Kilka myśli na niedzielę
Wielki Czwartek
Zazwyczaj Słowo Boże skupia się na jednym temacie i omawia jedną, wybraną tajemnicę wiary. Tak jest i dzisiaj o wieczornej godzinie, kiedy zbieramy się z Chrystusem do spożycia wyjątkowej wieczerzy – jedynej takiej w ciągu roku. Izraelici spożywali ją na pamiątkę Paschy- czyli wyjścia z niewoli egipskiej. Nie wiedzieli, że ich wielowiekowa tradycja nie jest pamiątką, ale zapowiedzią prawdziwego wyzwolenia z niewoli grzechu i śmierci. Pascha nie była jednym ze świąt – była ośrodkiem całego roku i świętem, które streszczało wszystkie święta. Co musiało się wydarzyć, jeśli chrześcijanie zamienili ją na Mszę Świętą? Chrześcijanami stawali się najpierw pobożni i bogobojni Izraelici: apostołowie i ich uczniowie. Głęboko wierzący człowiek nie wyrzeka się wszystkiego w co dotąd wierzył i nie zamienia na nowe ot tak. Męka, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa musiała tak przemienić ich życie, że wszystko w co dotąd wierzyli oni i ich szanowani ojcowie przestało być ważne. Odtąd nie ma już szabatu a zastąpiła go niedziela. Nie ma już tradycyjnej wieczerzy paschalnej a zastąpiła ją Msza Święta. Jak wielkiego cudu musieli doświadczyć pobożni Izraelici tamtego dnia, że nic już odtąd nie było tak samo – wszystko stało się nowe.
Pisze o tym św. Jan, a jego słowa czytamy w Ewangelii. Na pierwszy rzut oka możemy się zdziwić, że nie wybrzmiewa opis tego, jak Jezus wziął chleb, podał go uczniom mówiąc: „bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje”. Nie ma też kielicha nowego przymierza, który Jezus podał uczniom mówiąc: „bierzcie i pijcie, to jest kielich krwi mojej”. Św. Jan jest teologiem. Teolog patrzy na to co widoczne dla oczu, ale widzi to, co ukryte i niewidzialne. Słucha dźwięków, ale słyszy ich duchowe znaczenie. Św. Jan pokazuje nam co dzieje się naprawdę, kiedy Pan Jezus podaje chleb i kielich i wypowiada słowa, które kapłan powtarza podczas Mszy św. św. Jan odkrywa tajemnicę tej chwili. Pan Jezus zdejmuje swoje szaty – staje się ogołocony ze wszystkiego, jak będzie to już niedługo na Golgocie. Przede wszystkim jednak składa swoje człowieczeństwo, w które był przybrany. Składa swoje ciało na ofiarę. Bóg przygotowuje swoim dzieciom ucztę paschalną, ale to Pan Jezus staje się Sługą, który ją podaje. Pan Jezus klęka przed człowiekiem (św. Piotr reprezentuje tu wszystkich nas) i zaprasza do obmycia się już nie w wodzie, ale w Jego krwi. To obmycie staje się przepustką do udziału w uczcie dzieci Bożych. Człowiek po ludzku opiera się na myśl o tym, co robi dla niego Bóg. Czy takie poświęcenie w ogóle jest możliwe? A Pan Jezus spokojnie uniża się i wykonuje posługę miłości u stóp swojego stworzenia. To wszystko dzieje się, gdy nasze oczy będą za chwilę patrzeć na biały chleb i połyskujący kielich. Pan Jezus nie tylko sam daje przykład krańcowej miłości, ale chce, żebyśmy ten przykład podjęli i naśladowali.
Współcześnie można zapewne usłyszeć głosy, że lepiej jest świadczyć miłość uczynkami, pomagać bliźnim wspierać potrzebujących, itp. niż spędzać czas w kościelnej ławce. Tymczasem to obecność na Mszy św. jest źródłem czynnej miłości bliźniego, która jest gotowa w każdym czasie i miejscu. Inaczej człowieka stać będzie na jakieś namiastki miłości, w zależności od nastroju, samopoczucia, chwilowej potrzeby. To też jest dobre, ale potrzeba miłości rzadko kiedy pokrywa się czasowo z nastrojem na jej świadczenie. Eucharystia jest zawsze o pewnej godzinie. Człowiek przerywa swoje zajęcia i idzie na wezwanie dzwonu i serca. Uczy się w ten sposób, że potrzeba miłości może uderzyć w dzwon w każdej chwili i wtedy składam swoje sprawy jak Jezus swoje szaty i potrafię klęknąć przed bliźnim w potrzebie.
