Niedziela Palmowa

Pan Jezus przybywa od Góry Oliwnej do Jerozolimy i można powiedzieć – zarekwirował na jakiś czas osiołka, na którym miał wjechać. Jest to gest symboliczny, ponieważ tylko królom przysługiwało prawo zabierania zwierząt poddanych na swoje potrzeby. Chrystus, choć jest potomkiem Dawida i należy do rodziny królewskiej nie jest królem, który zabiera poddanym co najlepsze. Jest królem, który pożycza osiołka, ale oddaje swoje życie za poddanych. Filozof Seneka, który był wychowawcą cesarza Nerona wstydził się za swojego wychowanka. Napisał wtedy, że nie każdy kto nosi koronę zasługuje na miano króla. Królem jest ten, kto zabiega o dobro poddanych. Kto troszczy się tylko o swoje własne zasługuje na miano tyrana. Są na świecie tytuły, które można odgórnie nadać: dziś są to dyrektorzy, laureaci, a dawniej byli to książęta i królowie. Są na świecie nagrody tytuły, które można sobie wypracować. Jak awans czy nagrodę za punktualne przychodzenie do pracy, albo premię. Ale są też tytuły, na które trzeba zasłużyć i one przychodzą z zewnątrz. Nie da się ich naprawdę kupić ani wypracować przez określone działanie. Chodzi o tytuł mistrza, bohatera, nauczyciela, świętego, szlachetnego, przyjaciela, zbawcy, prawdziwego ojca czy matki. Jeśli ktoś pracuje na miano, które można zdobyć pracą, np. punktualny, rzetelny, uczciwy, cichy, pokorny, pomocny, to tym lepiej dla takiego człowieka. Źle się jednak dzieje jeśli ktoś używa różnych środków, by samodzielnie uzyskać tytuły, które mogą nadać dopiero inni. Wspomniany już Neron jako beztalencie lubował się w tym, kiedy nazywali go artystą i poetą, a pochlebcy robili to dlatego, że miał władzę nad ich losem. Pierwszym sekretarzom, którzy opływali w luksusy i nie ruszali się zza biurka nadawano tytuły bohaterów rewolucji, dyktatorzy z lubością przyjmują tytuły generałów i marszałków choć nigdy nie wąchali prochu. Herod an typas, który był tetrarchą, a tytuł ten znaczy tyle, co „władca czwartej części” lub „władca ćwiartki” lubił, jak tytułowano go królem. Bogaci Faryzeusze lubili jak się ich tytułowało nauczycielami, bo uczyli życia biednych, a wiemy jak inaczej może wyglądać życie bogacza i biedaka i to raczej ten drugi doświadcza go bardziej. Gdzieś tam daleko w Rzymie cesarz Tyberiusz lubił być nazywany „boskim”, choć już wtedy choroby trawiły jego ciało.

Pan Jezus, kiedy wjeżdża do świętego miasta pokornie na grzbiecie osła zostaje okrzyknięty Synem Dawida czyli prawowitym królem. Władcy z dynastii Herodów nie byli nawet Żydami, tylko potomek Dawida mógł pełnoprawnie zasiadać na tronie. Nazwanie kogoś w ten sposób świadczyło o tym, że w oczach ludzi to właśnie Pan Jezus – Syn Dawida – był prawowitym władcą. Ludzie wołali też „Hosanna” co oznacza mniej więcej: „wybaw nas”, „zbaw nas Panie”, a więc mieli Pana Jezusa za Zbawiciela. Nazwali Go też Błogosławionym, bo przyszedł w imię Boże.

Jak wyraźny jest kontrast między tymi wszystkimi ludźmi, którzy w tamtym czasie, ale też w ciągu całej historii zabiegają o tytuły i nazwy, które miałyby świadczyć o ich sukcesach czy wielkości i jak bardzo małymi okazują się naprawdę. Królestwo Boże jest w tej mierze spontaniczne: pojawia się niespodziewanie i niczego nie wymusza. Jego świadkiem jest sama prawda, pokora jest płaszczem, którym się okrywa, jego cichość jest największym głosem a skromność największą potęgą. Ludzie o czystych sercach są jego poddanymi a porażka w oczach tego świata jest największym zwycięstwem.

