przypadkiem robotnik rolny, najemnik, który pracował na czyimś polu. Odnalezienie skarbu to życiowa szansa, ale żeby kupić ten kawałek pola, trzeba poświęcić wszystko co do tej pory udało się uciułać. Ale Pan Jezus mówi, że choć człowiek sprzedaje wszystko co ma, jest uradowany, bo znalazł i zyskał znacznie większy skarb. Radość życia i umiejętność poświęcenia wszystkiego co nieistotne oznaczają, że człowiek odnalazł Boży skarb. Można całe życie chodzić do kościoła i uczyć się religii, a nie znaleźć skarbu i być wciąż smutnym i wciąż przywiązanym do tego co przemija.
Z drugiej strony mamy kupca poszukującego pięknych pereł. Ewangelia używa tu słowa znaczącego dosłownie „hurtownika”. Jest to człowiek, który handluje perłami na skalę międzynarodową, na pewno bogactwa mu nie brakuje i zna się na nich dobrze. Jaką wartość musiała mieć ta najcenniejsza z pereł, że taki znawca poświęca dla niej inne perły i swój dobytek? Musiała być to perła jedyna w swoim rodzaju. Przecież nie kupuje jej po to, by sprzedać, ale by była jego najcenniejszym skarbem, cieszyła jego oczy i uczyniła go człowiekiem jedynym na całym świecie. Traci majątek, ale jest najszczęśliwszym człowiekiem świata.
W pierwszym czytaniu słyszymy o Salomonie, który jako młody i słaby fizycznie król prosił o dar mądrości. Jak zrealizował swój dar? Był bodajże najbogatszym człowiekiem żyjącym wówczas na świecie. Doświadczył wszystkiego, czego w tamtych czasach można było doświadczyć i dobrego i złego, spróbował każdej przyjemności i dobrej i grzesznej, poznał też całą mądrość i wiedzę o świecie, jaka była wówczas dostępna. Nie było dla niego niemalże rzeczy niemożliwej. I po całym 40-leciu bycia „królem życia” wygłaszał mowy, które przekazywano ustnie a spisano 700 lat później w Księdze Koheleta: marność nad marnościami i wszystko marność. Prawdziwa mądrość to cieszyć się tym, co się ma w domu i wokół siebie, dziękując Bogu za chleb i miłość, i w Bożej bojaźni używać życia tu i teraz. To najmądrzejszy sposób na przeżycie lat. Do tego nie trzeba być ani uczonym, ani potężnym, ani bogatym, ani doświadczonym na wszystkie sposoby jak Salomon. Do tego można być zwykłym pracownikiem żyjącym z rodziną w skromnym domu. Salomon doszedł do tego poświęcając 40 lat swojego życia, całą wiedze, całą potęgę i wielki majątek. Poświęcił wszystko co miał żeby zdobyć prostą mądrość życia, ale bezcenną, wartą więcej niż całe to życie. Trochę podoba jest historia hrabiego Monte Christo – postaci stworzonej przez Aleksandra Dumasa [czytaj: dima]. Kiedy ten bohater (miał na imię Edmund) został zdradzony przez przyjaciół, stracił wszystko: majątek, pracę, miłość a także dobre imię. Spotkał w więzieniu księdza, który był jak skarb ukryty w ziemi. Wsadzono go tam jeszcze za czasów rewolucji, a potem mimo tego, że ustrój kilkukrotnie się zmieniał, zupełnie o nim zapomniano. Pobożny ksiądz chciał wyleczyć Edmunda z trucizny nienawiści, która zalewała jego serce. Przekazał mu też mapę do ukrytego na wyspie skarbu. Nie zdążył jednak doprowadzić Edmunda do prawdziwej mądrości. Po ucieczce z więzienia Edmund za swój skarb mógł kupić wszystko, co tylko chciał. Po kolei systemowo mścił się surowo na wszystkich, którzy go zdradzili. Dopiero na koniec, kiedy zobaczył jak wiele krzywd wyrządził przy okazji niewinnym ludziom zrozumiał na czym mądrość polega, wyrzekł się majątku, ale było już za późno, żeby odzyskać miłość i szczęście. Mądrość życiowa została mu na pociechę. My dzisiaj, dzięki słowom Ewangelii nie musimy powtarzać błędów postaci historycznych, biblijnych i literackich na własnej skórze. Pan Jezus pokazuje nam dokładnie co jest prawdziwym skarbem i prawdziwą drogocenną perłą, za którą warto oddać wszystko. Jest nią Boża mądrość życia, czyli sama prawda o tym, że w życiu najważniejsze jest to co nie przeminie z czasem ani ze zmieniającymi się okolicznościami i warunkami życia.