Wielki Piątek
Męka Pana Jezusa według św. Jana, jeszcze odczytywana z podziałem na role, jest bardzo dramatyczna. Szczególnie brzmią w niej rozmowy Pana Jezusa z Piłatem. Piłat jest przedstawicielem świata pogańskiego. Poganie byli zazwyczaj bardzo zabobonni. Ich mitologie pełne były opowieści o synach bożych. Poganie podchodzą do religii bardzo naturalnie: człowiek nie musi być święty, nie musi kochać Boga ani bliźniego. Ważne są tylko gesty: odpowiednio świętować, żeby nie narazić się na gniew bóstwa. Składać należne ofiary, żeby nie napytać sobie problemów. Składać ofiary błagalne, kiedy się chce coś od bóstwa „kupić” czyli wyprosić łaskę. Poganin będzie patrzył na świat z góry, będzie pogardliwie pytał „cóż to jest prawda?”, będzie umywał ręce w geście lekceważenia, będzie robił na złość i udowadniał swoje racje, ale nie narazi się bóstwu, żeby nic nie stracić. Będzie ostrożny i wyrachowany.
Współczesny człowiek tak bardzo przypomina Piłata. My tu w kolebce cywilizacji chrześcijańskiej żyjemy w świecie post-chrześcijańskim lub inaczej neo-pogańskim. Naszymi idolami (bożkami) nie są jednak siły natury ani mityczni herosi. Dzisiaj w naszej części świata czcimy samych siebie, a raczej swój wyidealizowany obraz, który tworzymy wokół siebie. Kreujemy swoje idealne „ja” szczególnie w Internecie, wybierając zdjęcia na których wyszliśmy dobrze, opisując sukcesy a przemilczając porażki. Potrafimy wspinać się na wyżyny wysiłku i ascezy pod warunkiem, że mamy nastrój i ochotę a nie stać nas na proste gesty kiedy potrzeba miłości lub wyrzeczenia puka nie w porę. Arcykapłani przyprowadzili Pana Jezusa do Piłata nie w porę. Nie był on w nastroju do zajmowania się sprawami poddanego narodu. Te rzecz przyprawiały go o lekceważący „ból głowy”. Obecność umęczonego Pana Jezusa wytrącała Piłata z jego rzymskiego, pełnego wyższości stoickiego spokoju, przeszkadzała mu w medytacji i skupieniu na sobie, wymagała decyzji i zajęcia stanowiska. Pan Jezus był bezpieczny, dopóki nie przeszkadzał. Został skazany na tak okropna i ciężką śmierć tak lekko i łatwo kiedy zaczął przeszkadzać. Nie chodzi tu o przeszkadzanie w zajęciach – to mogła być nawet rozrywka na nudnej prowincji – ale o zakłócanie własnego wypielęgnowanego przekonania o sobie – własnego obrazu, który Piłat prezentował innym. Kreował się na lepszego od Faryzeuszów, bardziej cywilizowanego od kraju, gdzie mieszkał, mocniejszego od przeciwników. Tymczasem związany, pobity i ukoronowany cierniami Więzień odarł Piłata z pozorów. Pokazał mu jaki jest małostkowy, strachliwy, zmienny jak chorągiewka. Pokazał piłatowi jakim jest oportunistą, jakim karierowiczem i jak bardzo zależy mu na opinii innych. Pokazał prawdę, która nie spodobała się Piłatowi a da się ją streścić w jednym zdaniu: rzymski prokurator, czysty, wykształcony i cywilizowany wypada blado i marnie wobec ubogiego więźnia, oplutego, pobitego, pogardzanego i zdanego na jego osąd i łaskę. Tego żaden Piłat – ani tamten, ani współczesny nie może znieść. Oto najmniejszy z religijnych ludzi bije na głowę wielkością ducha najbardziej bogatych, wykształconych i obeznanych w świecie obywateli wielkich miast.
Piłat spotyka Jezusa do dzisiaj w rożnych osobach i sytuacjach. Kiedyś dziennikarz z medialnego giganta zapytał starszej już mamy bł. ks. Popiełuszki o to, jak to jest być matką świętego i czy można coś „załatwić” dla siebie z nieba przez wstawiennictwo syna. Na to skromna kobieta powiedziała: „przecież może pan sam sprawdzić – nie próbował pan?” Umęczony Zbawca staje zawsze za świątobliwą pokorą.