V Niedziela Wielkiego Postu

Marta i Maria posłały do Pana Jezusa wiadomość: choruje ten, który jest Ci bliski. Człowieka najlepiej wzruszyć i zmobilizować do działania, jeśli się zagra na jego własnych uczuciach i emocjach. Ale Pan Jezus nie raz już pokazał, że dla Niego sprawy Bożego Królestwa są ważniejsze nawet niż najbardziej czułe struny jego własnej duszy. Wiele zła dzieje się na świecie, a wiele dzieł Bożego Królestwa zostaje odsuniętych tylko dlatego, że w naszym postępowaniu biorę górę emocje: nie chcemy żeby nam było przykro, unikamy smutku bardziej niż grzechu. Zły duch o tym wie i bardzo często manipuluje naszymi emocjami a my wybieramy przyjemność nad dobroć, własny spokój nad chwałę Bożą, i przegrywamy tym.

Pan Jezus pocieszał Martę: brat twój zmartwychwstanie. Marta jako wierząca uznawała tę prawdę i wyrecytowała formułkę rodem z codziennego pacierza: tak, zmartwychwstanie kiedyś tam, przy zmartwychwstaniu umarłych. My choć wierzymy w te same prawdy, to jednak one są jakieś dalekie, odległe. Wszystko spełni się w czasie końca świata – pewnie tego nie doczekamy, a z pełnią życia i zwycięstwem nad złem i śmiercią można spotkać się tylko w niebie, jednak niebo jest dalekie. Niebo wysoko, koniec świata daleko, to i wiara zdaje się być daleka. A Pan Jezus przypomina, że zwycięstwo nad śmiercią i pokonanie zła jest tam, gdzie On – jeśli jesteśmy blisko Niego, to i prawdy wiary mogą stać się naszą cie dziennością: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem – mówi Pan. Człowiek jest w stanie być blisko Jezusa – a wtedy jest blisko nieba, blisko zmartwychwstania i blisko wiecznego życia.

Pan Jezus powiedział: jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą. Po czym kazał usunąć kamień od grobu, aby wszyscy mogli tam zajrzeć. Człowiek może oczekiwać, że zobaczy choć odrobinę Bożej Chwały w różnym czasie i różnych miejscach: w jednych bardziej w innych mniej. Ale sądzę, że otwarty grób pełen zepsucia jest chyba ostatnim miejscem, gdzie człowiek może zobaczyć Bożą chwałę. Izraelici już w ogóle unikali grobów i tematu śmierci, bo kojarzyła się im z całkowitym zwycięstwem grzechu i nieczystości. To dlatego Marta, Maria jak i inni zebrani zapewne przerazili się na tę propozycję Jezusa. Jak bardzo się jedna zdziwili, kiedy zobaczyli zwycięstwo życia nad śmiercią i chwałę Bożą objawioną w jednym z najwspanialszych cudów dokonanych przez Chrystusa: przywróceniu do życia człowieka, którego dotknął już rozkład.

W całej cudowności tego wydarzenia nie możemy pominąć jego ludzkiej strony. Pan Jezus zna nasze boleści i współczuje słabościom. Po ludzku wzrusza się nad cierpieniem chociaż wie, że Bóg Go wysłucha i spełni wszystko o co prosi. Śmierć jest konsekwencją grzechu stworzenia i oto Stwórca lituje się nad tym smutnym losem, a więc jest to akt miłosierdzia względem człowieka. Pan Jezus patrzy na śmierć jak na sen, z którego się można zbudzić. Ale rozumie, że dla człowieka może ona oznaczać tragedię. Chce nauczyć nas nowego rodzaju myślenia o śmierci. Takiego, w którym śmierć nie jest ostatecznością, której za wszelką cenę trzeba uniknąć. Pan Jezus uczy nas tego, że nawet śmierć nie oznacza straty wszystkiego łącznie z nadzieją. On sam jest Panem życia i śmierci. Człowiek dzisiaj może i nie myśli o śmierci, ale boi się umierania. Człowiek boi się tego, że nie będzie miał nic z życie albo tego, że jakość życia mu się obniży. Często zły duch zastrasza tym ludzi i przeciąga na swoją stronę. My nie bójmy się umierania, kiedy należymy do królestwa światła i życia i przekonamy się niedługo o jego zwycięstwie.

