Kilka myśli na niedzielę
Pan Jezus mówi do apostołów: jeżeli będziecie mnie miłować, będziecie zachowywać moje przykazania. Bardzo łatwo jest zrozumieć te słowa wprost i doprowadzić to szantażu emocjonalnego, kiedy to jedyna miarą miłości zdaje się zachowywanie określonych zasad. Przyjrzyjmy się temu. Bywa, że starsza osoba w domu próbuje wymuszać na rodzinie takie a nie inne zachowania, a jeśli dorosłe dzieci chcą żyć po swojemu, starsza mama lub starszy tata urządza sceny, histeryzuje, obraża się i gra na emocjach mówiąc: ‘nie kochasz mnie, bo jakbyś kochał, kochała, to byś robił tak jak ja chce, bo przecież chcę dobrze”. Podobne histerie próbują teraz urządzać dzieci, kiedy rodzice w końcu przestają pozwalać im na wszystko, zaczynają się krzyki, że „wy mnie nie kochacie”. Emocjami związanymi z miłością można skrzętnie manipulować. W amerykańskiej telewizji widziałem reklamę domu opieki dla ludzi starszych, gdzie miła pielęgniarka mówiła do kamery: „ty chyba nie kochasz swoich rodziców lub dziadków, że trzymasz ich w domu, gdzie nie mają fachowej opieki… jeśli ich naprawdę kochasz, oddaj ich do naszego zakładu”. Z kolei współczesny model rodzicielstwa wmawia nam, że jeśli nie jesteśmy w stanie zapewnić dziecku wszelkich dostatków, osobnego pokoju, drogich ubrań, zabawek, wyjazdów i sprzętu, to nie darzymy ich miłością. Nie chcemy być oskarżani o nie-kochanie własnych dzieci. Nie jesteśmy jednak bogaci nie damy im wszystkiego, co pokazują w telewizji, będą się czuć gorsze, więc lepiej nie mieć dzieci w ogóle. Jeśli miarą miłości do Pana Jezusa ma być wzorowe wypełnianie Jego przykazań, to jesteśmy przecież słabi jako ludzie, nikt z nas w stu procentach nie spełni przykazań, chyba tylko święty z obrazka, a więc miłość Boża jest nie dla nas. Co wtedy? Katujemy się nieustannymi wyrzutami sumienia, albo przestajemy się w ogóle starać, albo idziemy do takich odłamów i sekt podających się za chrześcijańskie, które głoszą, że możesz dalej grzeszyć, a Chrystus i tak już to wszystko odkupił. Zdziwilibyśmy się ile takich pseudo-chrześcijańskich a w rzeczywistości antykatolickich grupek działa w polskich miastach i miasteczkach. Z drugiej strony faryzeusze bardzo drobiazgowo spełniali przykazania i jest to przecież możliwe, żeby oficjalnie nie złamać żadnej zasady, a nie mieć w sercu ani kropli miłości. Z trzeciej strony nie można powiedzieć, że nie są ważne czyny ani stan w jakim żyjemy, bo wielu ogłasza że kocha Pana Jezusa, a żyją wprost bezbożnie lub rozpustnie.
Pan Jezus nie zostawia nas samych wobec własnych krótkich, jasnych, ale jakże trudnych i głębokich słów. Obiecuje nam pomoc Ducha Świętego w ich zrozumieniu. A Ducha Świętego nazywa parakletem, co oznacza adwokata, obrońcę albo pocieszyciela oraz Duchem Prawdy. Po tych dwóch znakach poznaje się działanie Ducha Świętego: nie łagodzi, nie zaciemnia, nie zostawia wątpliwości, mówi prawdę taka jaka jest oraz pociesza. Prawda powinna człowieka uspokajać i pocieszać, nawet jeśli jest gorzka i trudna. Pan Jezus mówi: jeśli będziecie mnie miłować, będziecie zachowywać moje przykazania. To znaczy, że najpierw trzeba umiłować, żeby miłość dawała mądrość i siłę i moc do zrozumienia i wypełnienia przykazań. Kto miłuje Chrystusa, ten spełnia Jego przykazania spontanicznie i z radością. Kto nie miłuje, ten nie spełnia, a jeśli spełnia, to z zaciśniętymi z wysiłku zębami i z zimnym sercem. Zachowywanie przykazań z łaciny nazywa się observare. To znaczy wpatrywanie się, przyglądanie się, podziwianie, poznawanie szczegółów, a w końcu rozmiłowanie w prawdzie Bożych Przykazań, a ta daje pokój i pocieszenie.
