Kilka myśli na niedzielę
Kochani
Dzisiaj Pan Jezus przedstawia dobrze wszystkim znaną przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Pokazuje ona, że najważniejsza w oczach Bożych jest miłość. Jednocześnie Pan Jezus chce nauczyć nas tego z czym miłość tak naprawdę jest związana.
Miłość jest uczuciem a dla niektórych jest po prostu bardzo silną emocją. Żyjemy dzisiaj w takich czasach, że emocje odgrywają główną rolę w stosunkach międzyludzkich. Podchodzimy bardzo emocjonalnie do faktów i prawd i w ten sposób je rozmywamy. Zachowujemy się jak rodzice, którzy potrafią cieszyć się nawet wtedy kiedy trzeba dziecku zmienić pieluchę, a złoszczą się, kiedy przyjdzie w gości nielubiana ciocia. Kiedy lubimy jakiegoś celebry tę, gwiazdę filmu czy sportu lub polityka, to obojętnie co taka osoba nie zrobi czy nie powie, to zawsze będziemy to co dobre wynosić pod niebiosa, a to co złe będziemy usprawiedliwiać, minimalizować, przymykać oczy albo wręcz obracać kota ogonem i nazywać zło dobrem (co jest bliskie grzechowi przeciw Duchowi Świętemu). Jeśli natomiast nie lubimy kogoś ze sceny politycznej lub z gwiazd ekranu, to wystarczy, że ta osoba krzywo się uśmiechnie czy nie dopnie guzika i już wylewa się fala nienawistnych komentarzy, tak popularnego dzisiaj „hejtu”.
Pan Jezus żył w innych czasach, ale dzisiejsza przypowieść o miłosiernym Samarytaninie zdaje się te czasy wyprzedzać i trafiać prosto do nas – ludzi XXI wieku. Opowiadając tę przypowieść Pan Jezus celowo zagrał na emocjach słuchaczy. Podał przykład kapłana i lewity, którzy wtedy cieszyli się wielkim szacunkiem w społeczeństwie, jako tych, którzy nie okazali miłosierdzia. Byli „czarnymi charakterami” tej przypowieści. Natomiast Samarytanin generalnie już na samą myśl budził u tamtych ludzi oburzenie. A to właśnie jego Pan Jezus uczynił pozytywną postacią ewangelicznej przypowieści. Pan Jezus wystawił też na próbę uczonego w piśmie, pytając kto ostatecznie okazał się tym „dobrym”. Uczony przeszedł tę próbę jeszcze nie do końca dobrze, bo słowo „Samarytanin” nie przeszło mu przez gardło. Powiedział tylko, że to ten, który okazał miłosierdzie. Ten uczony zmierzał w dobrym kierunku, ale jeszcze kilka spraw do przepracowania mu pozostało.
To samo pytanie Pan Jezus zadaje dzisiaj nam, i ono przecina jak miecz obosieczny wszystkie dziedziny życia społecznego: Kto jest tym „dobrym”, dla bliźnich dla wiary, dla społeczeństwa, itp. I odpowiedź nie może opierać się na emocjach, na lubieniu kogoś bądź nie-lubieniu. Odpowiedź musi opierać się na prawdzie, bo miłość – jak się okazuje – musi wiązać się bardziej z prawdą niż z emocjami.
Kochani
Dla Królestwa Bożego nie ma wakacji, Apostołowie i Uczniowie nie znani z imienia wyruszają na głoszenie Dobrej Nowiny. Pan Jezus daje nam w ten sposób czytelne instrukcje, jak prowadzić Jego dzieło w świecie.
Najpierw wysyła ich tam, gdzie sam zamierza przyjść. To Pan Jezus jest inicjatorem i przewodzi wszelkiej ewangelizacji. Może się ona spełnić tylko tam, gdzie On sam zechce. Człowiek nie może kierować działaniem Pana Boga, ale powinien przyjąć z pokorą Jego wolę, nawet jeśli ona jest trudna i mówi, że na owoce jeszcze nie czas.
