Kochani

         W Uroczystość Wszystkich Świętych słyszymy słowa Apokalipsy. Apokalipsa kojarzy nam się z zagładą, wielką tragedią, hekatombą na wielką skalę. Tymczasem naprawdę Apokalipsa znaczy dosłownie „odsłonięcie”, „uchylenie zasłony”. Co nam Pan Bóg odsłania? Wielu wydaje się, że Apokalipsa odsłania przyszłość: groźną, napełniającą lękiem, szczególnie lubią podkreślać to w sektach (jak wielu katolików myśli podobnie do sekciarzy): niebezpieczeństwo, które nadchodzi, jest coraz bliżej, bójcie się wszyscy! Takiemu myśleniu sprzeciwiał się zawsze Kościół, a szczególnie dobitnie podkreślał to Benedykt XVI: Bóg nie stawia nas w sytuacji dzieci spłacających kredyty za zmarłych rodziców. Bóg nie stawia nowego pokolenia w obliczu kary, która ma ponieść za grzechy dawnych ludzi. Bóg nie dopuszcza do tego, żeby czas łaski zaliczał się tylko do przeszłości, a czas kary do przyszłości, która nas czeka. Apokalipsa nie odsłania zapowiedzi katastrofy i kary, ale odsłania to, co dzieje się w niebie, w świecie Bożym TERAZ. My patrzymy na nasz materialny świat i widzimy miejscami sukcesy, a miejscami wojny, miejscami bogactwo a gdzie indziej biedę, tu widzimy dobro, a tam zło. A dokładnie w tym samym czasie coś dzieje się w świecie nadprzyrodzonym, tam gdzie jest Bóg i aniołowie, tam gdzie jest niebo, czyściec i piekło, tam gdzie są święci i wszyscy nasi zmarli. Co się tam teraz dzieje? Jest tam jakieś wielkie oczekiwanie. Anioł woła do innych aniołów, którzy mają w rękach moce tego świata, żeby czekali cierpliwie, żeby trzymali jak wściekłego psa na łańcuchu wszystkie niszczycielskie siły. Mają czekać, aż Bóg opieczętuje sto czterdzieści cztery tysiące świętych z Narodu Wybranego.

Ta liczba oczywiście jest symboliczna: dwanaście razy dwanaście to pełnia samej pełni – doskonała doskonałość, a jeszcze pomnożona przez tysiąc, to oznacza prawdziwą rzeszę świętych wypełniających niebo, liczbę dużą, ale znaną, konkretną. W Nowym Testamencie Naród Wybrany to już nie Izrael, ale Nowy Izrael, czyli Kościół Święty. Te boskie pieczęcie to znak widoczny dla wszystkich. Zatem wielka, ale konkretna, skończona liczba naznaczonych, to są wszyscy święci ogłoszeni przez Kościół jako kanonizowani i beatyfikowani. Ale za nimi idzie wielki tłum, którego nikt nie potrafi policzyć, z narodów, ludów i języków. To są święci bezimienni, zbawieni, ale nie ogłoszeni oficjalnie. Tam mogą być nasi zmarli przodkowie, nad grobami których stajemy. We wczesnym Średniowieczu mówiło się: masa damnata, to znaczy, że większość ludzi trafi do piekła, a nieliczni będą zbawieni. Bóg odsłania nam jednak inną prawdę: święci są bardzo liczni.

Słowa dzisiejszego Psalmu mówią wyraźnie: do Pana należy ziemia i wszystko, co ją napełnia, a więc także i ludzie, a to dlatego, że to Pan wszystko stworzył i poukładał w taki porządek, jaki mamy dzisiaj. Ta prawda zmienia naszą perspektywę patrzenia na ten widzialny świat, jak dzisiaj powszechnie się mówi: na naszą planetę. Jest ona naszym gościnnym miejscem, jest czymś podobnym do miejsca pracy, o które trzeba dbać i z niego korzystać. Ale prawdziwy dom jest po drugiej stronie: dom, do którego każdy z nas kiedyś powróci. Za naiwnego uznalibyśmy każdego pracownika, który swoje zarobki inwestowałby nie w dom rodzinny ale w zakład pracy. Nie pochwalamy ucieczek przed domem i rodziną w świat pracy, coś jest nie w porządku z tymi, którzy bardziej „kochają” swoją pracę niż dom. Nie jest dobrze, gdy wkrada się nam mentalność korporacyjna, jakby praca była ważniejsza niż rodzina, słusznie dziwimy się, kiedy ktoś bardziej ceni pracę niż urlop. Podobnie powinniśmy patrzeć na świat, w którym żyjemy, jako na nasze miejsce nauki i pracy, ale prawdziwy dom, jest gdzieindziej, w niebie. Do naszego prawdziwego domu wracamy za każdym razem, gdy zanurzamy się w to, co nadprzyrodzone podczas modlitwy, Mszy św., kultu religijnego, religijnej lektury, zwłaszcza Bożego Słowa. Brandstaetter wołał; Biblio Ojczyzno moja! My powinniśmy wołać: Niebo, ojczyzno moja! Prawdziwą Ojczyznę się kocha i szanuje, do niej się z utęsknieniem wraca, ale czasem trzeba jej bronić, a nawet za nią oddać życie – jak zrobili to święci Męczennicy. Nauczmy się widzieć świat w ten sposób.