W czasie słynnej gorączki złota w Ameryce Północnej wielu ludzi zapożyczało się i sprzedawało posiadłości, żeby zakupić choćby małą działkę na złotonośnych terenach. Bywało, że oszuści sprzedający ziemię przynosili bryłki dwusiarczku żelaza, które lśnią jak prawdziwe złoto. Ludzie potrafili postawić wszystko, żeby kupić ziemię dającą nie złoto, ale bezwartościową błyskotkę nazwaną pirytem lub po prostu „złotem głupców”. Pan Jezus przestrzega nas, porównując z szacunkiem człowieka do poszukiwacza skarbów, żebyśmy nie dali się oszukać i nabrać na tani blask. Sam Bóg stał się dla nas takim poszukiwaczem skarbów. My jesteśmy dla Niego jak cenne perły. Kiedy Bóg stał się człowiekiem poświęcił swoją chwałę i zszedł w ziemskie głębiny żeby odnaleźć każdą i każdego z nas jak zaginioną perłę, jak skarb pokryty błotem. Daje nam w ten sposób przykład, żebyśmy szukali tego, co dla nas ukrył: Bożej mądrości życia, cenniejszej niż samo życie.
Dzisiaj Pan Jezus opowiada uczniom przypowieść o chwaście. Pan Jezus zaczął nauczać w przypowieściach kiedy wyższe koła Izraela, a więc faryzeusze, uczeni w piśmie a także w połowie pogańscy Samarytanie odrzucili Jego naukę. W sytuacjach niepowodzeń człowiek podświadomie szuka winnych i zapewne tak myśleli apostołowie. Chcieli przecież spuszczać ogień z nieba na nieposłuszne miasta, chcieli karać i wykluczać nieposłusznych ze zbawienia. Sami często powielamy ten schemat i kiedy coś idzie nie tak w rodzinie, w pracy, a nawet w całym kraju chcemy zaraz wskazywać winnych i oddzielać ziarno od plewy a pszenicę od kąkolu. Co ciekawe więzienni psychologowie piszą, że taki mechanizm można spotkać też u morderców. Kiedy się ich pyta o motywy zbrodni to oni nie czują winy tylko najczęściej usprawiedliwiają się że po prostu „wyrywają chwasty”, to znaczy pozbawiają życia kogoś, kto w ich mniemaniu nie zasługuje i tak na życie. Pan Jezus mówiąc w przypowieści o chwastach chce powiedzieć wszystkim: nie wy jesteście od wyrywania chwastów, nie wy będziecie decydować kto jest wartościowy a kto nie. To się dopiero okaże na koniec i to nie na koniec roku czy na koniec dzieła, nawet nie pod koniec życie, ale dopiero kiedy skończą się wszystkie czasy.