IV Niedziela Wielkanocna – Niedziela Dobrego Pasterza
Człowiek zawsze szuka mistrzów i autorytetów. Historia dowodzi jednak, że czasem dobieramy te autorytety w sposób zły. Mówi się, że nie potrzeba miliona złych ludzi, żeby wywołać ogólnoświatową tragedię. Wystarczy jeden zły i milion przeciętnych. Ernest Hemingway opisywał to zjawisko w książce Komu bije dzwon. W niewielkim miasteczku wszyscy się nawzajem znali. Kiedy jednak przyszli rewolucjoniści i rozdali broń temu, kto tylko chciał, i pozwolili wszystkim pozałatwiać swoje porachunki, wtedy zaczęła się zbrodnia. Aż dziw bierze ile nienawiści leżało w sercach ludzi w małym miasteczku. Okazuje się, że przywódca, to nie tylko ten, kto prowadzi swoich zwolenników, ale także ten, kto wyzwala z nich siły, które drzemią na dnie serc. Dobry przywódca – pasterz – sprawia mocą Bożą, że drapieżne wilki zmieniają się w baranki. Tak właśnie Matka Boża objawiła we śnie św. Janowi Bosko jego pracę wśród trudnej młodzieży. Dobry pasterz mocą Chrystusa – Pasterza, wyzwalał z młodych serc, które może w życiu nie zaznały zbyt dużo miłości, wielkie siły łagodności, pokory, pogody ducha, dobra i wiary.
Najtrudniej jest poznać człowieka. Jeśli więc chce się obdarzyć zaufaniem na całe życie, np. wchodząc w związek małżeński, nawiązując przyjaźń i współpracę, to trzeba zadać sobie wiele trudu, trzeba nieraz długiego czasu, żeby taką osobę poznać i to jest bardzo rozsądna postawa. Zadziwiające jest, gdy ci, którzy przez całą młodość nie mogą zdecydować się na drogę życia, wiele długich lat zwlekają z wyborem zawodu i nieraz pół życia odkładają podjęcie decyzji o małżeństwie i rodzinie, a tymczasem o przeczytaniu kilku artykułów w Internecie, lub kilku spotkaniach z rzekomym „charyzmatycznym” przywódcą, lub za zwykłą namową kolegi lub koleżanki składają sprawę swojego wiecznego zbawienia w ręce zwykłego rozbójnika. Jak wiele już usłyszałem przypadków w których wspaniali młodzi ludzie w dużym potencjałem tak łatwo dają się złapać na tanie hasła o jedynym pośrednictwie Chrystusa, o tym, że nie potrzeba żadnej po ludzku zorganizowanej religii, itp. Tacy rozbójnicy sieja spustoszenie nawet w pobożnych rodzinach i nawet w małych miejscowościach. Pan Jezus próbuje dzisiaj bronić swoje owce przed rozbójnikami. Mówi, że prawdziwy pasterz przychodzi przez Bramę, a Bramą jest sam Chrystus. Oczywiście każdy może powiedzieć, że idzie „w imię Chrystusa”, ale Pan Jezus mówi jeszcze o odźwiernym, o ogrodzeniu i o tym, czy pasterz mówi rzeczy, które owce znają czy rzuca różne „nowinki”. Dobrymi (choć grzesznymi) pasterzami są kapłani. Ogrodzoną zagrodą owiec jest ściśle zorganizowana w parafie i diecezje wspólnota Kościoła. Odźwiernym jest papież albo biskup, który posyła pasterza wspólnocie i powinien za niego gwarantować i odpowiadać. Natomiast znanym głosem jest katecheza: ta sama, której nauczyliśmy się od babci czy rodziców w domu. Tak rozpoznaje się pasterza i rozróżnia od rozbójnika. Mój dobry znajomy, który kiedyś pogubił się w wierze i przystał