Żniwo wielkie, ale robotników mało, proście więc Pana Żniwa… To nie jest tak, że Bóg ma w zanadrzu rzesze powołanych, tylko my za krótko prosimy i za mało błagamy. Prośba dotyczy tej małej grupki robotników, którzy może już opadają z sił, albo próbują pracować w oparciu o swoje ludzkie zdolności. Chodzi o to, żeby Pan Bóg sam wyprawiał swoich robotników tam gdzie chce i wyposażał we wszelkie łaski, które są im potrzebne.
Powołani są posyłani jak owce między wilki, to znaczy, że więcej mają dokonać cichością i pokorą niż sprytem i przebojem, albo raczej owoce cichej pracy będą trwalsze niż te przyniesione przez spektakularne działania.
Dostojewski w swoim arcydziele pt. Idiota zestawił ze sobą dwa rodzaje ludzi. Jedni, którzy nic nie zrobią, dopóki wszystkiego nie zaplanują, nie przemyślą, nie wykalkulują, bo nie chcą nikogo skrzywdzić i nie chcą działać nierozważnie. Tacy zazwyczaj kończą na samych planach i zamiarach. Drudzy nie boją się działać, czasem najpierw zrobią potem pomyślą, potrafią się też pomylić, ale w sumie to tylko oni osiągną coś w życiu. Ewangelia dzisiejsza żeby nie obawiać się oddolnego działania takich spontanicznych ludzi, nie blokować ich z góry, bo nawet jeśli się potkną, mogą zrobić coś dla Królestwa Bożego, czasem więcej niż odgórnie zaplanowane akcje. Spontaniczność działania i pokój nie przeszkadzają sobie.
Wreszcie najważniejsza sprawa to Boży pokój. Pokój jest pierwszym owocem, jaki przynosi Ewangelizacja. Powołany człowiek powinien emanować Bożym pokojem dokoła siebie. Jest też znakiem rozpoznawczym tego, czy dane działanie pochodzi od Boga. Ono może być słabe, może nie być pozbawione upadków, ale jeśli napełnia pokojem działającego i tych, z którymi działa to znak rozpoznawczy Królestwa Bożego. Panu Jezusowi chodzi o pokój wewnętrzny. Działania nasze mogą być ściśle zorganizowane, ale w tle pełne nerwów i szarpaniny. To nie są dzieła Boże.
Kochani
Pan Jezus po modlitwie w samotności pyta uczniów za kogo uważają Go ludzie? My sami często lubimy, żeby dobrze o nas myślano. Chętnie „zapuszczamy ucho” i chcemy się dowiedzieć, co o nas sądzą inni. Wszystko po to, żeby uspokoić negatywne emocje, albo wprost nasycić swoją pychę. Pan Jezus nie kierował się taką motywacją. Chciał raczej dialogu z ludźmi i jak widać nie obchodziło Go to, że był niedoceniany. Mówiono o Nim, że prorok, że Eliasz, że Jan Chrzciciel, a niekiedy nawet że wariat i że odszedł od zmysłów. A przecież jest Bogiem. Panu Jezusowi nie zależało na żadnych ludzkich pochwałach, tylko na Jego misji, którą miał spełnić. Istnieje taka legenda, że angielski król Artur czasem przebierał się za wieśniaka i chodził po targu. Włączał się w rozmowy prostych ludzi i pytał, co sądzą o królu i jego rządach. I tam dowiedział się więcej niż od ministrów i informatorów. Podobnie robił kardynał Mazarin [czyt. mazarę]. Był on premierem Francji i kiedy usłyszał, że ludzie narzekają, że nie mają gdzie mieszkać, kazał ich wsadzić do więzienia w Bastylii i powiedział, że teraz już mają swoje mieszkanie. Wracając do legendy, bywało i tak, że król Artur usłyszał nieprzyjemne słowa o sobie, ale wtedy nie przysyłał wojska i nie kazał aresztować malkontentów, tylko podejmował mądrzejsze decyzje i starał się lepiej rządzić krajem.