Wigilia Paschalna
Znamy w przyrodzie takie zjawisko jak efekt motyla. Polega ono na tym, że gdzieś na świecie mały motylek delikatnie poruszy skrzydełkami. Ten ruch leciutko, prawie niezauważalnie wprawi w ruch cząstki powietrza. Te poruszone poruszą następne, może coraz więcej, bo przecież powietrze wciąż się porusza i wystarczy małe zamieszanie, by ten ruch przyśpieszył. W ten oto sposób gdzieś daleko może powstać wiatr, a jeszcze dalej burza lub huragan, który zmiecie miasto z powierzchni ziemi. Św. Mateusz opisuje Zmartwychwstanie Pana Jezusa w podobny sposób. Oto ma miejsce niesamowite zjawisko: Anioł Pański zstępuje z nieba na ziemię, a kiedy jego stopy dotykają gruntu – ziemia się zatrzęsła. Jego postać jaśnieje jak błyskawica a szaty są białe jak światło. Na jego widok strażnicy grobu padają jak martwi. Anioł w hukiem odwala kamień od grobu, ale nie po to, żeby wypuścić Chrystusa, żeby on mógł tryumfalnie wyjść. Jego tam już nie ma! Grób jest pusty! Pan Jezus zmartwychwstał cicho i delikatnie jak szept modlitwy, jak tchnienie Ducha – delikatnie jak skrzydło motyla. Ale od tego subtelnego powiewu życia nad doliną śmierci, rozwinęło się coś nowego i wspaniałego. Dobra nowina rozchodzi się delikatnie – uderza w struny serc niewiast i uczniów i grana nich piękną muzykę. Za chwilę nowina ta rozejdzie się po świecie, zrzuci z konia Szawła pod Damaszkiem, pokona imperium rzymskie, poruszy świat, a z ziemi poruszy niebiosa i potężnych aniołów i zabrzmi echem ich trąb w dzień Apokalipsy. Ta dobra nowina o zwycięstwie życia nad śmiercią, światłości nad ciemnością, wody żywej nad pustynią, przewierci ziemię aż do piekieł i wystrzeli przebijając niebiosa. A kiedy moce ziemi, otchłani i niebios zostaną wstrząśnięte, wyjdzie z nich człowiek drobnej postury – nie atleta ale cieśla. Młody, niemal delikatny, stanowczy ale czuły, o serdecznej twarzy i dobrych oczach, od których nie można oderwać wzroku. Ale od Jego wzroku ucieknie wszystko co było złe na całym świecie. Delikatne dotknięcie dłoni jeszcze niedawno przebitej gwoździem, rozkruszy każda skałę i każdy mur. Takie jest zmartwychwstanie. To nie jest tylko powstanie z martwych i powrót do żywych, którzy i tak kiedyś umrą. Jest to powstanie i wyjście ze wszystkiego co umiera i przemija, to powstanie ze wszystkiego, co doczesne i skończone. Zmartwychwstanie jest wywyższeniem ponad świat materialny, jak często przedstawia się symbolicznie na obrazach. Pan Jezus nie unosi się w powietrzu, ale jest już ponad wszystkim, co umiera i przemija. A skoro jest powyżej, to znaczy, że sądzi wszystko. Jest to sąd, od którego uzbrojeni wrogowie padają na twarze jak martwi, a pokorni wyznawcy słyszą kojące słowa: „nie bójcie się!”
W ówczesnych realiach kobietom ciągle powtarzano: musisz się bać! Tak było w relacjach rodzinnych, tak było w społeczeństwie i także cesarstwie rzymskim, które rządziło strachem. Lęk i strach pozostały narzędziami władzy także i współcześnie. Lęk i strach stał się walutą całego świata bardziej niż dolar czy euro. Za lęk i strach sprzedaje się i kupuje całe kraje. Nim wywołuje się wojny i nim zmusza do posłuszeństwa. Zmartwychwstały Pan Jezus – Zwycięzca śmierci – ma pierwsze przesłanie do swoich wiernych: „Nie bójcie się”. Od tych słów zaczęło się spotkanie przy zwiastowaniu i te słowa wybrzmiały nocą nad polem pasterzy pod Betlejem. Te słowa powiedział Pan idąc po jeziorze. Te słowa mówił do tych, którzy prosili o uzdrowienie dla bliskich. One są najwyraźniej znakiem rozpoznawczym Bożego Królestwa. Są Jego godłem i hymnem. Nakaz głoszenia o zmartwychwstaniu nigdy nie został odwołany. Powinniśmy go powtarzać często: „nie bójmy się!” „nie bójcie się”. Miejcie odwagę – mówi Pan – jam zwyciężył świat.