Kiedy patrzy się na obowiązki sług w dawnych czasach to jeden z nich nazywa się „stróża”. Słudzy nie tylko obrabiali pole, obsiewali je i zbierali plony, ale także mieli obowiązek pilnować w nocy, żeby ktoś nie rozkradł czy nie zniszczył ich pracy. Słudzy Pana w przypowieści pytają niemalże głupio: skąd się wzięły chwasty? Pan wie, że nieprzyjaciel je posiał, bo słudzy zamiast czuwać spali i nie spełniali swoich obowiązków. Najpierw nie dopilnowali pola, a teraz chcą wyrywać chwasty nawet jeśli przy okazji wyrwą pszenicę. Nam też udziela się taka postawa. Na przykład jeśli jesteśmy ciągle leniwi to chcemy jednym dniem wytężonej pracy uspokoić własne sumienie i jakby nadrobić straty. To tak jakby długie zaniedbania w miłości rodzinnej dało się nadrobić jedną wspólną wycieczką, kupowaniem prezentów czy zapraszaniem do restauracji na obiad. Pan z dzisiejszej przypowieści zabrania sługom uspokajania emocji i nadrabiania zaniedbań. Chwast, który rośnie ma służyć ich pokorze, przypomnieć, że słudzy nie są idealni i nie powinni takich udawać.
W historii było wiele grup wśród chrześcijan, którzy zachowywali się jak słudzy z dzisiejszej Ewangelii. W czasach św. Augustyna w północnej Afryce byli to tzw. donatyści, którzy uważali, że grzech, zwłaszcza zaparcie się wiary wobec groźby tortur i prześladowań, całkowicie przekreśla człowieka i dla takiego nie ma już powrotu do Kościoła. Potem byli tzw. katarowie działający w południowej Francji. Uważali oni, że nie ma miejsca w sercu człowieka dla żadnego grzechu, nawet najmniejszego i żadna modlitwa i żaden dobry uczynek człowieka choćby z maleńkimi grzechami Bogu się nie podoba. Potem byli janseniści (popularni w Europie w XVI w.), którzy mówili, że nie wolno przyjmować komunii jeśli ma się w sercu nawet najmniejszy grzech np. jedno brzydkie słowo wyrwane przypadkiem. Oni uważali że zbawienie nie jest dla wszystkich, ale tylko dla tych którzy wyrwą z serca nawet najmniejsze grzechy i udowodnią Panu Bogu że są doskonali. Takie myślenie pokutuje do dzisiaj, kiedy się uważa, że wiara jest tylko dla doskonałych, a więc w domyśle takich jak ja.
Pan Jezus określając chwast używa dosłowni terminu „życica” to taki rodzaj chwastu, który bezbłędnie naśladuje zboże. Kiedy jest mały trudno go odróżnić od prawdziwej pszenicy, a kiedy dojrzeje rodzi czarne i trujące ziarna. Ten, który posiał chwast jest nazywany dosłownie „pełnym nienawiści” lub „nienawistnikiem”. Sianie chwastu w czymś zbożu jest jeszcze gorsze od kradzieży. Wrogowi pełnemu nienawiści chodzi tylko o zniszczenie, żeby nikt nie miał pożytku ze zboża, nawet on sam. Z drugiej strony słowa, które Pan wypowiedział do sług są bardzo piękne. Słudzy sami zaniedbali pilnowanie pola bo spali, a teraz chcą rwać chwasty razem z pszenicą słyszą słowo afete, to znaczy „pozwólcie”, „zostawcie”, ale też „odpuśćcie”, „przebaczcie”. Pan Bóg wzywa nas, żebyśmy nie byli porywczy ani zbyt radykalni, żebyśmy nie siali wokoło zniszczenia w imię walki ze złem. Chce, żebyśmy umieli wybaczać nawet jeśli ktoś wydaje się chwastem. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo kto okaże się chwastem a kto pszenicą w dzień żniwa. Może się zdarzyć, że takim chwastem na Bożej roli jestem ja sam przez moje grzechy i będę jeszcze bardziej potrzebował miłosierdzia. Dobrze byłoby, żeby choć to jedno słowo afete, czyli zostawcie, odpuśćcie, zapadło nam w serce z dzisiejszej Ewangelii i uzdrowiło nas z manii naprawiaczy świata. Swego czasu w Internecie popularny był kandydat na polityka z Podlasia, który zapowiadał, że zlikwiduje wszystko co złe: chuligaństwo, papierosy, alkohol a do tego celu wyprowadzi policję i wojsko na ulice. Jego zapowiedź kończyła się słynnym: „nie będzie niczego”. O dziwo znalazł on pewne poparcie wśród naprawiaczy świata. Ja wiem, że przykro patrzeć jak chwast rośnie razem z pszenicą, ale zwróćmy raczej uwagi na to, czy naprawianie świata nie usypia naszej czujności, a wtedy nieprzyjaciel sieje chwasty w naszym sercu.
