Kilka myśli na niedzielę
W czasie wigilijnej wieczerzy spożywaliśmy potrawy z ryby. Był taki żart, po czym poznaje się wiek ryby? Po oczach i ogonie: im oczy ryby są dalej od jej ogona tym ryba jest starsza. U człowieka jest podobnie: im dalej od narodzin a bliżej do śmierci tym człowiek jest starszy. Narodziny i śmierć są ze sobą powiązane: kto się urodził ten umiera, to nie smutne, to normalne. Narodziny i śmierć człowieka do dzisiaj nie zostały do końca wyjaśnione. Narodziny i śmierć człowieka to do dzisiaj wydarzenia, przez które tajemnica puka do naszych drzwi. A jeśli puka do naszych drzwi tajemnica, to puka do nich wieczność, to puka wiara i puka Bóg, który jest wieczny, jest tajemniczy i wymaga wiary. Wydawałoby się, że temu człowiek nie może zaprzeczyć, a dzisiaj nawet te dwa momenty odcina się od wiary.
Nie da się przejść obojętnie względem Bożego Narodzenia, a przez Boże Narodzenie sam Bóg puka do drzwi człowieka, puka do drzwi kraju, europy i całej cywilizacji, a wraz z Bogiem puka wiara i religia i Kościół i przypomina o sobie. To pukanie jest cichutkie i pokorne, ale jeśli ktoś ma pusto w sercu i w głowie to odbija się potężnym echem nie do zniesienia, więc człowiek zamyka się jak dawniej w Betlejem.
Maryja porodziła Syna, owinęła go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie. W Boże Narodzenie Bóg po raz kolejny puka do drzwi ludzkości. Poetka (niewierząca) napisała kiedyś: pukam do drzwi kamienia, wpuść mnie, ale kamień odpowiedział: nie mam drzwi! Dwa tysiące lat temu i dzisiaj Bóg pukał w zamknięte od środka drzwi, z tą różnicą, że dawniej powiedzieli mu, że Go nie wpuszczą, a dzisiaj nawet na to nie ma chęci, dzisiaj serce z kamienia udaje, że nikogo nie ma w domu, że nie ma nawet drzwi…
Narodziny i śmierć to najbardziej fizyczne, biologiczne, doczesne, ziemskie momenty życia człowieka. Biologia, fizyka, cielesność, itp. stały się ludzką twierdzą, w której człowiek zamyka się przed Bogiem i przed tom, co nadprzyrodzone. Nawet jeśli łaskawie dopuszcza wiarę, modlitwę, odniesienie do wieczności to tylko w świadomym myśleniu, w refleksji, a niektórzy w uczuciach, ale to tylko wtedy, kiedy człowiek jest świadomy, przytomny, rozumie i kieruje życiem, ale nie w narodzinach i nie w śmierci. Na Boże Narodzenie sprawuje się Mszę Świętą – misterium śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Boże Narodzenie jest więc powiązane z Bożą śmiercią i zmartwychwstaniem. A zatem Bóg wchodzi w sfery, które zdają się być tylko ludzkie, biologiczne, fizyczne, cielesne. Boże Narodzenie z Matki Dziewicy pokazuje, że nie ma miejsca, w którym człowiek schowałby się przed Bogiem, choć bardzo chce się schować. Nie ma na tym świecie spraw tylko ludzkich, Bóg jest Bogiem wszystkich ludzkich spraw. Jest Bogiem nie tylko nieba ale i ziemi. Jest Bogiem nie tylko medytacji, modlitwy i refleksji, ale jest Bogiem narodzin i śmierci, zacisza domowego i podróży do Betlejem, ciepła pokoju i zimna stajni, jedzenia i głodu, słońca dnia i gwiazd nocy, jest Bogiem nie tylko dusz i aniołów, ale Bogiem także pasterzy i ich zwierząt, biologii, fizyki, materii, ciała, słowem: wszystkiego. W Boże Narodzenie Bóg puka szczególnie mocno do spraw, które wydają się czysto ludzkie i tylko ludzkie. Słusznie, tylko wydają się ludzkie, bo nie ma nic ludzkiego, co nie byłoby przeniknięte obecnością Boga.