Niedziela Palmowa
Pan Jezus przybywa od Góry Oliwnej do Jerozolimy i można powiedzieć – zarekwirował na jakiś czas osiołka, na którym miał wjechać. Jest to gest symboliczny, ponieważ tylko królom przysługiwało prawo zabierania zwierząt poddanych na swoje potrzeby. Chrystus, choć jest potomkiem Dawida i należy do rodziny królewskiej nie jest królem, który zabiera poddanym co najlepsze. Jest królem, który pożycza osiołka, ale oddaje swoje życie za poddanych. Filozof Seneka, który był wychowawcą cesarza Nerona wstydził się za swojego wychowanka. Napisał wtedy, że nie każdy kto nosi koronę zasługuje na miano króla. Królem jest ten, kto zabiega o dobro poddanych. Kto troszczy się tylko o swoje własne zasługuje na miano tyrana. Są na świecie tytuły, które można odgórnie nadać: dziś są to dyrektorzy, laureaci, a dawniej byli to książęta i królowie. Są na świecie nagrody tytuły, które można sobie wypracować. Jak awans czy nagrodę za punktualne przychodzenie do pracy, albo premię. Ale są też tytuły, na które trzeba zasłużyć i one przychodzą z zewnątrz. Nie da się ich naprawdę kupić ani wypracować przez określone działanie. Chodzi o tytuł mistrza, bohatera, nauczyciela, świętego, szlachetnego, przyjaciela, zbawcy, prawdziwego ojca czy matki. Jeśli ktoś pracuje na miano, które można zdobyć pracą, np. punktualny, rzetelny, uczciwy, cichy, pokorny, pomocny, to tym lepiej dla takiego człowieka. Źle się jednak dzieje jeśli ktoś używa różnych środków, by samodzielnie uzyskać tytuły, które mogą nadać dopiero inni. Wspomniany już Neron jako beztalencie lubował się w tym, kiedy nazywali go artystą i poetą, a pochlebcy robili to dlatego, że miał władzę nad ich losem. Pierwszym sekretarzom, którzy opływali w luksusy i nie ruszali się zza biurka nadawano tytuły bohaterów rewolucji, dyktatorzy z lubością przyjmują tytuły generałów i marszałków choć nigdy nie wąchali prochu. Herod an typas, który był tetrarchą, a tytuł ten znaczy tyle, co „władca czwartej części” lub „władca ćwiartki” lubił, jak tytułowano go królem. Bogaci Faryzeusze lubili jak się ich tytułowało nauczycielami, bo uczyli życia biednych, a wiemy jak inaczej może wyglądać życie bogacza i biedaka i to raczej ten drugi doświadcza go bardziej. Gdzieś tam daleko w Rzymie cesarz Tyberiusz lubił być nazywany „boskim”, choć już wtedy choroby trawiły jego ciało.
Pan Jezus, kiedy wjeżdża do świętego miasta pokornie na grzbiecie osła zostaje okrzyknięty Synem Dawida czyli prawowitym królem. Władcy z dynastii Herodów nie byli nawet Żydami, tylko potomek Dawida mógł pełnoprawnie zasiadać na tronie. Nazwanie kogoś w ten sposób świadczyło o tym, że w oczach ludzi to właśnie Pan Jezus – Syn Dawida – był prawowitym władcą. Ludzie wołali też „Hosanna” co oznacza mniej więcej: „wybaw nas”, „zbaw nas Panie”, a więc mieli Pana Jezusa za Zbawiciela. Nazwali Go też Błogosławionym, bo przyszedł w imię Boże.
Jak wyraźny jest kontrast między tymi wszystkimi ludźmi, którzy w tamtym czasie, ale też w ciągu całej historii zabiegają o tytuły i nazwy, które miałyby świadczyć o ich sukcesach czy wielkości i jak bardzo małymi okazują się naprawdę. Królestwo Boże jest w tej mierze spontaniczne: pojawia się niespodziewanie i niczego nie wymusza. Jego świadkiem jest sama prawda, pokora jest płaszczem, którym się okrywa, jego cichość jest największym głosem a skromność największą potęgą. Ludzie o czystych sercach są jego poddanymi a porażka w oczach tego świata jest największym zwycięstwem.