Pańska jest ziemia i wszystko, co ja napełnia. To zdanie uczy nas też pewnej delikatności i odpowiedzialności. Czujemy się źle kiedy zniszczymy czyjąś własność, zwłaszcza wartościową. Tak właśnie powinniśmy patrzeć na świat i ludzi dokoła: z delikatnością i chrześcijańską czułością, żeby nie zniszczyć arcydzieła, jakim jest człowiek – korona stworzenia. W czasie życia na ziemi wchodzimy między sobą w różne relacje: jedni ludzie maja w rękach losy innych ludzi. To dlatego Pan Bóg może sądzić nas z uczynków, jakie wyświadczyliśmy bliźnim. To dlatego też grzechy przeciwko bliźnim są grzechami przeciw Bogu, a dobre uczynki względem bliźniego są dobrem wyświadczonym samemu Bogu. Nie mogą szokować nas słowa napisane przez poetę o naszym świecie: „Bóg wyrzekł słowo ‘stań się’, Bóg i ‘zgiń’ wyrzecze”, bo jak mówią słowa Pana w Przypowieści o robotnikach w winnicy: „czyż nie wolno mi zrobić ze swoim co chcę?”

Psalmista odpowiada na retoryczne pytanie: kto wstąpi na Górę Pana i kto stanie w Jego świętym miejscu?” Człowiek rąk nieskalanych i czystego serca, który nie skłonił swojej duszy ku marnościom. Kto nie pomylił miejsca nauki i pracy z prawdziwym domem.

Św. Jan, który jest znany jako największy z teologów, zachwyca się nad świętością. Składa się ona z dwóch „kroków”. Po pierwsze zostaliśmy nazwani „dziećmi Bożymi”. Słowa, jak wiemy, mają wielką moc w relacjach międzyludzkich. Słowem można podbudować lub zniszczyć, zachęcić lub podciąć skrzydła. Mówić o kimś źle to w staropolskim złorzeczyć, i jak wiemy złorzeczenie wiąże się z przekleństwem, nieszczęściem, a bywa, że z działalnością diabelską. Z drugiej strony mówić o kimś dobrze, to w staropolskim błogo-sławić. Nazwanie nas dziećmi Bożymi to jest właśnie przykład dobrej mowy, a więc błogosławieństwa. Błogosławieni to synonim świętych i synonim szczęśliwych. Dawniej Chrześcijan nazywano świętymi. Niestety z jakiejś przyczyny daliśmy sobie wmówić, że świętość to pieśń przyszłości. Tymczasem popatrzmy: kto szczerze żałuje za grzechy i przystępuje naprawdę do spowiedzi, gdzie nie usprawiedliwia się, nie wybiela, tylko naprawdę sięga do głębiny swojej duszy i prosi o wybaczenie szczerze żałując za grzechy, otrzymuje odpuszczenie i wchodzi w stan Łaski Uświęcającej. Dopóki przyjmuje Komunię i nie straci Łaski przez grzech śmiertelny, jest zbawionym, a więc świętym chodzącym po ziemi. Jeśliby taki człowiek umarł, nawet nagle, to być może trafi do czyśćca na wiele lat, ale czyściec liczy się też jako zbawienie. Dusze w czyśćcu też są jak święci. Świętość może się stać obecna w naszym życiu już dzisiaj, tylko spowiedź ma być potraktowana tak, jak wymaga Bóg i Kościół, a nie tak, jak człowiekowi wygodniej.