Słyszymy dzisiaj jedne z ważniejszych słów Ewangelii wypowiedzianych przez Pana Jezusa: „Wysławiam Cię Ojcze, Panie Nieba i Ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi a objawiłeś je prostaczkom”. Przyjrzyjmy się znaczeniu tego znaczącego biblijnego słowa „maluczki/prostaczek”. W Starym Testamencie tym mianem określano dzieci, wdowy, sieroty, ubogich, cudzoziemców. Można byłoby nazwać tych ludzi „ułomnymi” w tym sensie że byli niepełni, wymagający pomocy. Chodziło o ludzi, którzy nie mogli liczyć na siebie, musieli liczyć na pomoc innych. Prawo Boże brało tych ludzi w obronę a krzywdzenie wdów, ubogich i sierot zostało określone jako grzech wołający o pomstę do nieba. Jeśli Pan Jezus wychwala Boga za to że „postawił na biednych i ubogich” czy inaczej mówiąc „ułomnych”, to może rodzić się przekonanie, że wiara jest dla słabeuszy.
W niemieckich obozach koncentracyjnych nie zostawiano więźniom żadnych złudzeń. Każdy nowo przybyły transport ludzi był „powitany” takimi słowami: „Żydzi maja prawo żyć tutaj tydzień, księża miesiąc, a wszyscy pozostali maksymalnie trzy miesiące”. Niemieccy naziści robili wszystko, zwłaszcza w specjalnym obozie w Dachau, żeby udowodnić wierzącym, a szczególnie duchownym, że wiara należy do słabych podludzi. Mało się o tym mówi, że każdy znak religii katolickiej wywoływał prawdziwą furię u prześladowców. Za szeptanie modlitwy, wykonanie znaku krzyża czy zbyt wyraźne zwracanie oczu ku niebu groziło bicie i maltretowanie. Przed więźniów rzucano w błoto poświęcone przedmioty czy symbole religijne, kazano celowo śpiewać obrażające wiarę piosenki, parodiowano święta, zabierano jedzenie w czas wielkiego postu albo kazano dźwigać belki w ramach „drogi krzyżowej”. Bł. bp Michał Kozal pisał, że niemieccy naziści nagradzali swoja młodzieżówkę za każdy akt dokuczania księżom czy znieważania wiary. Czasy się zmieniły, a dokuczanie wierzącym czy obrażanie wiary znów staje się modne. Nas wierzących spycha się do społecznego karceru czyli na tak zwany – wymyślony przez Marksa – margines społeczny. To znaczy że dla nas standardy są inne i zawsze gorsze. Czy bycie prostaczkiem i maluczkim, do których szczególnie przemawia Bóg, oznacza wycofanego słabeusza?
Pan Bóg sam odpowiadał na to pytanie przez proroków. Ci występowali zazwyczaj wtedy, kiedy bezbronny Naród Wybrany dostawał się pod ucisk potężnych sąsiadów lub najeźdźców. Prorocy mówili wtedy o „ubogich w Panu”, a to nie oznacza koniecznie ludzi bitych, pogardzanych i prześladowanych. Bóg nie domaga się od swoich wiernych, żeby byli popychadłami wszystkich. Ubogi w Panu, maluczki i prostaczek to człowiek, który jest niezaradny, niesamodzielny i zdany na pomoc, ale w sprawach jego duszy. To człowiek, który wie, że nie zbawi się sam, wie, że sam nie dojdzie do poznania całej prawdy o sobie, że sam sobie nie odpuści grzechów i sam z siebie nie będzie żyć wiecznie. Prostaczek i maluczki to jest żebrak, który prosi o dobra duchowe.