III Niedziela Wielkiego Postu

Samarytanka przychodziła codziennie w samo południe do studni, aby czerpać wodę. Po jakimś czasie woda w dzbanku już się jej kończyła, więc przychodziła czerpać z powrotem… kto wie jak długo to trwało. Woda jest niezbędna do życia. Wiedział o tym myśliciel Tales z Miletu – portowego miasta – kiedy codziennie wychodził nad wodę, żeby patrzeć na przypływające statki i rozmyślać. W jego czasach wydawało się ludziom, że wszystko na świecie zbudowane jest z czterech pierwiastków: skały, wody, powietrza i ognia – 4 żywioły. Ale Tales myślał dalej i wymyślił: Zamarznięta woda może być twarda jak skała. Woda, która paruje, staje się jak powietrze, a wrzącą wodą można poparzyć się jak ogniem, a więc może wszystko na świecie to woda, tylko w różnej postaci? Woda to życie, bo życia nie ma na pustyni, gdzie nie ma wody. Woda jest jak życie – wypływa nie wiadomo skąd, płynie najpierw małym ciekiem, potem może zmienić się w wielką rzekę a i tak w końcu dojdzie do morza, które choć jest wodą, to jednak wodą niebezpieczną, niezbadaną, nieprzyjazną i nie dającą życia (można umrzeć z pragnienia na środku morza). Źródło i rzeka, słodka woda to był znak życia ludzkiego, a morze było znakiem śmierci. Morze pochłania ciągle wodę wszystkich rzek i nigdy się nie nasyci, a drugiej strony Bóg wyznaczył morzu granice i ono nie wejdzie do rzeki. Woda jest też symbolem życia duchowego. Wielokrotnie u św. Jana napisane jest, że aby duchowe życie powstało muszą być także dwa pierwiastki: Duch i woda. Mówi się tam o wodzie żywej, czyli wodzie mającej ducha, oraz o odrodzeniu w wodzie i Duchu Świętym. Duch to Bóg, który unosi się nad wodą i stwarza życie. Woda to życie ludzkie, ale musi być ono spokojne, czyste i żywe, a więc nie stojące lecz płynące. Czyste jak źródlana woda było życie Maryi, dlatego nosiła w sobie życie Boże. A życie Samarytanki z dzisiejszej Ewangelii? Daleko było jej do czystego źródła. Duchowo była raczej studnią z mętną wodą. Pan Jezus chciał zmienić jej duszę w żywe źródło i obdarzyć ją prawdziwym życiem duchowym, które po śmierci zmienia się w życie wieczne.

My w naszym duchowym życiu jesteśmy jak Samarytanka. Wcale nie była ona niewierząca, nie była złą kobietą, można powiedzieć wiecznie poszukującą, albo zagubioną, taką jakby z dzisiejszych czasów. Ona praktykowała swoją religię w zależności od potrzeby, podobnie jak wielu z nas: przychodzimy do kościoła, kiedy wyczerpie się jakaś część naszej duszy. Niektórym wyczerpuje się co roku – od choinki lub koszyczka i nabiorą trochę duchowej wody w kościele, a starcza im na cały rok, bo ich życie jest suche i mało owocne. Niektórzy potrzebują nabrać tej wody częściej, raz na tydzień lub przy okazji religijnej posługo w rodzinie: chrztu, ślubu, pogrzebu. Takie czerpanie z duchowej studni w zależności od potrzeby może wystarczyć człowiekowi ale nie wystarczy Chrystusowi, który czeka na nas przy studni i chce z nami porozmawiać, nawiązać relację i stworzyć w nas źródło żywej wody. Chce zmienić nasze chrześcijaństwo pozostające na poziomie słów, w takie ucieleśnione, tak jak On sam spotkał się bezpośrednio z Samarytanką przynosząc ciało i krew, które zostaną potem ukrzyżowane. Benedykt XVI przestrzegał, że zagraża dzisiaj i nam wiara bezcielesna – na poziomie czerpanej wody czyli słów. Ciało zawsze sprawia problemy – boli i krwawi. Takim ciałem jest Kościół ze wszystkimi wiernymi. Nieraz jest on jak wielka rana, ale to jest właśnie Ciało Zbawiciela – konkretne, którego serce staje się źródłem wody na zawsze. Kto raz spotkał żyjącego Boga, ten nie zadowoli się już nigdy wodą, która wysycha i starcza tylko na troszkę.