Ale w piśmie św. Jana jest jeszcze drugi krok. Jak wiemy Słowo Boże ma moc stwórczą, co Bóg powie, to się staje. Jeśli nam błogosławi nazywając swoimi dziećmi, to błogosławieństwo staje się faktem. Błogosławieństwo o słowo, które jakoś nie mieści się w słowniku tego świata. Świat nie zna błogosławionych, dlatego, że nie poznał Tego, który błogosławi. Świat nie rozumie dlaczego człowiek podejmuje się heroicznej miłości, cieszy się w smutku, nie przywiązuje się do rzeczy materialnych, jest na wskroś uczciwy i emanuje pokojem gdziekolwiek idzie, świat nie wie, skąd bierze się siła prześladowanych i wytrwałość niesprawiedliwie krzywdzonych. Świat patrzy przez swoje filtry, jak to dzisiaj jest popularne na internetowych profilach, gdzie można się odchudzić lub odmłodzić, ale przy okazji zakłamać siebie i innych. Dzieci Boże, podobnie jak dzieci ludzkie, są podobne do Ojca. Ale nie chodzi o podobny wygląd, ale podobny wzrok: umiejętność patrzenia na świat bez światowych filtrów, umiejętność widzenia w całej pełni: widzenie dobra, tam, gdzie inni widzą tylko zło oraz zauważenia zła, gdzie inni widzą przyjemności i korzyści. Miejmy nadzieję w Panu, a ona nas uświęci.

W Ewangelii Jezus widząc tłumy, wychodzi na górę. Pozornie oddala się od ludzi, ale w rzeczywistości zmienia perspektywę: patrzy już nie na grupkę wybranych, ale na wszystkich. Góra, która symbolizuje niebo, staje się dostępna dla wszystkich, bo Bóg obejmuje swoim wzrokiem tłum ludzi żyjących współcześnie, ale sięga też do całej historii i patrzy w przyszłość. Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie Pana Jezusa było wejściem na górę i odtąd obejmuje swoim wzrokiem cały świat. Ale wzrok Boga jest inny niż wzrok ludzki. My jako ludzie mamy swoistą „wadę wzroku”. Lubimy obejmować całość, bez patrzenia na szczegóły. Lubimy generalizować, w stylu: to wszystko nie ma sensu, to wszystko jest do niczego, wszyscy są źli, wszystko sprzysięgło się przeciw mnie, ale także: kocham ludzkość, szanuję planetę, jak często mówi się o zmarłych na propagandowych pogrzebach (bo te przemówienia stają się powoli propagandowe): kochał/kochała świat i życie, itp. Ta metaforyczna „wada wzroku”, generalizacja jest szkodliwa dla naszej duszy. Człowiek w którego oczach wszystko sprzysięgło się przeciw niemu nie widzi gestów życzliwości od bliźnich, człowiek, który wszystko spisał na straty nie dostrzega darów Bożych i radosnych chwil. Człowiek, który kocha ludzkość, planetę, świat i życie często nie potrafi dobrze porozmawiać z bliźnim, z którym dzieli jeden dom, drażnią go konkretni przechodnie, kierowcy i ludzie w komunikacji miejskiej. Jak łatwo jest kochać wszystkich, a trudno pokochać konkretnego człowieka. Jak łatwo jest narzekać na wszystko, a jak trudno zauważyć światełko w mroku. To jest nasza „wada wzroku”, trzeba ją leczyć przez nawrócenie. Święci, to ludzie, którzy z tej wady się za życia wyleczyli.

Pan Jezus patrzył inaczej niż ludzie. Nie widział przed sobą anonimowego tłumu, ale konkretne twarze uczniów, konkretne oczy ludzi ubogich, płaczących, łaknących, itp. Ale patrzył też głębiej, bo dopiero w głębi duszy możemy rozpoznać, czy człowiek pragnie sprawiedliwości, czy wprowadza pokój i czy jest czystego serca. Księga Apokalipsy mówi o świętych, którzy wypłukali i wybielili swoje szaty we Krwi Baranka. Czy można jakąkolwiek tkaninę opłukać i wybielić krwią? Jest to oksymoron, taka figura retoryczna: zestawienie przeciwieństw, żeby pokazać cos niesamowitego, poruszyć, a wręcz potrząsnąć. Błogosławieństwa Ewangeliczne są podobne: są zestawem przeciwieństw. Oto ubodzy są właścicielami Królestwa, płaczący się weselą, głodni się sycą, prześladowani cieszą. Pozytywy i przebłyski szczęścia niebieskiego świętych są jak diamenty zakopane w popiele doczesnego świata. Pan Jezus uczy wiernych je znajdować i cieszyć się nimi. Uzdrawia z wady wzroku, która wszystko sprowadza do jednego i otwiera oczy na światła w ciemności.