Bywało tak, że w niedzielę, kiedy wychodziliśmy do kościoła, spotykaliśmy między plebanią a kościołam potrzebujących, którzy chcieli dostać coś do jedzenia lub na jedzenie, chcieli na bilet czy na leki. Zazwyczaj dawaliśmy prosty warunek: zapraszamy na mszę świętą, która zaraz się zaczyna, a po niej chętnie pomożemy. Nigdy się nie zdarzyło, żeby któryś/któraś przystał na te propozycję. Nieraz się nawet oburzali albo mówili, że im się śpieszy. To byli ludzie materialnie potrzebujący, ale nie uznawali żadnej potrzeby duchowej. W sprawach wiary i własnej duszy mieli się za mądrych, roztropnych i samowystarczalnych. Nie w takich upodobał sobie Bóg. Z drugiej strony widziałem ludzi, którzy handlowali nieruchomościami na skalę międzynarodową, pisali książki do Oxfordu lub robili operacje na otwartym mózgu, widziałem jak ci ludzie słuchali ze skupieniem zwykłego kazania, pokornie klękali do spowiedzi lub prosili o błogosławieństwo dla floty swoich samochodów. Tacy są „ubogimi Pana”, takim Pan przekazuje wszystko, co otrzymał od Ojca. Dla ówczesnych i współczesnych faryzeuszów i uczonych w piśmie, to znaczy dla takich, którzy sami próbują zajmować miejsce Boga w swoim świecie – rzeczy Boże pozostają zakryte.
Pan Jezus woła tych, którzy są udręczeni i obciążeni. Tym obiecuje pokrzepienie. Te dwa słowa oznaczają w oryginale wszystkie trudności wewnętrzne i zewnętrzne. To znaczy, że duchowe dobra Pan Jezus przekazuje od Ojca tym, co wzywają pomocy w swoich wewnętrznych problemach ducha, a także w zewnętrznych uciskach. Pan Jezus sam daje przykład takiej postawy, kiedy modli się i zwraca do Ojca przy cudach oraz decyzjach takich jak choćby wybór apostołów. Chrystus, który dokonuje cudów, rozkazuje pogodzie i karmi tysiące ludzi kilkoma chlebami radzi się Ojca kogo wybrać na apostołów i ucieka się do Niego, oddaje chwałę i dziękczynienie kiedy widzi jak ludzie prostego serca przyjmują Jego zbawienne orędzie. To jest nauka dla współczesnego człowieka, który sięga do gwiazd i głębi atomu, a w sprawach duszy jest bezradny jak dziecko.
XV Niedziela Zwykła
Dzisiaj większość tego świata funkcjonuje na zasadzie bilansu zysków i strat. Nawet zyski nie liczą się aż tak jak potencjalne straty. Człowiek może nic nie zyskać, byle tylko nie stracić. Przypowieść o Siewcy to przypowieść o ryzyku miłości. Ośmielę się powiedzieć, ze wszelkie dobro, które jest na tym świecie, istnieje dzięki temu, że ktoś kiedyś podjął ryzyko. Cała nasza cywilizacja opiera się na taki ryzyku. Naukowcy mówią, że w historycznym okresie Czwartorzędu ludzie przestawili się ze zbieractwa i łowiectwa na rolnictwo i hodowlę. Co to znaczy? To znaczy, że mając jakieś ziarno wytrzymali, nie zjedli, choć przecież jeść się chciało, zaoszczędzili i podjęli ryzyko zasiania go w glebę. I trzeba było czekać miesiącami czy się uda, czy nie. I trzeba było bronić, żeby ktoś inny tego nie zrabował. A przecież nie wiadomo było czy rok będzie suchy czy mokry, czy cena na skupie będzie odpowiednia czy nie, bo ani skupów ani cen nie było. Chodziło o przeżycie. Tak samo mając zwierzę ludzie postanowili nie zjadać go od razu tylko jeszcze karmić, żeby