XXVI Niedziela Zwykła

         Dzisiejsza Ewangelia to przypowieść o dwóch braciach. W czasach Pana Jezusa rodzice cieszyli się wielkim autorytetem i posłuszeństwem od dzieci. Wyrażało się to nawet w zwrotach. Oficjalnie przy ludziach syn zwracał się do ojca: „Panie” a do matki „Niewiasto”, natomiast rodzice mówili: „synu”, „córko”. Ale między dziećmi i rodzicami panuje przede wszystkim miłość, więc w zaciszu domostwa dzieci mówiły Abba, czyli Tato, a rodzice mówili: moje dziecko. Ta dzisiejsza prośba wyrażona przez Ojca nie jest oficjalnym, publicznym poleceniem rodzica. Ona pochodzi z dialogi domowego, z języka miłości: „dziecko, idź do winnicy”. Starszy syn jednak zachowuje zimny dystans: „idę Panie”. To od razu świadczy, że nie chce wyświadczyć ojcu dobrego uczynku z miłości, co najwyżej wypełnić oficjalny rozkaz ojca: zachować zewnętrzną poprawność, ale nic poza tym. Jest taka anegdota, w której w czasie górskiej wycieczki turysta pośliznął się nad przepaścią. I kiedy tak balansował tracąc równowagę zawołał: Boże jeśli mnie uratujesz, to codziennie będę w kościele! Noga się jednak zsunęła i spadł, ale nie daleko. Okazało się, że nie widział, że tuż pod skarpą przebiega górska droga na której akurat stał wóz z sianem. Kiedy miękko wylądował na sianie otrzepał się i patrząc w górę powiedział: Nie bierz tego na poważnie Panie Boże, w strachu człowiek nie myśli co mówi. Anegdota może i śmieszna, a może i smutna, bo obnaża naszą skłonność do składania pustych obietnic.

Żyjemy w czasach, w których chcemy wszystko ważyć i mierzyć, zatraciliśmy wiarę w to, co niewidzialne. Słowa ludzkie znaczą więc tyle, co wydychane powietrze, znaczą dla nas tyle, ile ważą. Nie jest to jakieś bicie na trwogę: znajomi pracownicy sądu mówili mi, że coraz częściej zdarzają się sprawy rozwodowe małżeństw, w których do zdrady doszło w pierwszym tygodniu po ślubie, a niechlubni „rekordziści” zdradzili się podczas ich wesela. Pamiętam inną sytuację z bierzmowania, kiedy tuż przed terminem udzielana sakramentu zgłosił się uczeń z pierwszej klasy liceum i bardzo usilnie prosił o przyjęcie go do grupy. Ponieważ sakrament był tuż tuż, obiecał, nawet przysiągł wobec krzyża, że jest poważnym człowiekiem i nadrobi wszystko, co trzeba z pytań praktyk i choć dotąd nie chodził do kościoła za często to jednak teraz mówił: „będzie mnie ksiądz widział co niedziela, przysięgam”. Dodałem go do internetowej grupy, na której pisałem ogłoszenia dla młodzieży. Po Mszy św., na której ks. biskup udzielił sakramentu wróciłem do siebie, wszedłem na Internet i chciałem napisać na grupie, że wszystkim dziękuję za współpracę i cieszę się, ze przyjęli sakrament. Zastałem tam jednak informację, że ów uczeń obiecujący niedawno gorliwość opuścił grupę 5 minut po Mszy św. Jakbym słyszał głos starszego brata z Ewangelii: „pójdę, przyjdę, zrobię...”, lecz nie poszedł i tyle go widzieliśmy.

Młodszy brat powiedział Ojcu: „nie chcę”, ale potem opamiętał się i poszedł. Tam nie ma słowa „nawrócił się”, tylko jest słowo mocniejsze: opamiętał się, to znaczy coś nim wstrząsnęło. Zapewne zrozumiał, jak mógł poczuć się Ojciec, kiedy on tak szorstko odpowiedział na miłosne wezwanie. Tu przypomina mi się inny przykład. Było to w czasach, kiedy ludzie bardzo szanowali ważne wydarzenia religijne. Kiedy parafii były misje, to szli wszyscy, nawet ci co się nie narzucali Panu Bogu. I przyszedł na naukę misyjna lokalny pijaczek, któremu alkohol już zabrał zdrowie i był głuchy. Misje dotyczyły trzeźwości i misjonarz zawołał z ambony, żeby każdy kto chce teraz przyrzec Panu Bogu, że nie tknie alkoholu cały wielki post, żeby podniósł prawą rękę i tu i teraz Bogu obiecał. Podnosiło wielu, podniósł i pijaczek, który nie słyszał o co chodzi. Dopiero po nauce powiedzieli mu głośno, że właśnie złożył przyrzecznie abstynencji na cały post. Wtedy ten pijaczek przeraził się śmiertelnie. Pobiegł pod zakrystię i złapał jeszcze wychodzącego misjonarza i prosił, żeby go zwolnił z tej przysięgi, bo on w życiu by się tak nie zobowiązał. Misjonarz rozmawiał z nim długo, uśmiechnął się, zrobił znak krzyża i mówił; bracie zwalniam cię z obietnicy. Ten odczuł wielka ulgę, ale tego wieczoru nie widzieli go już w knajpie. Nie wiem czy coś się zmieniło w jego życiu, ale przynajmniej wykazał się pokorą i szczerością. Zupełnie jak młodszy brat z Ewangelii.

Pytał kiedyś księdza na katechezie jeden z uczniów z podstawówki: „Proszę księdza, czy jak po całym tygodniu nauki i wstawanie do szkoły nie chce mi się wstać w niedzielę do kościoła to czy mam grzech?” Ksiądz mu odpowiedział: „nie masz grzechu jeśli ci się nie chce, bo wiedz, że mi też prawie co niedziela nie chce się wstawać do kościoła”. Uczeń spytał: „jak to, przecież ksiądz wstaje”. No właśnie, grzechem nie jest to, że się nie chce. Grzechem jest to, że się nie wstanie i nie pójdzie. Czy każdej mamie zawsze chciało się wstawać rano, żeby zrobić dzieciom jeść? Może się wiele razy nie chciało, ale zawsze wstawała i na tym polega wielkość i wolność człowieka. Nie jestem niewolnikiem własnego „nie chce się”. Toż i Pan Jezus w ogrójcu wcale nie wołał: oj jak chętnie pójdę na krzyż! Lecz wołał pocąc się krwią: nie chce tego kielicha, ale nie moja, ale Twoja wola niech się stanie. Celnicy, grzesznicy i nierządnice wchodzą przed wami do nieba – powiedział Pan Jezus do faryzeuszy. Wchodzą tam nie za swoje grzechy, ale za opamiętanie w porę i wejście do Bożej winnicy drogą sprawiedliwości.

logo

caritas

Liturgia na dziś

Copyright © 2026 Parafia Św. Józefa w Sandomierzu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.
DMC Firewall is a Joomla Security extension!