19 października – niedziela

         Uboga wdowa w Ewangelii zawsze oznacza osobę biedną, niepozorną i bezbronną. Okazało się, że zwyciężyła nawet dumnego sędziego, który nie liczył się z Bogiem i ludźmi. Taką moc ma wiara i modlitwa. Za taką wiarą rozgląda się Pan Jezus, który codziennie nawiedza nasz świat i u takich ludzi – niepozornych zewnętrznie lecz silnych duchem – chętnie gości. Zabiegany świat nawet nie wie, że podtrzymują go ręce modlących się.

         20 października – poniedziałek – św. Jana Kantego

         Mądrość polega na znajdowaniu w świecie prawdziwych zależności. Mądry człowiek to ten, kto wie co od czego naprawdę zależy. Bogacz z Ewangelii myślał, że jego pomyślność zależy od bogactwa. Pan Jezus pokazał, że tylko od Boga, a nie od rzeczy.

         21 października – wtorek

         Pan Jezus zachęca do czuwania i gotowości na Boże nawiedzenie. Mowa tu nie tylko o końcu świata czy śmierci, ale o każdym cichym nawiedzeniu, którego dokonuje Bóg. Bóg odwiedza swoich wiernych często i w różnych postaciach, tylko że nie umiemy Go poznać.

         22 października – środa – rocznica poświęcenia katedry w Sandomierzu

         Dla wielu z ludzi kościół katedralny, który stoi gdzieś tam, nie ma znaczenia. Ale trzeba wiedzieć, że każdy sakrament sprawowany w każdej parafii jest przez ręce kapłana. A każdy kapłan otrzymał święcenia w tej katedrze. Tam jest źródło naszej duchowej wody.

         23 października – czwartek

         Pan Jezus zapowiada ogień i podziały. Oczywiście jest On Księciem pokoju, ale pokoju wewnętrznego, trwałego, którego nic nie zakłóca. Ma on niewiele wspólnego z przyjemnymi emocjami, które dziś lansuje ten świat. Warto skupić się na tym, co ważne.

         24 października – piątek

         Pan Jezus mówi o znakach czasu, które przecież nie zawsze muszą być dla nas przyjemne. Np. takim znakiem jest odejście od wiary młodego pokolenia. My zamiast odczytywać co to oznacza, próbujemy ten znak zwalczyć, jakoś zaradzić problemom.

         25 października – sobota – św. Jana Pawła II

         Pan Jezus opowiada przypowieść o drzewie figowym. On sam jest ogrodnikiem, który je pielęgnuje, żeby wydało owoc. Święci są Jego naśladowcami. Każdy papież jest ogrodnikiem w Bożym sadzie, który ma dbać o jego duchowe owoce. Św. Jan Paweł II bardzo ofiarnie spełniał to zadanie nie szczędząc potu i krwi. Przyczyniał się w ten sposób do owoców Królestwa. Nie zmarnujmy dziedzictwa tego wielkiego człowieka.