mieć więcej zwierząt. I też ryzyko: uda się albo nie. Jeszcze do niedawna nikt się nie zastanawiał nad prognozami i zachowaniem rynku płodów rolnych na przyszły rok. Co mógł człowiek zrobić to przeżegnać się przed zasiewem, polecić się Bogu i czekać. I tak przeżyliśmy aż do dzisiaj. Nawet my sami jako ludzie chodzimy po tym świecie dlatego, że rodzice nas przyjęli, a przecież człowiek i jego los to zawsze wielka niewiadoma. Historia świata pokazuje, że dobro rodzi się z ryzyka miłości. Takie samo ryzyko podjął na początku wszystkiego Stwórca. Bóg nie tworzył świata boskiego lecz ten nasz, zwyczajny, doczesny. A w doczesnym świecie nic nie działa idealnie. Coś zawsze może pójść nie tak. Złośliwi mówią o prawie Murphy’ego [czyt. merfiego]: jeśli coś może pójść nie tak, to na pewno pójdzie. Jeśli stworzony świat mógł być niedoskonały, naznaczony złem to była wielka szansa, że właśnie zło na świecie będzie miało coś do powiedzenia. Bóg podjął jednak to ryzyko i stworzył świat i puścił w ruch jego dzieje, bo jak mówi przypowieść ostateczny plon rekompensuje straty. Podjął też dzieło zbawienia, choć przekonał się szybko, że nie wszyscy podejmą Jego zaproszenie.
Siewcą w taj przypowieści jest sam Bóg. Nie został nazwany „rolnikiem”, który może siać, ale może też orać, zbierać i doglądać pola. Został nazwany „siewcą”, bo taki jest Jego cel i sens: gdyby siewca nie siał, nie byłby siewcą, a więc nie byłby sobą. Gdyby Bóg nie podejmował z miłości ryzyka i nie rozdawał swojego Słowa i swojej łaski dokoła, nawet wiedząc, że część pójdzie na straty, nie byłby Bogiem, nie byłby sobą.
Siewca ma przeciwko sobie nie tylko naturę rzeczy: glebę słabą, skalistą albo pełna chwastów. Ma przeciwko sobie inteligentnego, złego przeciwnika: złego ducha. Symbolem jego działania jest ubita droga. Drogi nie są elementami natury: udeptana ścieżka przez pole to najczęściej skrót. Kto chodzi na skróty najczęściej pada ofiarą złego, tak jak ziarno na drodze. Siewca wie, że ma na swoim polu złośliwie udeptaną ścieżkę, wie, że tu i ówdzie grunt jest skalisty, wie, że są chwasty i wie, że jego gleba też jest różna i nie zawsze żyzna. Wie o tym, ale sieje, bo każde ziarno ma jednakową szanse, że trafi na właściwy grunt. Zasiane ziarno zmienia ziemię w życiodajne pole. Bez zasiewu i uprawy pole staje się ugorem, już nie jest sobą. Tak samo Słowo Boże rzucone na świat potrafi zmienić oblicze ziemi. Nie tyle zmienić, co nadać jej właściwy sens, sprawić, że świat staje się Bożym Królestwem, które daje życie. Budowanie Bożego Królestwa na świecie jest jedynym powodem, dla którego jest cały świat. Warto w dobie ekologii pomyśleć, że jedyne, co sensownego na dłuższą metą można zrobić z nasza planetą, to wybudować na niej Boże Królestwo.
Grunt skalisty oznacza małą odporność na przeciwności. Tym rożni się realne życie od marzeń i bujania w obłokach, że w życiu są przeciwności, a w marzeniach nie ma, bo człowiek wymyśla sobie wszystko jak chce. Ludzie o płytkich sercach to nie są ludzie naprawdę religijni. To są marzyciele („obłoki wiatrem gnane”), którzy tak samo szybko porzucają Boże Słowo jak szybko je wcześniej przyjęli.