do takiej charyzmatycznej wspólnoty z kaznodzieją, który wymachiwał Biblią sam usłyszał od tego kaznodziei, który przyjechał z Warszawy i osiedlił się w małym mieście. Ów człowiek sam powiedział: ja nie szukam niewierzących, zagubionych, poszukujących, ale zbieram katolików. Dobry pasterz nie przychodzi rabować owiec z zagrody, ale szukać zagubionych. Módlmy się dzisiaj o pasterzy, przez których niewinne dusze nie będą opuszczać owczarni Kościoła, za których Chrystus nie będzie się wstydził i którzy nie wystawią dusz wiernych na pożarcie diabelskiego wilka lub ludzkiego rozbójnika z własną „Biblią” w dłoni.
Słyszymy dzisiaj opis pierwszego Kościoła zaraz po zmartwychwstaniu: Wszystko mieli wspólne, wszystkim się dzielili, ale nikomu niczego nie brakowało, bo nowi wierni sprzedawali majątki i oddawali wszystko do wspólnej kasy. To wygląda jak utopia czyli wspólnota idealna, gdzie nie ma żadnych problemów. Czy taka wspólnota jest jeszcze możliwa? Wielu świętych zakładało takie wspólnoty, część z nich przerodziła się w zakony i inne zgromadzenia, które istnieją do dziś. Ale każda wspólnota, także Kościół, ma zawsze dwa etapy w swojej historii: jest czas charyzmatów i czas struktur. Na początku zawsze jest pięknie, gdy czuje się powiew Ducha Świętego – powiew wiosny i młodości Kościoła. Ale kiedy święci odejdą już do Pana wszędzie gdzie są ludzie tam są i problemy, dlatego potrzebne są regulaminy, instytucje i struktury. W pierwszym Kościele miłosierdzie było oczywiste: było jak chleb powszedni i jak powietrze, którym się oddycha. Teraz potrzebne są instytucje, które będą pomagać bliźnim: katolickie fundacje, dzieła miłosierdzia, Caritas i inne zgromadzenia charytatywne, a także codzienna posługa w parafiach, w konfesjonałach. Nie trzeba oczekiwać, że znów wszystko wróci do stanu pierwszego Kościoła, bo to był czas charyzmatów, czyi znaków. Nie bądźmy plemieniem przewrotnym, które domaga się znaku. Naszemu pokoleniu dane jest zmartwychwstanie czyli Znak Jonasza – reszta to cicha posługa miłosierdzia w parafiach i wspólnotach – bez festiwali, koncertów, światła kamer czy ekranów telewizora. Miłosierdzie w Kościele rozchodzi się cicho – jak Chrystus przyszedł w ciszy wieczernika do przebywających tam uczniów.
Św. Tomasz zwany niewiernym domagał się dowodu na zmartwychwstanie – nie docierało do niego, że to, co się mówi i słyszy o żyjącym Bogu jest prawdą. Zapewne w pamięci miał jeszcze krzyż i rany, zwłaszcza przebite Serce Zbawiciela, i nie mogło mu się pomieścić w głowie, że On zwyciężył śmierć i żyje na ziemi w cielesnej postaci. Pan Jezus żyje do dzisiaj na świecie, a Jego cielesną postacią jest Kościół. Wielu jest (u nas coraz więcej) „niewiernych Tomaszów”, którzy nie chcą uwierzyć w to, że Chrystus żyje w swoim Kościele. Jako argument wysuwają rany, które nosi Kościół, a których w historii i teraz nie brakuje. Zamiast uwierzyć w Chrystusa żyjącego w Kościele chcą grzebać w Jego ranach, a szczególnie zadać cios w zranione Serce, którym są osoby powołane do służby Bożej.