Kochani

W dzisiejszym Słowie Bożym mamy zestawienie wiary z tym, jaką postawę przyjmujemy wobec Boga. Uczniowie proszą Chrystusa: Panie, przymnóż nam wiary! A Pan Jezus odpowiada przykładem o panu i słudze. Kto z was dziękuje słudze za to, co wykonał? Trzeba tutaj dodać, że sługa w Biblii nie znaczy jakiegoś popychadła, ale raczej „wysłannika”, „człowieka do zadań specjalnych”. Sługa wykonuje zadania a Pan je wyznacza. W tej relacji to człowiek jest sługą, a Bóg jest Panem. Różnie z tym jednak bywa: w religii pogańskiej, przez wykonywanie określonych czynności, człowiek zmuszał bóstwo do działania. To się nazywało magia – dzisiaj zostało w postaci horoskopów, amuletów czy innych zabobonów. Sługa chce zmusić Pana do działania. Znane są w historii wyroki władców, którzy za życia skazywali poddanych na wieczne potępienie, a Bóg miał tylko wykonać wyrok. Człowiek stawiał się w roli Pana, a Bóg stawał się sługą. Podobnie było przy nauce o odpustach, kiedy w zamian za ofiary Bóg miał obowiązek wybawiać dusze z czyśćca. A i współcześnie spotkałem się w dokumentach kościelnych z zapisem, że duszpasterze przez swoje działania mają wzbudzać powołania kapłańskie i zakonne. Czy my czasem, nawet w naszych modlitwach nie oczekujemy, że Pan Bóg będzie nam posłuszny? – zauważył to ks. Węgrzyniak. Tymczasem prawdziwa wiara, przez którą dzieją się cuda, ma być jak ziarenko gorczycy. Być może ma być tak mała, żeby nie przesłaniała Boga, który jest jedynym Sprawcą cudów? Pan Jezus, kiedy działał cuda, zawsze poprzedzał je modlitwą, gdzie wsłuchiwał się w Wolę Ojca i zgodnie z nią działał – nawet Pan Jezus nie czynił cudów na żądanie jak tego oczekiwał Herod w czasie procesu Chrystusa i byłby gotów nawet uwolnić Go w zamian za cud. Kiedy cuda działy się przez ręce proroków, to zawsze działy się na polecenie Boże, choć często prorok tego nie rozumiał, czy nawet się nie zgadzał jak np. Jonasz. Prawdziwa wiara, która przenosi góry i przesadza drzewa nie zaczyna się więc od słów: „Panie Boże daj”, czy „Panie spraw”, ale raczej od słów: „mów Panie, bo sługa Twój słucha”. Jeśli człowiek będzie często słuchał, to Pan Bóg będzie głośniej do niego mówił. Jeśli człowiek będzie spełniał posłannictwo, które Bóg mu objawi, to zobaczy cuda. W pierwszym czytaniu słyszymy słowa: „Sprawiedliwy z wiary żyć będzie”. Uczepił się ich Marcin Luter i doszedł do wniosku, że sama wiara, a więc jakieś wewnętrzne przekonanie wystarczy, żeby żyć wiecznie. Tymczasem Słowo Boże mówi o tym, że wiara podtrzymuje życie człowieka wtedy, kiedy dokoła dzieje się źle, nie tak jak oczekiwalibyśmy. Wiara daje szansę na przetrwanie, bo niesie pewność, że Bóg działa.

mieczy i tarcz, lecz na górze, gdzie Mojżesz modli się wznosząc ręce do nieba i tutaj właśnie rozgrywają się losy całej bitwy. Wielu ludzi myśli, że losy życia są całkiem w naszych rękach, że codziennie zmagamy się o nie z przeciwnościami i to, co zdobędziemy to nasze. A przecież nie brakuje zdarzeń zupełnie niezależnych od nas, jak np. choroby, wojny, zjawiska przyrodnicze, światowa ekonomia czy wiele innych. Michaił Bułhakow pisze, że śmiesznym jest człowiek, który uważa, że jest kowalem własnego losu, a nie może być pewny, czy dzisiejszego wieczora wróci zdrowy do domu. Główna akcja naszego życia rozgrywa się w modlitewny zmaganiu, kiedy słabną już ręce wzniesione do nieba. Kto całkowicie zrezygnował z modlitwy, temu się tylko wydaje że żyje, raczej jest jak kinowy widz, który może tylko oglądać, co przyniesie akcja filmu. Takiemu człowiekowi życie przecieka przez palce i przechodzi obok niego.

         Pan Jezus w Ewangelii podtrzymuje wezwanie skierowane wieki wcześniej do Mojżesza, żeby oderwać się od zabieganego tłumu, Wejść na górę, czyli przybliżyć się do nieba i modlić się mimo wszystko. Opowiadały mi kiedyś siostry zakonne jak zmarła jedna starsza siostra, która całe życie pracowała w ogródku. Okazało się, że została po niej korespondencja, bo pisywała do osób, które prosiły ją o modlitwę. Dopiero po śmierci wyszło, że zgromadzenie jej zawdzięczało sześć powołań, bo dziewczyny, które poznały ja przypadkowo pisały potem listy i pomogła im podjąć decyzję o powołaniu zakonnym. Wreszcie okazało się, że wysyłała tez listy do Rzymu i raz odpisał jej krótko sam św. Jan Paweł II. Ona była jak wdowa z dzisiejszej Ewangelii – niepozorna i bezsilna – ale przez konsekwencję i wytrwałość modlitewną osiągnęła w prawdziwym duchowym życiu bardzo wiele, a praca w ogródku to był tylko skromny, zewnętrzny przejaw jej życia. Jak bardzo my – współcześni skupiamy się na pozorach życia, a z prawdziwym życiem modlitewno-duchowym mamy niewiele wspólnego. Nawet złośliwy człowiek potrafi ustąpić, jak ktoś odpowiednio długo zabiega. A Bóg zupełnie różni się od człowieka. Chętnie udziela swoich darów, tylko czy ma kto je odebrać? Wiara przypomina wyciągnięte ku Bogu otwarte dłonie. Tylko w takie dłonie Bóg składa swoje dary. Pan Jezus (zapewne z troską i smutkiem) pytał, czy Syn Boży znajdzie wiarę na ziemi, to znaczy, czy ktoś będzie jeszcze zainteresowany odbieraniem darów, które Bóg przygotował? Obyśmy nigdy nie stracili tego zainteresowania.