W Boże Narodzenie Bóg, a wraz z Nim wiara, religia i Kościół, pukają do drzwi ludzkiej historii. W owym czasie wyszło rozporządzenie cesarza Augusta (w dosłownym tłumaczeniu: boskiego, godnego boskiej czci cesarza, bo za takiego był uważany, taki tytuł nadał mu senat rzymski), aby przeprowadzić spis ludności całego świata. Był to czas, w którym praktycznie cała ludzka cywilizacja znalazła się w jednym organizmie: cesarstwie rzymskim i zapanował wszędzie pokój, tzw. Pax Romana. Uważano, że skończyła się historia, bo historia ludzkości jest historią wojen, jak pisał Tukidydes. Uważano więc, że skończyła się historia i nastał jakiś nowy porządek świata i nowa era. Tymczasem Ewangelia mówi, że cały ten światowy blask i cesarz i jego cesarstwo i jego spis były tylko po to, żeby dwoje ubogich ludzi znalazło się w Betlejem dokładnie wtedy, kiedy było trzeba, żeby spełniło się proroctwo. Oto Dzieciątko Jezus z całego cesarstwa, cesarza i jego pokoju, cywilizacji i nowego porządku zrobiło sobie poduszeczkę, niemalże zabawkę. Bóg jest wielki nawet wtedy, kiedy jest Dzieciątkiem. Dzisiaj też ogłasza się koniec historii i nowy porządek świata, ale nie ma takiego wydarzenia z kraju i ze świata, które przyćmiłoby Boże Narodzenie – ono jest nawet tam, gdzie jest wojna, prześladowanie czy inne nieszczęście. Pokój nie jest dziełem człowieka, nawet cesarza świata. Pokój jest darem Boga, dla ludzi, których sobie upodobał, dla ludzi dobrej woli. Pan Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, mimo zamkniętych drzwi narodził się, wszedł do Betlejem przez stajnię.
Z okazji Bożego Narodzenia życzymy, żeby Bóg znalazł sobie tylko znane wejście do każdego serca, nawet zamkniętego na cztery spusty i do każdej ludzkiej sprawy, nawet tak zaniedbanej jak szopka i stajnia. Życzymy, żeby okazał się Bogiem wszystkiego, szczególnie tam, gdzie wydaje się, że tylko człowiek ma coś do powiedzenia. Niech Bóg się rodzi, a każda moc tego świata przed Nim struchleje. Pokój ludziom dobrej woli!
Kochani
Przezywamy niedzielę radości, a więc możemy zapytać: Z czego cieszymy się w Adwencie? Oczywiście cieszymy się z przyjścia obiecanego Zbawiciela. W dzisiejszej Ewangelii św. Jan wysyła z więzienia, w którym siedzi „za prawdę” posłańców do Pana Jezusa z pytaniem czy On rzeczywiście jest obiecanym Mesjaszem, czy też trzeba oczekiwać kogoś innego? Św. Jan jest krewnym Pana Jezusa. Kiedy Maryja nawiedziła Elżbietę to św. Jan jeszcze w łonie matki poruszył się z radości: już wtedy został napełniony, rzec by można: ochrzczony Duchem Świętym i rozpoznał Mesjasza w dzieciątku, które było jeszcze pod sercem Maryi, zatem św. Jan musiał wiedzieć, że Jezus – jego kuzyn – jest Chrystusem czyli Mesjaszem. Przecież jeszcze niedawno przy chrzcie sam pokornie powiedział: „to ja potrzebuję chrztu od Ciebie”. Po co więc zadał to pytanie? Ono mogło być zadane z co najmniej trzech powodów.