IV Niedziela Wielkiego Postu
Niewidomy od urodzenia nigdy nie cieszył się światłem, to znaczy zapewne nie rozumiał światła i umiał bez niego żyć. Pan Jezus uczynił błoto mieszając ślinę z piaskiem i położył mu to na oczy. Jest to gest stworzenia – w tym przypadku stworzony został wzrok człowieka, wzrok, którego dotąd nie było. To jest cud większy niż uzdrowienie, które polega na tym, żeby przywrócić to, co było wcześniej. Tutaj pojawia się nowa jakość i nowe życie tego człowieka. O ile wiadomo, oczy kiedy nie są używane robią się małe i zapadają się (każdy narząd używany rozwija się, kiedy się go ćwiczy). Dotychczasowy niewidomy musiał się nawet zmienić z wyglądu, ludzie nie poznawali go, a on się tłumaczył: to ja jestem. Człowiek ten został obdarzony zupełnie nowym życiem: uczył się go i cieszył się nim.
Światło jest jednym z tzw. „wielkich obrazów”, która odnajdujemy w Ewangelii św. Jana. Zapowiadają one nowe życie człowieka z wody i Ducha Świętego. To życie otrzymujemy jako dar we Chrzcie św. My w większości chrzest mamy dawno za sobą, ale to nie oznacza, że dar otrzymany wtedy został w ogóle rozpakowany. Gdybyśmy rzeczywiście mieli nowe życie (nowe za każdym razem), to każdy dzień pasjonowałby nas jak odkrywanie nowego świata. Skąd więc bierze się życiowa nuda, zmęczenie materiału, wypalenie, brak radości życia? Widocznie jeszcze nie skorzystaliśmy do końca z daru, który mamy od chrztu. Żeby z niego skorzystać, to trzeba wsłuchać się w głos Pana Jezusa, który brzmi wśród naszych ciemności; idź i obmyj się w sadzawce „Posłanego”. Bohater dzisiejszej Ewangelii zapewne mieszkał w Jerozolimie. Mijał tę sadzawkę codziennie, a może i wiele razy się w niej obmywał. Tym razem zrobił to jednak w odpowiedzi na natchnienie od Chrystusa: zrób to teraz1 idź i obmyj się!
Pan Jezus przechadza się także codziennie wśród naszych doczesnych spraw. Posyła nam swoje natchnienia i zachęca czasem do najprostszych dzieł – być może próbowaliśmy ich wiele razy. Nie zapominajmy jednak, że to nie nasze wysiłki ale Boże słowo ma moc stwórczą i jeśli zdobędziemy się na gest lub działanie z natchnienia Bożego, to okaże się, że nawet proste dzieło, albo coś co do tej pory nie wychodziło, lub coś, co było zwyczajne, stanie się nadzwyczajne, pasjonujące, ożywiające i owocne. Tak będzie się działo w sprawach religijnych, ale także zwyczajnych – tych „życiowych”.
Człowiek obdarzony przez Chrystusa codzienna radością życia będzie postawiony przed sądem tego świata, podobnie jak bohater Ewangelii stanął wobec faryzeuszy. Ci oczywiście uznali go za gorszego i odrzucili precz. Świat nie lubi osób, które pokazują, że można być szczęśliwym i cieszyć się życiem będąc blisko Chrystusa, a nie płacąc przy tym wysokiej ceny światu za jego rozrywki i przyjemności. Dotychczas niewidomy, któremu Pan Jezus stworzył wzrok, kiedy został odrzucony przez świat – spotkał znów Chrystusa, uwierzył z Niego i oddał mu cześć. W Biblii często wzrok i światło symbolizują wiarę. Bóg tworząc człowieka obdarza go „zmysłem wiary”, którego nie ma żadne inne ziemskie stworzenie. Ten zmysł uzdalnia człowieka do zobaczenia oczami wiary tego, co nie jest widoczne dla oczu fizycznych. Kiedy zmysł wiary przygasa – Chrystus może przemawiać tylko przez delikatne natchnienia. Kiedy zmysł wiary jest zdrowy – można spotkać i zobaczyć (ogólnie mówiąc) doświadczyć żyjącego Chrystusa. Doświadczyć, to znaczy zrozumieć, które z dotychczasowych wydarzeń życia pochodziły od Pana i były próbą Jego kontaktu z Nami. To zrozumieć, ze Pan Jezus był tak naprawdę cały czas bliski wśród prostych spraw.