IV Niedziela Wielkiego Postu

Niewidomy od urodzenia nigdy nie cieszył się światłem, to znaczy zapewne nie rozumiał światła i umiał bez niego żyć. Pan Jezus uczynił błoto mieszając ślinę z piaskiem i położył mu to na oczy. Jest to gest stworzenia – w tym przypadku stworzony został wzrok człowieka, wzrok, którego dotąd nie było. To jest cud większy niż uzdrowienie, które polega na tym, żeby przywrócić to, co było wcześniej. Tutaj pojawia się nowa jakość i nowe życie tego człowieka. O ile wiadomo, oczy kiedy nie są używane robią się małe i zapadają się (każdy narząd używany rozwija się, kiedy się go ćwiczy). Dotychczasowy niewidomy musiał się nawet zmienić z wyglądu, ludzie nie poznawali go, a on się tłumaczył: to ja jestem. Człowiek ten został obdarzony zupełnie nowym życiem: uczył się go i cieszył się nim.

Światło jest jednym z tzw. „wielkich obrazów”, która odnajdujemy w Ewangelii św. Jana. Zapowiadają one nowe życie człowieka z wody i Ducha Świętego. To życie otrzymujemy jako dar we Chrzcie św. My w większości chrzest mamy dawno za sobą, ale to nie oznacza, że dar otrzymany wtedy został w ogóle rozpakowany. Gdybyśmy rzeczywiście mieli nowe życie (nowe za każdym razem), to każdy dzień pasjonowałby nas jak odkrywanie nowego świata. Skąd więc bierze się życiowa nuda, zmęczenie materiału, wypalenie, brak radości życia? Widocznie jeszcze nie skorzystaliśmy do końca z daru, który mamy od chrztu. Żeby z niego skorzystać, to trzeba wsłuchać się w głos Pana Jezusa, który brzmi wśród naszych ciemności; idź i obmyj się w sadzawce „Posłanego”. Bohater dzisiejszej Ewangelii zapewne mieszkał w Jerozolimie. Mijał tę sadzawkę codziennie, a może i wiele razy się w niej obmywał. Tym razem zrobił to jednak w odpowiedzi na natchnienie od Chrystusa: zrób to teraz1 idź i obmyj się!

Pan Jezus przechadza się także codziennie wśród naszych doczesnych spraw. Posyła nam swoje natchnienia i zachęca czasem do najprostszych dzieł – być może próbowaliśmy ich wiele razy. Nie zapominajmy jednak, że to nie nasze wysiłki ale Boże słowo ma moc stwórczą i jeśli zdobędziemy się na gest lub działanie z natchnienia Bożego, to okaże się, że nawet proste dzieło, albo coś co do tej pory nie wychodziło, lub coś, co było zwyczajne, stanie się nadzwyczajne, pasjonujące, ożywiające i owocne. Tak będzie się działo w sprawach religijnych, ale także zwyczajnych – tych „życiowych”.

Człowiek obdarzony przez Chrystusa codzienna radością życia będzie postawiony przed sądem tego świata, podobnie jak bohater Ewangelii stanął wobec faryzeuszy. Ci oczywiście uznali go za gorszego i odrzucili precz. Świat nie lubi osób, które pokazują, że można być szczęśliwym i cieszyć się życiem będąc blisko Chrystusa, a nie płacąc przy tym wysokiej ceny światu za jego rozrywki i przyjemności. Dotychczas niewidomy, któremu Pan Jezus stworzył wzrok, kiedy został odrzucony przez świat – spotkał znów Chrystusa, uwierzył z Niego i oddał mu cześć. W Biblii często wzrok i światło symbolizują wiarę. Bóg tworząc człowieka obdarza go „zmysłem wiary”, którego nie ma żadne inne ziemskie stworzenie. Ten zmysł uzdalnia człowieka do zobaczenia oczami wiary tego, co nie jest widoczne dla oczu fizycznych. Kiedy zmysł wiary przygasa – Chrystus może przemawiać tylko przez delikatne natchnienia. Kiedy zmysł wiary jest zdrowy – można spotkać i zobaczyć (ogólnie mówiąc) doświadczyć żyjącego Chrystusa. Doświadczyć, to znaczy zrozumieć, które z dotychczasowych wydarzeń życia pochodziły od Pana i były próbą Jego kontaktu z Nami. To zrozumieć, ze Pan Jezus był tak naprawdę cały czas bliski wśród prostych spraw.