Chrystus Pan nie ukrywa swoich ran, nawet więcej – czyni z nich znak rozpoznawczy swojego Ciała czyli Kościoła. Pozwala się poznać od swojej najbardziej bolesnej, słabej, poranionej strony, czyli od strony tych, co najbardziej potrzebują Jego miłosierdzia. Mówię tu nie tylko o tych, co ustawiają się w kolejkach po pomoc do Caritasu, ale o tych cierpiących w ukryciu. Tych, którzy trwają we wspólnocie wierzących mimo ran, które otrzymali w rodzinach, w miejscach pracy, nawet we wspólnotach kościelnych. Kiedy mowa o ranach Kościoła to mowa o ludziach grzesznych, którzy szczerze czekają przy kartkach konfesjonałów. Ta kolejka jest tak samo ważna, jak kolejka ubogich po posiłek lub dary, jak kolejka chorych w krajach misyjnych do kościelnych punktów medycznych, jak kolejka ubogich do szansy, która daje im Kościół na świecie przez szkoły i ośrodki pomocy, jak kolejki prześladowanych chrześcijan do obozów dla uchodźców, a może nawet ta kolejka przed konfesjonałem jest ważniejsza. Oby każdy współczesny niedowiarek osądzający Kościół swoim wytykającym palcem zrozumiał, że jego nieobecność w Kościele także tworzy ranę w miejscu, gdzie powinno być Ciało Mistyczne.
III Niedziela Wielkanocna
Wszyscy znamy grób Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Faktycznie spoczywają w nim szczątki jednego z bezimiennych bohaterów wojny 1920 roku. Inne kraje europejskie także maja podobne miejsca pamięci. Chodzi o pamięć wszystkich poległych w ciągu wieków i wojen, którzy oddali swoje życie, aby Polska nie zginęła. Gdyby teraz nad grobem nieznanego żołnierza stanął zebrał tłum i ktoś oznajmiłby, że to nieprawda, że Polska nie zginęła, bo w grobie nieznanego żołnierza faktycznie są kości zabitego, to wtedy wszyscy powiedzielibyśmy, że w całej symbolice tego grobu nie chodzi o tego człowieka złożonego w grobie, ale o nasz naród i Ojczyznę, która żyje. Śmierć tego żołnierza, a także wielu innych, których prochy rozsiane są po świecie, jest zapowiedzią tego, że Polska odrodzi się i zmartwychwstanie. Podobnego argumentu użył dzisiaj św. Piotr w swoim przemówieniu do Izraelitów, które zanotował autor Dziejów Apostolskich. Mówił o proroctwie danym domowi i rodzinie Dawida, że Pan Bóg nie pozwoli, by jego święty, jego wybrany został w grobie. A tymczasem w Jerozolimie był grób Dawida, otaczany szacunkiem i czcią jak nasz grób Nieznanego Żołnierza. Dla Piotra i jego słuchaczy było jasnym, że to proroctwo o zmartwychwstaniu nie dotyczyło Dawida, bo jego kości nadal leżały w grobie. Chodziło o inną Osobę, której grób znajdował się tuż za murami miasta i ten grób był pusty i otwarty: co więcej, był otwarty od wewnątrz. Bóg nigdy nie rzuca słów na wiatr. Mocą Bożego słowa powstał cały świat, Słowo Boże nie jest symboliczne: kiedy mówi, że święty powstanie z martwych, to tak właśnie ma się stać. Dawid leży w grobie, można to sprawdzić, a Chrystusa w grobie nie ma. Nie ma Go tam, bo zmartwychwstał.