Po pierwsze mogło pochodzić od samego Jana. Zobaczmy, że głosił on że „siekiera do pnia jest przyłożona”, „mesjasz oddzieli ziarno od plew, a plewy spali w ogniu nieugaszonym” albo że „będzie chrzcił was ogniem”, a tymczasem Pan Jezus przyszedł cicho i spokojnie, nikogo nie osądził nie ściął ani nie spalił. Św. Jan mimo wszystko był człowiekiem swoich czasów i może spodziewał się Mesjasza, który załatwi pewne sprawy „raz na zawsze” i wreszcie zaprowadzi porządek na tym zepsutym świecie, a tak się nie stało. Czyżby św. Jan się rozczarował? Być może potrzebował jeszcze udoskonalić obraz Mesjasza, który nosił w sercu. Być może musiał zrozumieć, że dobra nowina o przyjściu Zbawiciela nie musi oznaczać rozerwania jego kajdan. Musiał zrozumieć, że Dobrą Nowiną można ucieszyć się nawet w więzieniu, nawet jeśli doczesne problemy same nie znikną. Działanie Mesjasza sięga głębiej: On uzdrawia konkretnego człowieka, w sytuacji takiej, jaka jest, a nie ustrój, społeczeństwo czy system polityczny. My także razem ze św. Janem powinniśmy zapytać sami siebie, czego się tak naprawdę spodziewamy po uroczystości Bożego Narodzenia? Spodziewamy się zmiany otoczenia na lepsze, zmiany, która nie nastąpi, a nie chcemy pozwolić, by Pan Jezus przyszedł do naszego serca i zmienił go od wewnątrz, a taka zmiana jest potrzebna.
Po drugie pytanie Jana mogło być zadane ze względu na uczniów, których wysłał. Św. Jan pociągnął za sobą wielu uczniów i zapewne jak każdy człowiek miał pokusę przywództwa, kiedy wszyscy tak dokładnie go słuchali. Ale nie poddał się tej pokusie. Nie chciał gromadzić uczniów koło siebie i skupiać na sobie. Dlatego odesłał ich do Pana Jezusa, żeby Go poznali i przy Nim zostali. My działamy w życiu według zasady: „lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu”. Ona nie odnosi się dobrze do spraw nadprzyrodzonych, które wydają się nieuchwytne, dlatego trzymamy się ściśle rzeczy doczesnych, widzialnych, do których przywykliśmy. Adwent to czas zrywania takich przyzwyczajeń i odejścia w nieznane aż do spotkania z Chrystusem, który otworzy nam oczy i uszy oraz wyprostuje nasze drogi.
Wreszcie po trzecie Pan Jezus już pojawia się w Ewangelii, daje przebłysk radości, ale jeszcze nie świętujemy Jego całkowitego zwycięstwa w świecie, a raczej wybawienie konkretnych dusz. Taka jest nasza rzeczywistość w obecnym czasie: choć jeszcze Boże Królestwo nie ujawniło się w sposób pełny na świecie, to my już możemy doświadczać osobiście Bożej obecności. Możemy zadawać pytania o nasze zbawienie a Pan Jezus – podobnie jak św. Janowi, będzie odpowiadał nam słowami i znakami czytelnymi dla ludzi o ubogich sercach, otwartych oczach i uszach.
Jeszcze niedawno odwiedzaliśmy groby naszych bliskich. Groby nie są tylko miejscami złożenia kości zmarłych, ale są też pomnikami ich pamięci i wdzięczności przyszłych pokoleń. Widać wtedy piękną tradycję, w której rodzice pokazują dzieciom pomniki dziadków i pradziadków, których dzieci być może nawet nie znały, ale mówi się im o przodkach, bo nie byłoby nas, gdyby nie było ich. O dziwo kościoły wiążą się bardzo mocno z pomnikami nagrobnymi. Samo słowo „kościół” oznacza miejsce, gdzie złożone są kości, konkretnie kości świętych czyli relikwie. Pierwsze kościoły w Rzymie były w Katakumbach, a więc w grobowcach, a potem budowano je na grobach świętych, szczególnie męczenników. Dzisiaj liturgia więc prowadzi nas, można tak powiedzieć, do pomnika prababki naszej wiary, czyli do bazyliki św. Jana na Rzymskim Lateranie. Papież Benedykt XVI, kiedy wchodził po raz pierwszy jako papież do tej świątyni, która właśnie jest katedrą Rzymu i papieża, przytoczył słowa Psalmu: „O Syjonie powiedzą, każdy człowiek urodził się na nim, a Najwyższy sam go umacnia”. Nie byłoby naszych kościołów, gdyby nie było tamtej świątyni. Nie byłoby naszego duchowego życia: chrztu i innych sakramentów i posług, gdyby nie było tamtej świątyni, pierwszego oficjalnego kościoła w Rzymie, przekazanego przez nawróconego cesarza Konstantyna Wielkiego papieżowi.