Kochani

W pierwszym czytaniu słyszymy o tym, jak bogaci ludzie w Izraelu bawią się i ucztują nie przejmują się upadkiem ich kraju. Przypomina mi to sceny z ostatnich dni drugiej wojny światowej: kiedy palił się już Berlin i można było uratować jeszcze wielu ludzi, w bunkrze Hitlera puszczano muzykę z gramofonu, tańczono, jedzono i pito bez umiaru. Czy chcieli zapomnieć o tragedii, czy było im po prostu wszystko jedno? Sądzę, że raczej to drugie: tak zatracili się w pysze, że nie zorientowali się, że oto ważą się ich losy. Bogacz z dzisiejszej Ewangelii postępował podobnie. Kiedy Izrael był pod okupacją Rzymu, wielu myślało o powstaniu i wyzwoleniu, a nawet jeśli nie o walce, to przynajmniej o tym, że trzeba zachować naród i wiarę oraz swoją tożsamość. Bolesław Prus po dwóch nieudanych powstaniach głosił po całej Polsce będącej przecież pod zaborami referaty o tym, że nic nie przyjdzie z walki o niepodległość, jeśli prości i biedni ludzie będą przymierać głodem w kraju bez dróg, bez szkół, bez opieki medycznej i jakiejś wyższej kultury. Wielu patriotów odłożyło wtedy szable, a wyciągnęło ręce do swoich biednych sąsiadów pomagając im i ich dzieciom znaleźć jakiś lepszy los, zaczynać od tego, żeby nauczyć ich czytać.

W obliczu różnych kryzysów i niebezpieczeństwa nie wypada upijać się, bawić i głośno śpiewać: kiedy tonął Titanic to grała orkiestra a bogaci tańczyli w oświetlonej sali. Z drugiej strony nic nie da biadolenie i narzekanie bo to też jest fałszywy hałas, tylko zamiast wesołych, wybrzmiewają groźne pieśni. Bardzo łatwo jest miłować wszystkich i wszystko, całą planetę i cała, ludzkość, bo co to jest tak naprawdę planeta i co to jest ta ludzkość? Jak trudno umiłować poszczególnego człowieka, który czeka u naszych bram. Ewangelia zachęca, żeby wreszcie porzucić mówienie i myślenie grupowe, w stylu: Polacy, bezrobotni, młodzież czy starsi, a zacząć dostrzegą konkretnych, pojedynczych ludzi i wsłuchać się w potrzeby każdego i każdej, bo każdy ma swoją historię i swoją opowieść, wbrew pozorom tak różną jeden od drugiego. Pisał o tym Mickiewicz w Dziadach, kiedy chciał poruszyć sumienia współczesnych i opisywał piekielne cierpienia bogacza, który kazał chłostać chudego chłopca za to, że z głodu zjadł trochę z jego zapasów a biedną wdowę, której uprowadził córkę, poszczuł psami i dopuścił, by zmarła na mrozie. A potem jak bogacz z Ewangelii bezskutecznie błagał o kroplę wody, tak i ten błagał o dobry uczynek ze strony poddanych, ale błagał na próżno. Filozof Diogenes chodził w dzień po rynku ze świeczką i twierdził, że szuka człowieka. My też czasem nie widzimy człowieka w biały dzień tuż przed oczami.

Strona 9 z 89

logo

caritas

Liturgia na dziś

Copyright © 2026 Parafia Św. Józefa w Sandomierzu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.
Our website is protected by DMC Firewall!