My dzisiaj nie przywiązujemy wielkiej wagi do słów. Słowa były już tak często nadużywane, że dzisiaj można powiedzieć cokolwiek i będą to tylko słowa, w ustach niektórych ludzi, nawet tych z wyższych sfer, słowa mają wartość jedynie poruszonego powietrza. A przypomnijmy sobie czasy, w których nie było telefonów komórkowych, wiadomości i tego typu informacji. Żeby się z kimś spotkać o określonej porze i w danym miejscu trzeba było się umówić „na słowo”. Mówiło się, że będę i się dotrzymywało słowa oraz tego samego oczekiwało się od bliźnich. W ten sposób funkcjonował świat. Narzędzia do przekazywania informacji oduczyły nas wierności słowu, dlatego Słowo już tak nie porusza, a przecież wiara opiera się na Słowie.
Był taki film Skazani na Shawszank [czyt. szouszenk], który opowiadał o losach grupy więźniów złączonych wspólnym losem w ciężkim amerykańskim więzieniu kierowanym przez sadystycznego dyrektora i strzeżonemu przez jemu podobnych strażników. Więźniowie, aby oderwać się od smutnej doli opowiadali sobie o ulubionych miejscach, albo wymarzonych podróżach. Tych opowieści było wiele. W pewnym momencie jeden z nich uciekł w sprytny sposób, a drugi doczekał zwolnienia. Nie trzeba było długo czekać, aż spotkali się w miejscu o którym sobie kiedyś dawno opowiadali. Kto słucha i zważa na słowa przyjaciela, ten je zapamięta i weźmie do serca – nie trzeba mu powtarzać. Może gdyby ludzie z czasów Pana Jezusa lepiej słuchali Słowa Bożego i bardziej braliby sobie je do serca, wiedzieliby gdzie i jak spotkać żyjącego Chrystusa po zmartwychwstaniu. To samo dotyczy i nas. W Słowie Bożym zapisane są wszystkie obietnice, które spełniły się w Chrystusie. Możemy spotkać Go w miejscach i sytuacjach, o których mówi Pismo Święte. Wystarczy dobrze czytać lub słuchać.
Wielki Czwartek
Zazwyczaj Słowo Boże skupia się na jednym temacie i omawia jedną, wybraną tajemnicę wiary. Tak jest i dzisiaj o wieczornej godzinie, kiedy zbieramy się z Chrystusem do spożycia wyjątkowej wieczerzy – jedynej takiej w ciągu roku. Izraelici spożywali ją na pamiątkę Paschy- czyli wyjścia z niewoli egipskiej. Nie wiedzieli, że ich wielowiekowa tradycja nie jest pamiątką, ale zapowiedzią prawdziwego wyzwolenia z niewoli grzechu i śmierci. Pascha nie była jednym ze świąt – była ośrodkiem całego roku i świętem, które streszczało wszystkie święta. Co musiało się wydarzyć, jeśli chrześcijanie zamienili ją na Mszę Świętą? Chrześcijanami stawali się najpierw pobożni i bogobojni Izraelici: apostołowie i ich uczniowie. Głęboko wierzący człowiek nie wyrzeka się wszystkiego w co dotąd wierzył i nie zamienia na nowe ot tak. Męka, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa musiała tak przemienić ich życie, że wszystko w co dotąd wierzyli oni i ich szanowani ojcowie przestało być ważne. Odtąd nie ma już szabatu a zastąpiła go niedziela. Nie ma już tradycyjnej wieczerzy paschalnej a zastąpiła ją Msza Święta. Jak wielkiego cudu musieli doświadczyć pobożni Izraelici tamtego dnia, że nic już odtąd nie było tak samo – wszystko stało się nowe.