Kiedy Rzym nawrócił się z pogaństwa, było w nim wiele świątyń poświęconych bożkom, ale Chrześcijanie nie chcieli żadnej z nich „przerobić” na kościół. Przerabiali za to budowle świeckie, miejsca zebrać zwane bazylikami, które zostawały poświęcone Bogu. Dawni poganie dzielili świat na ziemię – miejsce przebywania ludzi i niebo – miejsce przebywania bogów. Pogańskim „niebem” było słońce, księżyc, planety i gwiazdy. Dzisiaj wiemy, że nawet najdalsze gwiazdy i planety są zbudowane z tych samych pierwiastków chemicznych co nasza ziemia, a więc wciąż, nadal są ziemią i należą do spraw ludzkich. Sprawy Boże to jest zupełnie inny świat – świat duchowy, bez pierwiastków chemicznych i sił fizycznych. Świat duchowy jest bardziej odległy niż najdalsze gwiazdy, a jednocześnie bardzo bliski, bliższy niż sięga nasz wzrok, słuch, a nawet oddech. Poświęcenie czegoś, to przeniesienie użytkowania przedmiotu lub miejsca ze spraw ziemskich na sprawy duchowe, a więc nasze kościoły są na styku nieba i ziemi. Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii oczyszcza Świątynię z handlarzy i bankierów, choć sprawy handlowe nie są grzeszne, ale są jednak doczesne, a Świątynia jest miejscem spraw wiecznych. Zamiast oskarżać Kościół o to, że jest zagracony sprawami doczesnymi, popatrzmy co zajmuje naszą duszę, która jest Świątynią Ducha Świętego. Czy jeszcze widać sprawy Boże spod ludzkich gratów?
Kochani
W listopadzie nasze myśli zazwyczaj kierują się na sprawy ostateczne i o tym też opowiada Słowo Boże. Pan Jezus w Ewangelii zdaje się zapowiadasz koniec świata i zapowiedź ta może rzeczywiście człowieka przerazić. Często podobne teksty są wykorzystywane przez sekty, bo najlepiej rządzi się i manipuluje się ludźmi, którzy się boją. Pamiętam jak kończył się słynny COVID, ludzie zaczęli normalnie żyć i zdjęli znienawidzone maseczki, ale niektórzy jeszcze chorowali, tak jak i dzisiaj chorują. Wtedy jedna oburzona pani narzekała na to, że ludzie nie boją się już pandemii. I mówiła mi: „najgorsze jest to, że przestaliśmy się bać”. Taki lęk nie powinien być postawą wierzącego, a z drugiej strony wzbudzanie lęku nie powinno być postawą Kościoła. Lęk czy bojaźń w Piśmie Świętym są często synonimem czci i kultu. Kiedy się mówi w Biblii o ludziach „bojących się Boga”, to znaczy, że byli to ludzie, którzy czcili Boga. Po bojaźni rozpoznajemy Kogo lub co człowiek czci. Skąpiec z komedii Moliera bał się panicznie o swoje pieniądze: zakopywał je, ukrywał, zamykał i zastawiał pułapki. Widać więc, że to pieniądz był jego „bogiem”, bo „bać się” to znaczy „czcić”. Pani od pandemii „bała się” o utratę doczesnego zdrowia i życia, czyżby więc doczesne życie było jej „bogiem”? Zapowiedzi końca świata przerażają ludzi, bo się boją utracić to, w czym żyją. Tymczasem o co człowiek najbardziej się boi to tak naprawdę najbardziej czci. Wierzący człowiek nie powinien bać się niczego poza jednym: żeby nie utracić swojej relacji z Bogiem, ogólnie: żeby nie utracić swojego Boga. Wtedy wie, że Bóg jest naprawdę na pierwszym miejscu. Zamiast lęku należałoby mocniej wyakcentować bojaźń. Bojaźń Boża jest przecież jednym z darów Ducha Świętego. Bojaźń o doczesne życie, o utratę przyjemności czy pieniędzy wskazuje, że coś innego chyba zajęło najważniejsze miejsce w naszym sercu…