Po co to pytanie zadał Pan Jezus? Po to, żeby wyjaśnić uczniom podstawową sprawę: to, że został przez ludzi odrzucony jako Mesjasz nie było klęską Jego misji. Odrzucenie, cierpienie, kłamliwe opinie na temat Mesjasza, a jednocześnie właściwa wiara garstki uczniów to nie była wpadka ani katastrofa, ale część misji Mesjasza. Jego misja między innymi na tym miała polegać.
Teologia uczy, że po wniebowstąpieniu misja Chrystusa jest kontynuowana już nie w Jego fizycznym Ciele, ale w Jego Ciele Mistycznym czyli w Kościele. Więc co powinniśmy robić my, czyli Kościół, kiedy świat nie uznaje naszej zbawczej roli, kiedy w najlepszym wypadku widzi w nas organizację charytatywną a w najgorszym – przestępczą? Powinniśmy wiedzieć, że to jest część naszej misji, znak rozpoznawczy że jesteśmy na właściwej drodze, że faktycznie jesteśmy Ciałem Mistycznym Chrystusa. A co robimy? Podejmujemy coraz nowe i coraz bardziej wymuszone działania organizacyjne, powołujemy kolejne duszpasterstwa i komisje, żeby odzyskać dawne zaufanie. A ono nie było nigdy takie stuprocentowe, tylko nie zauważaliśmy tego z powodu tłumów na papieskich pielgrzymkach. Tak jak Pan Jezus nie zrażajmy się kłamstwami tego świata, a będziemy Go naśladować.
Kochani
W dzisiejszą uroczystość św. Piotra i Pawła teksty liturgiczne uczą nas o Kościele. Dzieje Kościoła to od początku sprawa prześladowań i sprzeciwu ze strony tego świata. Ale ze wszystkich tych walk Kościół wychodzi zwycięsko, jednak nie po ludzku, ale po Bożemu, jak mówi św. Paweł: Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości. O jakim wieńcu sprawiedliwości może być mowa w przypadku człowieka niesprawiedliwie zabitego za swoją wiarę? Może być to tylko Boży wieniec księcia apostołów, który Bóg wkłada na głowę tych, co wytrwali do końca.
Kościół jest dzisiaj w sytuacji św. Piotra w okowach. Wobec śmierci wielu męczenników i pozornego tryumfu prześladowców śpi snem sprawiedliwego, nawet skuty podwójnym łańcuchem, gotowy na wszystko ze spokojem, gotowy jutro oddać życie. Już wiele razy w historii świata albo poszczególnych krajów ogłaszano koniec Kościoła. Rewolucjoniści francuscy pisali z dumą po śmierci papieża Piusa VI: „umarł Pius VI i ostatni”. Turcy po zagładzie chrześcijańskich Ormian ogłaszali: „u nas nie ma już problemów z chrześcijaństwem, bo chrześcijan już nie ma”. Przywódca radziecki Chruszczow pytał przewrotnie: „iloma czołgami dysponuje papież Jan XXIII, że zabiera głos w sprawach ogólnoświatowych?” Współcześnie w Europie może nie atakuje się Kościoła wprost. Ale prześladowanie staje się ukryte i pełzające jak wąż. Robi się wszystko, żeby obudować Kościół jakimś murem i oddzielić go od społeczeństwa, zwłaszcza od dzieci i młodzieży. Wciąż zamyka się przed Kościołem bramy do przestrzeni publicznej i tu i ówdzie próbuje się Go spętać łańcuchem uderzając np. w tajemnice spowiedzi. Można by wymieniać jeszcze wiele przykładów łańcuchów, które świat chce zarzucać na Kościół. Ale zawsze w przeddzień katastrofy pojawia się Boża interwencja. W I czytaniu św. Piotr zostaje cudownie uwolniony. Podobnie i Kościół, mimo prześladowań w swojej istocie zostaje nietknięty. Choć wielu męczenników przelewa krew nawet i współcześnie, to jednak sam Kościół nie da się ostatecznie zniszczyć, i zawsze wymyka się z rąk prześladowców i od wielkiego upadku, którego oczekuje „widownia tego świata”.