IV Niedziela Wielkiego Postu
Niewidomy od urodzenia nigdy nie cieszył się światłem, to znaczy zapewne nie rozumiał światła i umiał bez niego żyć. Pan Jezus uczynił błoto mieszając ślinę z piaskiem i położył mu to na oczy. Jest to gest stworzenia – w tym przypadku stworzony został wzrok człowieka, wzrok, którego dotąd nie było. To jest cud większy niż uzdrowienie, które polega na tym, żeby przywrócić to, co było wcześniej. Tutaj pojawia się nowa jakość i nowe życie tego człowieka. O ile wiadomo, oczy kiedy nie są używane robią się małe i zapadają się (każdy narząd używany rozwija się, kiedy się go ćwiczy). Dotychczasowy niewidomy musiał się nawet zmienić z wyglądu, ludzie nie poznawali go, a on się tłumaczył: to ja jestem. Człowiek ten został obdarzony zupełnie nowym życiem: uczył się go i cieszył się nim.
Światło jest jednym z tzw. „wielkich obrazów”, która odnajdujemy w Ewangelii św. Jana. Zapowiadają one nowe życie człowieka z wody i Ducha Świętego. To życie otrzymujemy jako dar we Chrzcie św. My w większości chrzest mamy dawno za sobą, ale to nie oznacza, że dar otrzymany wtedy został w ogóle rozpakowany. Gdybyśmy rzeczywiście mieli nowe życie (nowe za każdym razem), to każdy dzień pasjonowałby nas jak odkrywanie nowego świata. Skąd więc bierze się życiowa nuda, zmęczenie materiału, wypalenie, brak radości życia? Widocznie jeszcze nie skorzystaliśmy do końca z daru, który mamy od chrztu. Żeby z niego skorzystać, to trzeba wsłuchać się w głos Pana Jezusa, który brzmi wśród naszych ciemności; idź i obmyj się w sadzawce „Posłanego”. Bohater dzisiejszej Ewangelii zapewne mieszkał w Jerozolimie. Mijał tę sadzawkę codziennie, a może i wiele razy się w niej obmywał. Tym razem zrobił to jednak w odpowiedzi na natchnienie od Chrystusa: zrób to teraz1 idź i obmyj się!
Pan Jezus przechadza się także codziennie wśród naszych doczesnych spraw. Posyła nam swoje natchnienia i zachęca czasem do najprostszych dzieł – być może próbowaliśmy ich wiele razy. Nie zapominajmy jednak, że to nie nasze wysiłki ale Boże słowo ma moc stwórczą i jeśli zdobędziemy się na gest lub działanie z natchnienia Bożego, to okaże się, że nawet proste dzieło, albo coś co do tej pory nie wychodziło, lub coś, co było zwyczajne, stanie się nadzwyczajne, pasjonujące, ożywiające i owocne. Tak będzie się działo w sprawach religijnych, ale także zwyczajnych – tych „życiowych”.
Człowiek obdarzony przez Chrystusa codzienna radością życia będzie postawiony przed sądem tego świata, podobnie jak bohater Ewangelii stanął wobec faryzeuszy. Ci oczywiście uznali go za gorszego i odrzucili precz. Świat nie lubi osób, które pokazują, że można być szczęśliwym i cieszyć się życiem będąc blisko Chrystusa, a nie płacąc przy tym wysokiej ceny światu za jego rozrywki i przyjemności. Dotychczas niewidomy, któremu Pan Jezus stworzył wzrok, kiedy został odrzucony przez świat – spotkał znów Chrystusa, uwierzył z Niego i oddał mu cześć. W Biblii często wzrok i światło symbolizują wiarę. Bóg tworząc człowieka obdarza go „zmysłem wiary”, którego nie ma żadne inne ziemskie stworzenie. Ten zmysł uzdalnia człowieka do zobaczenia oczami wiary tego, co nie jest widoczne dla oczu fizycznych. Kiedy zmysł wiary przygasa – Chrystus może przemawiać tylko przez delikatne natchnienia. Kiedy zmysł wiary jest zdrowy – można spotkać i zobaczyć (ogólnie mówiąc) doświadczyć żyjącego Chrystusa. Doświadczyć, to znaczy zrozumieć, które z dotychczasowych wydarzeń życia pochodziły od Pana i były próbą Jego kontaktu z Nami. To zrozumieć, ze Pan Jezus był tak naprawdę cały czas bliski wśród prostych spraw.