Ewangelia, nawet ta mówiąca o końcu świata, jest dobrą nowiną. Jak więc trzeba ją rozumieć? Pan Jezus zapowiadał przede wszystkim wojnę, oblężenie i zburzenie Jerozolimy (nastąpiło ono rzeczywiście w 70 r. po Chrystusie) oraz prześladowania, które wtedy miały wybuchnąć. Wielu słuchaczy Pana Jezusa wzięło to omyłkowo za przepowiednię końca świata. Kiedy więc te wydarzenia zaczęły się dziać i rzymskie wojska podeszły pod Jerozolimę, wielu wpadało w panikę, bo „to już koniec”. Tymczasem Proroctwa zawsze działają jak znaki: symbolizują inną rzeczywistość, często duchową. Na przykład cała Historia Starego Testamentu symbolizowała życie Chrystusa: najpierw naród wybrany był w Egipcie, potem odnosił sukcesy, na koniec przeszedł swoją kalwarię i to wszystko stało się z Panam Jezusem. Podobnie dzieje Pana Jezusa zapowiadają dzieje Kościoła i mają przyjść lata sukcesu a po nich kalwaria i zmartwychwstanie. Nie samą kalwarią, ale jej znakiem było oblężenie Jerozolimy. Znaków nie można się bać – trzeba je tylko odpowiednio odczytać. Żyjemy więc w czasach próby, kiedy okazuje się wreszcie kogo lub czego się boimy i możemy wyciągnąć z tego wnioski na dzień końca.
Kochani
W Uroczystość Wszystkich Świętych słyszymy słowa Apokalipsy. Apokalipsa kojarzy nam się z zagładą, wielką tragedią, hekatombą na wielką skalę. Tymczasem naprawdę Apokalipsa znaczy dosłownie „odsłonięcie”, „uchylenie zasłony”. Co nam Pan Bóg odsłania? Wielu wydaje się, że Apokalipsa odsłania przyszłość: groźną, napełniającą lękiem, szczególnie lubią podkreślać to w sektach (jak wielu katolików myśli podobnie do sekciarzy): niebezpieczeństwo, które nadchodzi, jest coraz bliżej, bójcie się wszyscy! Takiemu myśleniu sprzeciwiał się zawsze Kościół, a szczególnie dobitnie podkreślał to Benedykt XVI: Bóg nie stawia nas w sytuacji dzieci spłacających kredyty za zmarłych rodziców. Bóg nie stawia nowego pokolenia w obliczu kary, która ma ponieść za grzechy dawnych ludzi. Bóg nie dopuszcza do tego, żeby czas łaski zaliczał się tylko do przeszłości, a czas kary do przyszłości, która nas czeka. Apokalipsa nie odsłania zapowiedzi katastrofy i kary, ale odsłania to, co dzieje się w niebie, w świecie Bożym TERAZ. My patrzymy na nasz materialny świat i widzimy miejscami sukcesy, a miejscami wojny, miejscami bogactwo a gdzie indziej biedę, tu widzimy dobro, a tam zło. A dokładnie w tym samym czasie coś dzieje się w świecie nadprzyrodzonym, tam gdzie jest Bóg i aniołowie, tam gdzie jest niebo, czyściec i piekło, tam gdzie są święci i wszyscy nasi zmarli. Co się tam teraz dzieje? Jest tam jakieś wielkie oczekiwanie. Anioł woła do innych aniołów, którzy mają w rękach moce tego świata, żeby czekali cierpliwie, żeby trzymali jak wściekłego psa na łańcuchu wszystkie niszczycielskie siły. Mają czekać, aż Bóg opieczętuje sto czterdzieści cztery tysiące świętych z Narodu Wybranego.