To, że próbowano zniszczyć Kościół już tyle razy i że nigdy się to nie udało, powinno dać do myślenia prześladowcom. Każdy człowiek zrozumie, że walka z Kościołem przypomina walkę z wiatrakami lub syzyfową pracę. Jednak walka trwa, co znaczy, że jej źródło nie tkwi w umysłach ludzkich, ale głęboko w piekle. Tylko piekło może być tak zacięte w swojej nienawiści. A Chrystus mówi: „Bramy piekielne go nie przemogą”.
Uroczystość Bożego Ciała
Obchodzimy Boże Ciało w Polsce bardzo tradycyjnie i pięknie. Nie zapominajmy jednak, że jest to święto Kościoła Pielgrzymującego i Kościoła Walczącego. Wyrazem Kościoła Pielgrzymującego jest procesja, która symbolizuje drogę człowieka przez życie z Chrystusem do zbawienia. Już w Księdze Wyjścia mamy opis wyjścia Izraela z niewoli egipskiej. Prześladowcy zostają porażeni plagami i zatopieni w morzu, a zimna woda – symbol grobu i śmierci – staje się ratunkiem życia dla Narodu Wybranego. Pan Bóg wzbudził swoją moc zbawczą raz. Tym samym aktem swojej mocy ocalił życie wybranych i pogrążył ich prześladowców. Tą samą mocą troszczył się o swój lud podczas jego drogi przez pustynię. Szczególnym wyrazem troski Boga była manna z nieba. W naszym życiu dzieje się podobnie. Chrystus Pan, podczas swojej męki, śmierci i zmartwychwstania zwyciężył nasze grzechy, diabła i śmierć. Ale oni nawet z piekła w swojej pysze wciąż depczą nam po piętach. Ale wtedy przychodzą nam na ratunek wody Chrztu Świętego, które uwalniają nas od śmiertelnego zagrożenia. Idziemy jednak dalej, choć nie brakuje takich, którzy nie doceniają wolności, lecz wciąż tęsknią za czasem niewoli. Dlatego mamy pokarm, którego zazdroszczą nam aniołowie, bo możemy przyjmować z ołtarza Ciało i Krew Chrystusa. Po ich przyjmowaniu poznaje się wolnego człowieka, który nie tęskni za czasem niewoli. Ten Boski Pokarm wystarcza nam na drogę do wieczności.
Druga strona dzisiejszej uroczystości to święto Kościoła Walczącego. Dzisiaj odchodzi się od tego terminu, bo walka kojarzy się nam z religijnymi ekstremistami. Ale tu nie chodzi o walkę z kimkolwiek, ale bojowanie o własne zbawienie oraz o „wywalczenie” sobie, wypracowanie właściwego miejsca w przestrzeni publicznej. Praktykowanie religii składa się z wyznawania wiary i spełniania dobrych uczynków. Ale Pan Jezus daje szczegółowe instrukcje jak to robić. Otóż wyznanie wiary ma być publiczne, a dobre uczynki – prywatne, spełniane w pokornej skrytości, żeby nie afiszować się z tym przed światem. Dzisiejsza procesja jest publicznym wyznaniem naszej wiary, a o naszych dobrych uczynkach, niech dowiedzą się na sądzie ostatecznym. A duch tego świata działa zupełnie odwrotnie. Ci, którzy nie Ida na procesję a jada na długi weekend, który przecież zawdzięczają katolickiemu świętu, będą marudzić stojąc w korkach na zablokowane ulice i apelować, że wiara powinna być sprawą prywatną. A kiedy uda im się zrobić mały dobry uczynek, najchętniej ogłosiliby to w mediach. To jest duch tego świata przeciwny naszemu, stąd wymaga sprzeciwu i duchowej walki.