Pisze o tym św. Jan, a jego słowa czytamy w Ewangelii. Na pierwszy rzut oka możemy się zdziwić, że nie wybrzmiewa opis tego, jak Jezus wziął chleb, podał go uczniom mówiąc: „bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje”. Nie ma też kielicha nowego przymierza, który Jezus podał uczniom mówiąc: „bierzcie i pijcie, to jest kielich krwi mojej”. Św. Jan jest teologiem. Teolog patrzy na to co widoczne dla oczu, ale widzi to, co ukryte i niewidzialne. Słucha dźwięków, ale słyszy ich duchowe znaczenie. Św. Jan pokazuje nam co dzieje się naprawdę, kiedy Pan Jezus podaje chleb i kielich i wypowiada słowa, które kapłan powtarza podczas Mszy św. św. Jan odkrywa tajemnicę tej chwili. Pan Jezus zdejmuje swoje szaty – staje się ogołocony ze wszystkiego, jak będzie to już niedługo na Golgocie. Przede wszystkim jednak składa swoje człowieczeństwo, w które był przybrany. Składa swoje ciało na ofiarę. Bóg przygotowuje swoim dzieciom ucztę paschalną, ale to Pan Jezus staje się Sługą, który ją podaje. Pan Jezus klęka przed człowiekiem (św. Piotr reprezentuje tu wszystkich nas) i zaprasza do obmycia się już nie w wodzie, ale w Jego krwi. To obmycie staje się przepustką do udziału w uczcie dzieci Bożych. Człowiek po ludzku opiera się na myśl o tym, co robi dla niego Bóg. Czy takie poświęcenie w ogóle jest możliwe? A Pan Jezus spokojnie uniża się i wykonuje posługę miłości u stóp swojego stworzenia. To wszystko dzieje się, gdy nasze oczy będą za chwilę patrzeć na biały chleb i połyskujący kielich. Pan Jezus nie tylko sam daje przykład krańcowej miłości, ale chce, żebyśmy ten przykład podjęli i naśladowali.
Współcześnie można zapewne usłyszeć głosy, że lepiej jest świadczyć miłość uczynkami, pomagać bliźnim wspierać potrzebujących, itp. niż spędzać czas w kościelnej ławce. Tymczasem to obecność na Mszy św. jest źródłem czynnej miłości bliźniego, która jest gotowa w każdym czasie i miejscu. Inaczej człowieka stać będzie na jakieś namiastki miłości, w zależności od nastroju, samopoczucia, chwilowej potrzeby. To też jest dobre, ale potrzeba miłości rzadko kiedy pokrywa się czasowo z nastrojem na jej świadczenie. Eucharystia jest zawsze o pewnej godzinie. Człowiek przerywa swoje zajęcia i idzie na wezwanie dzwonu i serca. Uczy się w ten sposób, że potrzeba miłości może uderzyć w dzwon w każdej chwili i wtedy składam swoje sprawy jak Jezus swoje szaty i potrafię klęknąć przed bliźnim w potrzebie.
Wielki Piątek
Męka Pana Jezusa według św. Jana, jeszcze odczytywana z podziałem na role, jest bardzo dramatyczna. Szczególnie brzmią w niej rozmowy Pana Jezusa z Piłatem. Piłat jest przedstawicielem świata pogańskiego. Poganie byli zazwyczaj bardzo zabobonni. Ich mitologie pełne były opowieści o synach bożych. Poganie podchodzą do religii bardzo naturalnie: człowiek nie musi być święty, nie musi kochać Boga ani bliźniego. Ważne są tylko gesty: odpowiednio świętować, żeby nie narazić się na gniew bóstwa. Składać należne ofiary, żeby nie napytać sobie problemów. Składać ofiary błagalne, kiedy się chce coś od bóstwa „kupić” czyli wyprosić łaskę. Poganin będzie patrzył na świat z góry, będzie pogardliwie pytał „cóż to jest prawda?”, będzie umywał ręce w geście lekceważenia, będzie robił na złość i udowadniał swoje racje, ale nie narazi się bóstwu, żeby nic nie stracić. Będzie ostrożny i wyrachowany.