Ta liczba oczywiście jest symboliczna: dwanaście razy dwanaście to pełnia samej pełni – doskonała doskonałość, a jeszcze pomnożona przez tysiąc, to oznacza prawdziwą rzeszę świętych wypełniających niebo, liczbę dużą, ale znaną, konkretną. W Nowym Testamencie Naród Wybrany to już nie Izrael, ale Nowy Izrael, czyli Kościół Święty. Te boskie pieczęcie to znak widoczny dla wszystkich. Zatem wielka, ale konkretna, skończona liczba naznaczonych, to są wszyscy święci ogłoszeni przez Kościół jako kanonizowani i beatyfikowani. Ale za nimi idzie wielki tłum, którego nikt nie potrafi policzyć, z narodów, ludów i języków. To są święci bezimienni, zbawieni, ale nie ogłoszeni oficjalnie. Tam mogą być nasi zmarli przodkowie, nad grobami których stajemy. We wczesnym Średniowieczu mówiło się: masa damnata, to znaczy, że większość ludzi trafi do piekła, a nieliczni będą zbawieni. Bóg odsłania nam jednak inną prawdę: święci są bardzo liczni.
Słowa dzisiejszego Psalmu mówią wyraźnie: do Pana należy ziemia i wszystko, co ją napełnia, a więc także i ludzie, a to dlatego, że to Pan wszystko stworzył i poukładał w taki porządek, jaki mamy dzisiaj. Ta prawda zmienia naszą perspektywę patrzenia na ten widzialny świat, jak dzisiaj powszechnie się mówi: na naszą planetę. Jest ona naszym gościnnym miejscem, jest czymś podobnym do miejsca pracy, o które trzeba dbać i z niego korzystać. Ale prawdziwy dom jest po drugiej stronie: dom, do którego każdy z nas kiedyś powróci. Za naiwnego uznalibyśmy każdego pracownika, który swoje zarobki inwestowałby nie w dom rodzinny ale w zakład pracy. Nie pochwalamy ucieczek przed domem i rodziną w świat pracy, coś jest nie w porządku z tymi, którzy bardziej „kochają” swoją pracę niż dom. Nie jest dobrze, gdy wkrada się nam mentalność korporacyjna, jakby praca była ważniejsza niż rodzina, słusznie dziwimy się, kiedy ktoś bardziej ceni pracę niż urlop. Podobnie powinniśmy patrzeć na świat, w którym żyjemy, jako na nasze miejsce nauki i pracy, ale prawdziwy dom, jest gdzieindziej, w niebie. Do naszego prawdziwego domu wracamy za każdym razem, gdy zanurzamy się w to, co nadprzyrodzone podczas modlitwy, Mszy św., kultu religijnego, religijnej lektury, zwłaszcza Bożego Słowa. Brandstaetter wołał; Biblio Ojczyzno moja! My powinniśmy wołać: Niebo, ojczyzno moja! Prawdziwą Ojczyznę się kocha i szanuje, do niej się z utęsknieniem wraca, ale czasem trzeba jej bronić, a nawet za nią oddać życie – jak zrobili to święci Męczennicy. Nauczmy się widzieć świat w ten sposób.