Jest jeszcze gleba ciernista, która symbolizuje bogactwa. Pan Jezus nie wymienił jednak bogactwa jako chwastu Chwastem i cierniem nazwał „doczesne troski i ułudę bogactwa”. W oryginale jest tu użyte greckie słowo apate. To oznacza bierność wywołana dobrobytem. W dobrobycie człowiek usypia swoją czujność, staje się gnuśny i leniwy. Ta apatia, odkładanie wszystkiego i ucieczka od powagi życia w strefy komfortu to też przypadłość naszych czasów. Kiedy jest nam za dobrze wpadamy w otępienie, marazm i apatię i to ten stan zagłusza w nas ziarno Bożego Słowa.
Jeśli chodzi o żyzną glebę, to podobno w Ziemi Świętej najlepsze ziemie dawały plon sześćdziesięciokrotny. Gleba, na której ziarno przynosiłoby plon stokrotny wówczas nie istniała. Tutaj więc przypowieść wychodzi już z realnego świata a ogłasza cud. Stokrotny plon jest cudem Bożego Królestwa pokazującym, że przypowieść jest tylko przykładem, który trzeba teraz zmierzyć miarą ducha i zrozumieć jej znaczenie. Kto ma uszy niechaj słucha, a kto ma rozum i serce (a wszyscy mamy) niech stara się pojąć, a zobaczy cud.
Dwa tygodnie temu Pan Jezus wybrał Apostołów i rozesłał ich na misję. Tydzień temu nauczył ich bronić się przed lękiem. A dzisiaj Pan Jezus zwieńczył swoją mowę misyjną słowami: „Kto nie bierze swego krzyża a idzie za mną, nie jest mnie godzien”. Przenieśmy się w wyobraźni tam na pagórki Galilei i stańmy duchowo wśród słuchaczy Chrystusa. Zrozumiemy jak musiały brzmieć wtedy te słowa. Krzyż wtedy nie był znakiem wiary i zwycięstwa. Był znakiem najgorszej kary, hańby i kojarzył się z bezwzględną władzą rzymską. Znano wtedy aż za dobrze takie korowody skazańców z krzyżami. W 70 r. p.n.e. po stłumieniu powstania Spartakusa kilka tysięcy skazanych jego zwolenników szło drogą Via Apia z belkami na plecach żeby tam zakończyć życie na kolejno ustawianych wzdłuż drogi krzyżach. Tamta „golgota” rozciągała się na kilka kilometrów. W roku 4 p.n.e. (wielu ze słuchaczy Pana Jezusa jeszcze to pamiętało) namiestnik rzymski krwawo stłumił powstanie niejakiego Judasza Galilejczyka. Skończyło się podobną makabryczną procesją skazańców z krzyżami. Takich historii było więcej jak imperium długie i szerokie i pewnie ludzie o nich mówili i wiedzieli. Jaki los zapowiadał Pan Jezus swoim uczniom?
Zwróćmy uwagę na pewien szczegół: Rzymianie samych przywódców buntów i rozruchów więzili i trzymali przy życiu. Skazywali tylko ich zwolenników, jakby chcieli pokazać: nie warto iść za buntownikiem bo on cie doprowadzi na krzyż. A Pan Jezus mówił, że nie zostawi swoich wiernych, nawet jeśli mieliby być wszyscy ukrzyżowani, to On sam będzie niósł krzyż na czele tej procesji. Pan Jezus nie jest przywódcą buntu, który traci swoich wyznawców. Pan Jezus jest złączony z uczniami wtedy, kiedy ich słuchają i wtedy kiedy ich krzyżują, na dobre i na złe. A związek „na dobre i na złe” nazywa się miłością.