V Niedziela Wielkiego Postu
Marta i Maria posłały do Pana Jezusa wiadomość: choruje ten, który jest Ci bliski. Człowieka najlepiej wzruszyć i zmobilizować do działania, jeśli się zagra na jego własnych uczuciach i emocjach. Ale Pan Jezus nie raz już pokazał, że dla Niego sprawy Bożego Królestwa są ważniejsze nawet niż najbardziej czułe struny jego własnej duszy. Wiele zła dzieje się na świecie, a wiele dzieł Bożego Królestwa zostaje odsuniętych tylko dlatego, że w naszym postępowaniu biorę górę emocje: nie chcemy żeby nam było przykro, unikamy smutku bardziej niż grzechu. Zły duch o tym wie i bardzo często manipuluje naszymi emocjami a my wybieramy przyjemność nad dobroć, własny spokój nad chwałę Bożą, i przegrywamy tym.
Pan Jezus pocieszał Martę: brat twój zmartwychwstanie. Marta jako wierząca uznawała tę prawdę i wyrecytowała formułkę rodem z codziennego pacierza: tak, zmartwychwstanie kiedyś tam, przy zmartwychwstaniu umarłych. My choć wierzymy w te same prawdy, to jednak one są jakieś dalekie, odległe. Wszystko spełni się w czasie końca świata – pewnie tego nie doczekamy, a z pełnią życia i zwycięstwem nad złem i śmiercią można spotkać się tylko w niebie, jednak niebo jest dalekie. Niebo wysoko, koniec świata daleko, to i wiara zdaje się być daleka. A Pan Jezus przypomina, że zwycięstwo nad śmiercią i pokonanie zła jest tam, gdzie On – jeśli jesteśmy blisko Niego, to i prawdy wiary mogą stać się naszą cie dziennością: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem – mówi Pan. Człowiek jest w stanie być blisko Jezusa – a wtedy jest blisko nieba, blisko zmartwychwstania i blisko wiecznego życia.
Pan Jezus powiedział: jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą. Po czym kazał usunąć kamień od grobu, aby wszyscy mogli tam zajrzeć. Człowiek może oczekiwać, że zobaczy choć odrobinę Bożej Chwały w różnym czasie i różnych miejscach: w jednych bardziej w innych mniej. Ale sądzę, że otwarty grób pełen zepsucia jest chyba ostatnim miejscem, gdzie człowiek może zobaczyć Bożą chwałę. Izraelici już w ogóle unikali grobów i tematu śmierci, bo kojarzyła się im z całkowitym zwycięstwem grzechu i nieczystości. To dlatego Marta, Maria jak i inni zebrani zapewne przerazili się na tę propozycję Jezusa. Jak bardzo się jedna zdziwili, kiedy zobaczyli zwycięstwo życia nad śmiercią i chwałę Bożą objawioną w jednym z najwspanialszych cudów dokonanych przez Chrystusa: przywróceniu do życia człowieka, którego dotknął już rozkład.
W całej cudowności tego wydarzenia nie możemy pominąć jego ludzkiej strony. Pan Jezus zna nasze boleści i współczuje słabościom. Po ludzku wzrusza się nad cierpieniem chociaż wie, że Bóg Go wysłucha i spełni wszystko o co prosi. Śmierć jest konsekwencją grzechu stworzenia i oto Stwórca lituje się nad tym smutnym losem, a więc jest to akt miłosierdzia względem człowieka. Pan Jezus patrzy na śmierć jak na sen, z którego się można zbudzić. Ale rozumie, że dla człowieka może ona oznaczać tragedię. Chce nauczyć nas nowego rodzaju myślenia o śmierci. Takiego, w którym śmierć nie jest ostatecznością, której za wszelką cenę trzeba uniknąć. Pan Jezus uczy nas tego, że nawet śmierć nie oznacza straty wszystkiego łącznie z nadzieją. On sam jest Panem życia i śmierci. Człowiek dzisiaj może i nie myśli o śmierci, ale boi się umierania. Człowiek boi się tego, że nie będzie miał nic z życie albo tego, że jakość życia mu się obniży. Często zły duch zastrasza tym ludzi i przeciąga na swoją stronę. My nie bójmy się umierania, kiedy należymy do królestwa światła i życia i przekonamy się niedługo o jego zwycięstwie.