Współczesny człowiek tak bardzo przypomina Piłata. My tu w kolebce cywilizacji chrześcijańskiej żyjemy w świecie post-chrześcijańskim lub inaczej neo-pogańskim. Naszymi idolami (bożkami) nie są jednak siły natury ani mityczni herosi. Dzisiaj w naszej części świata czcimy samych siebie, a raczej swój wyidealizowany obraz, który tworzymy wokół siebie. Kreujemy swoje idealne „ja” szczególnie w Internecie, wybierając zdjęcia na których wyszliśmy dobrze, opisując sukcesy a przemilczając porażki. Potrafimy wspinać się na wyżyny wysiłku i ascezy pod warunkiem, że mamy nastrój i ochotę a nie stać nas na proste gesty kiedy potrzeba miłości lub wyrzeczenia puka nie w porę. Arcykapłani przyprowadzili Pana Jezusa do Piłata nie w porę. Nie był on w nastroju do zajmowania się sprawami poddanego narodu. Te rzecz przyprawiały go o lekceważący „ból głowy”. Obecność umęczonego Pana Jezusa wytrącała Piłata z jego rzymskiego, pełnego wyższości stoickiego spokoju, przeszkadzała mu w medytacji i skupieniu na sobie, wymagała decyzji i zajęcia stanowiska. Pan Jezus był bezpieczny, dopóki nie przeszkadzał. Został skazany na tak okropna i ciężką śmierć tak lekko i łatwo kiedy zaczął przeszkadzać. Nie chodzi tu o przeszkadzanie w zajęciach – to mogła być nawet rozrywka na nudnej prowincji – ale o zakłócanie własnego wypielęgnowanego przekonania o sobie – własnego obrazu, który Piłat prezentował innym. Kreował się na lepszego od Faryzeuszów, bardziej cywilizowanego od kraju, gdzie mieszkał, mocniejszego od przeciwników. Tymczasem związany, pobity i ukoronowany cierniami Więzień odarł Piłata z pozorów. Pokazał mu jaki jest małostkowy, strachliwy, zmienny jak chorągiewka. Pokazał piłatowi jakim jest oportunistą, jakim karierowiczem i jak bardzo zależy mu na opinii innych. Pokazał prawdę, która nie spodobała się Piłatowi a da się ją streścić w jednym zdaniu: rzymski prokurator, czysty, wykształcony i cywilizowany wypada blado i marnie wobec ubogiego więźnia, oplutego, pobitego, pogardzanego i zdanego na jego osąd i łaskę. Tego żaden Piłat – ani tamten, ani współczesny nie może znieść. Oto najmniejszy z religijnych ludzi bije na głowę wielkością ducha najbardziej bogatych, wykształconych i obeznanych w świecie obywateli wielkich miast.
Piłat spotyka Jezusa do dzisiaj w rożnych osobach i sytuacjach. Kiedyś dziennikarz z medialnego giganta zapytał starszej już mamy bł. ks. Popiełuszki o to, jak to jest być matką świętego i czy można coś „załatwić” dla siebie z nieba przez wstawiennictwo syna. Na to skromna kobieta powiedziała: „przecież może pan sam sprawdzić – nie próbował pan?” Umęczony Zbawca staje zawsze za świątobliwą pokorą.