Pańska jest ziemia i wszystko, co ja napełnia. To zdanie uczy nas też pewnej delikatności i odpowiedzialności. Czujemy się źle kiedy zniszczymy czyjąś własność, zwłaszcza wartościową. Tak właśnie powinniśmy patrzeć na świat i ludzi dokoła: z delikatnością i chrześcijańską czułością, żeby nie zniszczyć arcydzieła, jakim jest człowiek – korona stworzenia. W czasie życia na ziemi wchodzimy między sobą w różne relacje: jedni ludzie maja w rękach losy innych ludzi. To dlatego Pan Bóg może sądzić nas z uczynków, jakie wyświadczyliśmy bliźnim. To dlatego też grzechy przeciwko bliźnim są grzechami przeciw Bogu, a dobre uczynki względem bliźniego są dobrem wyświadczonym samemu Bogu. Nie mogą szokować nas słowa napisane przez poetę o naszym świecie: „Bóg wyrzekł słowo ‘stań się’, Bóg i ‘zgiń’ wyrzecze”, bo jak mówią słowa Pana w Przypowieści o robotnikach w winnicy: „czyż nie wolno mi zrobić ze swoim co chcę?”
Psalmista odpowiada na retoryczne pytanie: kto wstąpi na Górę Pana i kto stanie w Jego świętym miejscu?” Człowiek rąk nieskalanych i czystego serca, który nie skłonił swojej duszy ku marnościom. Kto nie pomylił miejsca nauki i pracy z prawdziwym domem.
Św. Jan, który jest znany jako największy z teologów, zachwyca się nad świętością. Składa się ona z dwóch „kroków”. Po pierwsze zostaliśmy nazwani „dziećmi Bożymi”. Słowa, jak wiemy, mają wielką moc w relacjach międzyludzkich. Słowem można podbudować lub zniszczyć, zachęcić lub podciąć skrzydła. Mówić o kimś źle to w staropolskim złorzeczyć, i jak wiemy złorzeczenie wiąże się z przekleństwem, nieszczęściem, a bywa, że z działalnością diabelską. Z drugiej strony mówić o kimś dobrze, to w staropolskim błogo-sławić. Nazwanie nas dziećmi Bożymi to jest właśnie przykład dobrej mowy, a więc błogosławieństwa. Błogosławieni to synonim świętych i synonim szczęśliwych. Dawniej Chrześcijan nazywano świętymi. Niestety z jakiejś przyczyny daliśmy sobie wmówić, że świętość to pieśń przyszłości. Tymczasem popatrzmy: kto szczerze żałuje za grzechy i przystępuje naprawdę do spowiedzi, gdzie nie usprawiedliwia się, nie wybiela, tylko naprawdę sięga do głębiny swojej duszy i prosi o wybaczenie szczerze żałując za grzechy, otrzymuje odpuszczenie i wchodzi w stan Łaski Uświęcającej. Dopóki przyjmuje Komunię i nie straci Łaski przez grzech śmiertelny, jest zbawionym, a więc świętym chodzącym po ziemi. Jeśliby taki człowiek umarł, nawet nagle, to być może trafi do czyśćca na wiele lat, ale czyściec liczy się też jako zbawienie. Dusze w czyśćcu też są jak święci. Świętość może się stać obecna w naszym życiu już dzisiaj, tylko spowiedź ma być potraktowana tak, jak wymaga Bóg i Kościół, a nie tak, jak człowiekowi wygodniej.
Ale w piśmie św. Jana jest jeszcze drugi krok. Jak wiemy Słowo Boże ma moc stwórczą, co Bóg powie, to się staje. Jeśli nam błogosławi nazywając swoimi dziećmi, to błogosławieństwo staje się faktem. Błogosławieństwo o słowo, które jakoś nie mieści się w słowniku tego świata. Świat nie zna błogosławionych, dlatego, że nie poznał Tego, który błogosławi. Świat nie rozumie dlaczego człowiek podejmuje się heroicznej miłości, cieszy się w smutku, nie przywiązuje się do rzeczy materialnych, jest na wskroś uczciwy i emanuje pokojem gdziekolwiek idzie, świat nie wie, skąd bierze się siła prześladowanych i wytrwałość niesprawiedliwie krzywdzonych. Świat patrzy przez swoje filtry, jak to dzisiaj jest popularne na internetowych profilach, gdzie można się odchudzić lub odmłodzić, ale przy okazji zakłamać siebie i innych. Dzieci Boże, podobnie jak dzieci ludzkie, są podobne do Ojca. Ale nie chodzi o podobny wygląd, ale podobny wzrok: umiejętność patrzenia na świat bez światowych filtrów, umiejętność widzenia w całej pełni: widzenie dobra, tam, gdzie inni widzą tylko zło oraz zauważenia zła, gdzie inni widzą przyjemności i korzyści. Miejmy nadzieję w Panu, a ona nas uświęci.