III Niedziela Wielkiego Postu
Samarytanka przychodziła codziennie w samo południe do studni, aby czerpać wodę. Po jakimś czasie woda w dzbanku już się jej kończyła, więc przychodziła czerpać z powrotem… kto wie jak długo to trwało. Woda jest niezbędna do życia. Wiedział o tym myśliciel Tales z Miletu – portowego miasta – kiedy codziennie wychodził nad wodę, żeby patrzeć na przypływające statki i rozmyślać. W jego czasach wydawało się ludziom, że wszystko na świecie zbudowane jest z czterech pierwiastków: skały, wody, powietrza i ognia – 4 żywioły. Ale Tales myślał dalej i wymyślił: Zamarznięta woda może być twarda jak skała. Woda, która paruje, staje się jak powietrze, a wrzącą wodą można poparzyć się jak ogniem, a więc może wszystko na świecie to woda, tylko w różnej postaci? Woda to życie, bo życia nie ma na pustyni, gdzie nie ma wody. Woda jest jak życie – wypływa nie wiadomo skąd, płynie najpierw małym ciekiem, potem może zmienić się w wielką rzekę a i tak w końcu dojdzie do morza, które choć jest wodą, to jednak wodą niebezpieczną, niezbadaną, nieprzyjazną i nie dającą życia (można umrzeć z pragnienia na środku morza). Źródło i rzeka, słodka woda to był znak życia ludzkiego, a morze było znakiem śmierci. Morze pochłania ciągle wodę wszystkich rzek i nigdy się nie nasyci, a drugiej strony Bóg wyznaczył morzu granice i ono nie wejdzie do rzeki. Woda jest też symbolem życia duchowego. Wielokrotnie u św. Jana napisane jest, że aby duchowe życie powstało muszą być także dwa pierwiastki: Duch i woda. Mówi się tam o wodzie żywej, czyli wodzie mającej ducha, oraz o odrodzeniu w wodzie i Duchu Świętym. Duch to Bóg, który unosi się nad wodą i stwarza życie. Woda to życie ludzkie, ale musi być ono spokojne, czyste i żywe, a więc nie stojące lecz płynące. Czyste jak źródlana woda było życie Maryi, dlatego nosiła w sobie życie Boże. A życie Samarytanki z dzisiejszej Ewangelii? Daleko było jej do czystego źródła. Duchowo była raczej studnią z mętną wodą. Pan Jezus chciał zmienić jej duszę w żywe źródło i obdarzyć ją prawdziwym życiem duchowym, które po śmierci zmienia się w życie wieczne.
My w naszym duchowym życiu jesteśmy jak Samarytanka. Wcale nie była ona niewierząca, nie była złą kobietą, można powiedzieć wiecznie poszukującą, albo zagubioną, taką jakby z dzisiejszych czasów. Ona praktykowała swoją religię w zależności od potrzeby, podobnie jak wielu z nas: przychodzimy do kościoła, kiedy wyczerpie się jakaś część naszej duszy. Niektórym wyczerpuje się co roku – od choinki lub koszyczka i nabiorą trochę duchowej wody w kościele, a starcza im na cały rok, bo ich życie jest suche i mało owocne. Niektórzy potrzebują nabrać tej wody częściej, raz na tydzień lub przy okazji religijnej posługo w rodzinie: chrztu, ślubu, pogrzebu. Takie czerpanie z duchowej studni w zależności od potrzeby może wystarczyć człowiekowi ale nie wystarczy Chrystusowi, który czeka na nas przy studni i chce z nami porozmawiać, nawiązać relację i stworzyć w nas źródło żywej wody. Chce zmienić nasze chrześcijaństwo pozostające na poziomie słów, w takie ucieleśnione, tak jak On sam spotkał się bezpośrednio z Samarytanką przynosząc ciało i krew, które zostaną potem ukrzyżowane. Benedykt XVI przestrzegał, że zagraża dzisiaj i nam wiara bezcielesna – na poziomie czerpanej wody czyli słów. Ciało zawsze sprawia problemy – boli i krwawi. Takim ciałem jest Kościół ze wszystkimi wiernymi. Nieraz jest on jak wielka rana, ale to jest właśnie Ciało Zbawiciela – konkretne, którego serce staje się źródłem wody na zawsze. Kto raz spotkał żyjącego Boga, ten nie zadowoli się już nigdy wodą, która wysycha i starcza tylko na troszkę.