Wigilia Paschalna
Znamy w przyrodzie takie zjawisko jak efekt motyla. Polega ono na tym, że gdzieś na świecie mały motylek delikatnie poruszy skrzydełkami. Ten ruch leciutko, prawie niezauważalnie wprawi w ruch cząstki powietrza. Te poruszone poruszą następne, może coraz więcej, bo przecież powietrze wciąż się porusza i wystarczy małe zamieszanie, by ten ruch przyśpieszył. W ten oto sposób gdzieś daleko może powstać wiatr, a jeszcze dalej burza lub huragan, który zmiecie miasto z powierzchni ziemi. Św. Mateusz opisuje Zmartwychwstanie Pana Jezusa w podobny sposób. Oto ma miejsce niesamowite zjawisko: Anioł Pański zstępuje z nieba na ziemię, a kiedy jego stopy dotykają gruntu – ziemia się zatrzęsła. Jego postać jaśnieje jak błyskawica a szaty są białe jak światło. Na jego widok strażnicy grobu padają jak martwi. Anioł w hukiem odwala kamień od grobu, ale nie po to, żeby wypuścić Chrystusa, żeby on mógł tryumfalnie wyjść. Jego tam już nie ma! Grób jest pusty! Pan Jezus zmartwychwstał cicho i delikatnie jak szept modlitwy, jak tchnienie Ducha – delikatnie jak skrzydło motyla. Ale od tego subtelnego powiewu życia nad doliną śmierci, rozwinęło się coś nowego i wspaniałego. Dobra nowina rozchodzi się delikatnie – uderza w struny serc niewiast i uczniów i grana nich piękną muzykę. Za chwilę nowina ta rozejdzie się po świecie, zrzuci z konia Szawła pod Damaszkiem, pokona imperium rzymskie, poruszy świat, a z ziemi poruszy niebiosa i potężnych aniołów i zabrzmi echem ich trąb w dzień Apokalipsy. Ta dobra nowina o zwycięstwie życia nad śmiercią, światłości nad ciemnością, wody żywej nad pustynią, przewierci ziemię aż do piekieł i wystrzeli przebijając niebiosa. A kiedy moce ziemi, otchłani i niebios zostaną wstrząśnięte, wyjdzie z nich człowiek drobnej postury – nie atleta ale cieśla. Młody, niemal delikatny, stanowczy ale czuły, o serdecznej twarzy i dobrych oczach, od których nie można oderwać wzroku. Ale od Jego wzroku ucieknie wszystko co było złe na całym świecie. Delikatne dotknięcie dłoni jeszcze niedawno przebitej gwoździem, rozkruszy każda skałę i każdy mur. Takie jest zmartwychwstanie. To nie jest tylko powstanie z martwych i powrót do żywych, którzy i tak kiedyś umrą. Jest to powstanie i wyjście ze wszystkiego co umiera i przemija, to powstanie ze wszystkiego, co doczesne i skończone. Zmartwychwstanie jest wywyższeniem ponad świat materialny, jak często przedstawia się symbolicznie na obrazach. Pan Jezus nie unosi się w powietrzu, ale jest już ponad wszystkim, co umiera i przemija. A skoro jest powyżej, to znaczy, że sądzi wszystko. Jest to sąd, od którego uzbrojeni wrogowie padają na twarze jak martwi, a pokorni wyznawcy słyszą kojące słowa: „nie bójcie się!”
W ówczesnych realiach kobietom ciągle powtarzano: musisz się bać! Tak było w relacjach rodzinnych, tak było w społeczeństwie i także cesarstwie rzymskim, które rządziło strachem. Lęk i strach pozostały narzędziami władzy także i współcześnie. Lęk i strach stał się walutą całego świata bardziej niż dolar czy euro. Za lęk i strach sprzedaje się i kupuje całe kraje. Nim wywołuje się wojny i nim zmusza do posłuszeństwa. Zmartwychwstały Pan Jezus – Zwycięzca śmierci – ma pierwsze przesłanie do swoich wiernych: „Nie bójcie się”. Od tych słów zaczęło się spotkanie przy zwiastowaniu i te słowa wybrzmiały nocą nad polem pasterzy pod Betlejem. Te słowa powiedział Pan idąc po jeziorze. Te słowa mówił do tych, którzy prosili o uzdrowienie dla bliskich. One są najwyraźniej znakiem rozpoznawczym Bożego Królestwa. Są Jego godłem i hymnem. Nakaz głoszenia o zmartwychwstaniu nigdy nie został odwołany. Powinniśmy go powtarzać często: „nie bójmy się!” „nie bójcie się”. Miejcie odwagę – mówi Pan – jam zwyciężył świat.