Wiemy, że podczas ukrzyżowania skazanych ogołacano ze wszelkich praw ludzkich i zmuszani, by nieśli własne belki krzyżowe, wkładano je im na plecy, przywiązywano powrozami – to był jeden z elementów hańby. Pan Jezus mówi, że krzyża nikt nie będzie na plecy wciskał, trzeba go wziąć, wyciągnąć po niego ręce, jakby było to coś cennego. Wiele rzeczy Pan Jezus na świecie zdziałał, wiele słów wypowiedział, wiele cudów uczynił, ale zbawienie dokonało się nie przez słowo, czyn czy cud, ale wtedy, kiedy Panu Jezusowi niesprawiedliwie odebrano wolność i życie a On sam przyjął to odebranie w ciszy serca. Sam wyciągnął ręce po swój krzyż. „Kto nie bierze swego krzyża nie jest mnie godzien” to słowo „godzien” w języku greckim oznacza „równoważny”, jakby razem położony na wadze szalkowej. My jesteśmy gotowi do wielkich dział i czynów w imię Pana Jezusa. Potrafimy mówić wielkie słowa o Nim. Ale kiedy chcą nam coś niesprawiedliwie zabrać, na to się nie chcemy zgodzić. Nie przyjmujemy krzywd, nie wyciągamy rąk po krzyż, uciekamy od niego i tego krzyża brakuje na naszej szali na wadze Bożego Sądu i nasza szala okazuje się zbyt lekka. Jak babiloński król Baltazar z księgi Daniela możemy usłyszeć surowe słowa: „Położono cię na wadze i okazałeś się zbyt lekki”. Jeśli ktoś wyrzeka się krzyża, to naprawdę nie będzie na Bożym sądzie żadnej różnicy czy wyrzekł się krzyża dla butelki wódki czy dla profesorskiej togi. I tak będzie zbyt lekki bez krzyża.
Kto kocha ojca i matkę bardziej niż mnie – mówi Pan Jezus – nie jest mnie godzien. Te słowa brzmią dla nas jakoś dziwnie, tak jakbyśmy się mieli wyrzec ojca i matki. Istnieje na Zachodzie taka koncepcja „Jezusa-Przyjaciela” (ang. Fellow-Jesus [czyt. felou-dżizes]). Jej zwolennicy uważają Pana Jezusa za dobrego człowieka, przyjaciela ubogich i dzieci, nauczyciela moralności, obrońcę uciśnionych, ekologa i nie wiem jeszcze kogo, ale nie uznają Go za Boga. Z przykazań Bożych trzy pierwsze dotyczą Boga a siedem kolejnych dotyczy ludzi. Miłość do rodziców jest nakazana IV-tym Przykazaniem, a więc rodzice są najważniejszymi z ludzi. Jeśli Jezus-Przyjaciel jest tylko człowiekiem, to zawsze będzie na którymś miejscu dalej: za rodzicem, za dzieckiem, za małżonkiem, a teraz to nawet za pieskiem i kotkiem. Dlatego Pan Jezus podkreśla, że miłość do Niego musi się mieścić w pierwszych trzech Przykazaniach. Mówi, że miłość do Niego jest miłością Boga, a nie człowieka. Jeśli nie uznamy Jezusa Chrystusa za Boga to cóż nam pomoże, jeśli uznamy Go za przyjaciela, społecznika czy ludowego przywódcę? Clive Lewis [czyt. klajw luis] napisał, że ten, kto naprawdę uznaje i szanuje Chrystusa, uznaje Go za Boga, a więc stawia w przykazaniach przed rodzicami i resztą świata. Kto zaś nie uznaje Boga w Panu Jezusie, ten tak naprawdę niewiele Go szanuje. Pan Jezus używa tu kolejny raz tego słowa o szalach na wadze. Kto nie uznaje Go za Boga, ten na Bożym Sądzie okaże się zbyt lekki. Czy cokolwiek pomoże mu, że uznawał Pana Jezusa jedynie za człowieka – obrońcę praw ludzi i zwierząt? Takie uznanie nie przechyli języczka u wagi na Bożym sądzie.
Ewangelia dodaje: kto przyjmuje proroka jako proroka, ten otrzyma nagrodę prorocką. Kto przyjmuje sprawiedliwego jako sprawiedliwego, ten otrzyma nagrodę sprawiedliwego. A możemy tu dopowiedzieć: kto przyjmuje Chrystusa jako Boga, otrzyma nagrodę Bożą, a jest nią zbawienie i szczęśliwa wieczność w niebie.