IV Niedziela Wielkiego Postu

Niewidomy od urodzenia nigdy nie cieszył się światłem, to znaczy zapewne nie rozumiał światła i umiał bez niego żyć. Pan Jezus uczynił błoto mieszając ślinę z piaskiem i położył mu to na oczy. Jest to gest stworzenia – w tym przypadku stworzony został wzrok człowieka, wzrok, którego dotąd nie było. To jest cud większy niż uzdrowienie, które polega na tym, żeby przywrócić to, co było wcześniej. Tutaj pojawia się nowa jakość i nowe życie tego człowieka. O ile wiadomo, oczy kiedy nie są używane robią się małe i zapadają się (każdy narząd używany rozwija się, kiedy się go ćwiczy). Dotychczasowy niewidomy musiał się nawet zmienić z wyglądu, ludzie nie poznawali go, a on się tłumaczył: to ja jestem. Człowiek ten został obdarzony zupełnie nowym życiem: uczył się go i cieszył się nim.

Światło jest jednym z tzw. „wielkich obrazów”, która odnajdujemy w Ewangelii św. Jana. Zapowiadają one nowe życie człowieka z wody i Ducha Świętego. To życie otrzymujemy jako dar we Chrzcie św. My w większości chrzest mamy dawno za sobą, ale to nie oznacza, że dar otrzymany wtedy został w ogóle rozpakowany. Gdybyśmy rzeczywiście mieli nowe życie (nowe za każdym razem), to każdy dzień pasjonowałby nas jak odkrywanie nowego świata. Skąd więc bierze się życiowa nuda, zmęczenie materiału, wypalenie, brak radości życia? Widocznie jeszcze nie skorzystaliśmy do końca z daru, który mamy od chrztu. Żeby z niego skorzystać, to trzeba wsłuchać się w głos Pana Jezusa, który brzmi wśród naszych ciemności; idź i obmyj się w sadzawce „Posłanego”. Bohater dzisiejszej Ewangelii zapewne mieszkał w Jerozolimie. Mijał tę sadzawkę codziennie, a może i wiele razy się w niej obmywał. Tym razem zrobił to jednak w odpowiedzi na natchnienie od Chrystusa: zrób to teraz1 idź i obmyj się!

Pan Jezus przechadza się także codziennie wśród naszych doczesnych spraw. Posyła nam swoje natchnienia i zachęca czasem do najprostszych dzieł – być może próbowaliśmy ich wiele razy. Nie zapominajmy jednak, że to nie nasze wysiłki ale Boże słowo ma moc stwórczą i jeśli zdobędziemy się na gest lub działanie z natchnienia Bożego, to okaże się, że nawet proste dzieło, albo coś co do tej pory nie wychodziło, lub coś, co było zwyczajne, stanie się nadzwyczajne, pasjonujące, ożywiające i owocne. Tak będzie się działo w sprawach religijnych, ale także zwyczajnych – tych „życiowych”.

Człowiek obdarzony przez Chrystusa codzienna radością życia będzie postawiony przed sądem tego świata, podobnie jak bohater Ewangelii stanął wobec faryzeuszy. Ci oczywiście uznali go za gorszego i odrzucili precz. Świat nie lubi osób, które pokazują, że można być szczęśliwym i cieszyć się życiem będąc blisko Chrystusa, a nie płacąc przy tym wysokiej ceny światu za jego rozrywki i przyjemności. Dotychczas niewidomy, któremu Pan Jezus stworzył wzrok, kiedy został odrzucony przez świat – spotkał znów Chrystusa, uwierzył z Niego i oddał mu cześć. W Biblii często wzrok i światło symbolizują wiarę. Bóg tworząc człowieka obdarza go „zmysłem wiary”, którego nie ma żadne inne ziemskie stworzenie. Ten zmysł uzdalnia człowieka do zobaczenia oczami wiary tego, co nie jest widoczne dla oczu fizycznych. Kiedy zmysł wiary przygasa – Chrystus może przemawiać tylko przez delikatne natchnienia. Kiedy zmysł wiary jest zdrowy – można spotkać i zobaczyć (ogólnie mówiąc) doświadczyć żyjącego Chrystusa. Doświadczyć, to znaczy zrozumieć, które z dotychczasowych wydarzeń życia pochodziły od Pana i były próbą Jego kontaktu z Nami. To zrozumieć, ze Pan Jezus był tak naprawdę cały czas bliski wśród prostych spraw.