W Ewangelii Jezus widząc tłumy, wychodzi na górę. Pozornie oddala się od ludzi, ale w rzeczywistości zmienia perspektywę: patrzy już nie na grupkę wybranych, ale na wszystkich. Góra, która symbolizuje niebo, staje się dostępna dla wszystkich, bo Bóg obejmuje swoim wzrokiem tłum ludzi żyjących współcześnie, ale sięga też do całej historii i patrzy w przyszłość. Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie Pana Jezusa było wejściem na górę i odtąd obejmuje swoim wzrokiem cały świat. Ale wzrok Boga jest inny niż wzrok ludzki. My jako ludzie mamy swoistą „wadę wzroku”. Lubimy obejmować całość, bez patrzenia na szczegóły. Lubimy generalizować, w stylu: to wszystko nie ma sensu, to wszystko jest do niczego, wszyscy są źli, wszystko sprzysięgło się przeciw mnie, ale także: kocham ludzkość, szanuję planetę, jak często mówi się o zmarłych na propagandowych pogrzebach (bo te przemówienia stają się powoli propagandowe): kochał/kochała świat i życie, itp. Ta metaforyczna „wada wzroku”, generalizacja jest szkodliwa dla naszej duszy. Człowiek w którego oczach wszystko sprzysięgło się przeciw niemu nie widzi gestów życzliwości od bliźnich, człowiek, który wszystko spisał na straty nie dostrzega darów Bożych i radosnych chwil. Człowiek, który kocha ludzkość, planetę, świat i życie często nie potrafi dobrze porozmawiać z bliźnim, z którym dzieli jeden dom, drażnią go konkretni przechodnie, kierowcy i ludzie w komunikacji miejskiej. Jak łatwo jest kochać wszystkich, a trudno pokochać konkretnego człowieka. Jak łatwo jest narzekać na wszystko, a jak trudno zauważyć światełko w mroku. To jest nasza „wada wzroku”, trzeba ją leczyć przez nawrócenie. Święci, to ludzie, którzy z tej wady się za życia wyleczyli.
Pan Jezus patrzył inaczej niż ludzie. Nie widział przed sobą anonimowego tłumu, ale konkretne twarze uczniów, konkretne oczy ludzi ubogich, płaczących, łaknących, itp. Ale patrzył też głębiej, bo dopiero w głębi duszy możemy rozpoznać, czy człowiek pragnie sprawiedliwości, czy wprowadza pokój i czy jest czystego serca. Księga Apokalipsy mówi o świętych, którzy wypłukali i wybielili swoje szaty we Krwi Baranka. Czy można jakąkolwiek tkaninę opłukać i wybielić krwią? Jest to oksymoron, taka figura retoryczna: zestawienie przeciwieństw, żeby pokazać cos niesamowitego, poruszyć, a wręcz potrząsnąć. Błogosławieństwa Ewangeliczne są podobne: są zestawem przeciwieństw. Oto ubodzy są właścicielami Królestwa, płaczący się weselą, głodni się sycą, prześladowani cieszą. Pozytywy i przebłyski szczęścia niebieskiego świętych są jak diamenty zakopane w popiele doczesnego świata. Pan Jezus uczy wiernych je znajdować i cieszyć się nimi. Uzdrawia z wady wzroku, która wszystko sprowadza do jednego i otwiera oczy na światła w ciemności.