Kochani

II Niedziela wielkiego Postu jest zazwyczaj wędrówką na Górę Przemienienia. Z takiej góry człowiek zawsze powinien wracać przemieniony, najlepiej na lepsze. Jaką lekcję przemiany dajesz nam Góro Przemienienia? Tam przed apostołami otworzyło się na chwilę niebo. Na pewno doświadczyli wtedy czegoś zachwycającego, skoro powiedzieli: „Dobrze nam tu być”. W tym, co przyjemne i piękne człowiek chce trwać jak najdłużej, nawet postawić tam namiot i zamieszkać na stałe. Zauważył to Pan Jezus gdy widział jak ludzie przywiązali się do św. Jana: „On był lampą, co płonie i świeci, a wy chcieliście się radować jego światłem”. Nasze życie jest jak ziemia święta. Jest tam Góra Przemienienia, która symbolizuje przeżycia dobre i błogie, szczęśliwe dzieciństwo, radosną młodość, miesiąc miodowy, pociechę z dzieci lub wnuków, życiowe sukcesy, świętowanie, itp. Ale w naszym życiu nie brakuje też Góry Golgoty, która symbolizuje to, co trudne, smutne, bolesne, nasze krzyże i cierpienia. Na Górze Przemienienia chcielibyśmy zamieszkać na stałe, jak apostołowie. Z Góry Golgoty uciekamy jak najdalej – jak apostołowie. Pan Jezus, który raz po raz pozwala nam cieszyć się naszymi „Górami Przemienienia” czyni to, żeby nas umocnić, ale zaraz zachęca: „wstańcie, chodźmy, teraz przed nami Golgota”. Trudno nam przyjąć tę dzisiejszą lekcję, że normalne jest, że przychodzi czas przemienienia i czas Golgoty. Ten, który cały czas tkwi na Golgocie jest zbyt wymagający, a ten co chciałby cały czas trwać na Górze Przemienienia jest naiwny.

         Kiedy patrzymy na współczesnych ludzi, którzy lekko podchodzą do wymagań życia, osądzamy ich krytycznie. Tymczasem współczesnego człowieka stać na wiele: potrafi trudzić się, potrafi wstawać przed świtem, potrafi dźwigać ciężary i pościć, potrafi wytrwać na długim nabożeństwie i zaangażować się czynnie w dzieła, a nawet sprawować kult. Tylko, że wszystko to robi pod jednym warunkiem: musi mieć na to nastrój, ochotę, chęć, nastawienie, to nie może go kosztować emocjonalnie. To właśnie jest problem współczesnego pokolenia, że potrafi zrobić wiele, ale tylko jeśli odnajduje w tym siebie, jeśli dobrze mu w tym trwać, jeśli jest to jego lub jej Góra Przemieniania. W ten sposób praktykuje się religię naturalną, która ma różne postacie: od płytkiego katolicyzmu, przez emocjonalny protestantyzm, aż po religie Wschodu, ogólnie wszędzie tam, gdzie potrzeba działania wypływa ze mnie i jest zgodna z moim stanem emocjonalnym. Pan Jezus proponuje wiarę prawdziwą, inną: proponuje myślenie o Golgocie wtedy, kiedy chcemy tkwić na przyjemnej Górze Przemieniania. Z drugiej strony proponuje świętowanie radości Zmartwychwstania, choć może wtedy akurat nastrój nasz jest bardziej grobowy. Prawdziwa religia oczekuje umartwienia emocji, oczekuje przemienienia życia w poważne, kiedy zachodzi zewnętrzna potrzeba i w radosne święto, tez kiedy zachodzi zewnętrzna okazja, a nie wtedy kiedy ja akurat mam nastrój. Co więcej człowiek ma możliwość, jest zdolny do tego żeby podporządkować swoje przeżycia temu, na co wskazuje Chrystus. To jest prawdziwe przemienienie człowieka: z człowieka zapatrzonego w samego siebie w człowieka wpatrzonego w obraz Chrystusa, który dziś jaśnieje, jutro będzie pokryty krwią, ale znów zajaśnieje życiem.

Apostołowie początkowo nie rozumieli przesłania Góry Tabor, ani tego, dlaczego trzeba im było wyjść ze strefy komfortu. Zrozumieli to po zmartwychwstaniu Chrystusa. Niech Chrystus powstanie z martwych w nas, abyśmy zrozumieli potrzebę zarówno Góry Tabor jak i Golgoty.

 

Strona 6 z 89

logo

caritas

Liturgia na dziś

Copyright © 2026 Parafia Św. Józefa w Sandomierzu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.
DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd