Kilka myśli na niedzielę
Kochani
Uroczystość Trójcy Świętej odsłania głęboką, niemożliwą po ludzku do zrozumienia tajemnicę wiary, na której cała nasza wiara bazuje. Pytania o tę tajemnicę są obecne w sercach ludzi. Pytał uczeń katechetę: skoro jest Ojciec i Syn i Duch Święty, to ilu jest Bogów? Jeden czy wielu? Katecheta odpowiedział uczniowi: skoro ty jesteś uczniem tej szkoły, i jesteś też synem swoich rodziców i także mieszkańcem takiego a takiego miasta, to o ilu ludziach tu mowa: o jednym czy wielu?
Myśliciele XX w. protestowali przeciwko tajemnicom wiary: Carnap [czyt. karnap] mówił ze jeśli sprawa nie jest jasna i wyraźna to jest „pozornym problemem” i nie warto o niej myśleć. Wittgenstein [czyt. witgensztajn] pisał: o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć. Ale w naszej wierze jest inaczej; nie da się Boga w Trójcy Świętej dobrze zrozumieć i opisać słowami, ale o Nim nie wolno milczeć i Tajemnicę tę trzeba rozważać i kontemplować. Pan Jezus w Ewangelii mówi, że tej tajemnicy umysły apostołów nie mogą udźwignąć, ale nie zapominajmy, że nie jesteśmy sami w naszym rozważaniu: pomaga nam Duch Święty, którego otrzymaliśmy i to On objawia nam tajemnicę Trójcy. Benedykt XVI powiedział, że kto mówi o Trójcy Świętej, ten tak naprawdę mówi o miłości. Jeśli mamy parę zakochanych, to przecież mówimy o dwóch osobach, ale o jednej, wspólnej miłości. I gdzie ta wspólna miłość jest? W nich między nimi? Czy oni oboje cali są miłością? A jeśli w miłości pojawi się owoc, to mamy już trzy osoby, a wciąż jedną miłość.
Kiedy myślimy o jedynym Bogu, zastanawiamy się jaki On jest? Nie jest przecież Bogiem zamkniętym, który sam sobie wystarcza do szczęścia i nie obchodzą Go losy świata. Jest Bogiem „otwartym”, gotowym wchodzić w relacje, a szczególnie kochać i być kochanym. Tę otwartość Pan Bóg zostawił jako swój ślad w całym kosmosie. W skład materialnego świata wchodzą przecież atomy, ale one jakby przyciągają się nawzajem i tworzą cząsteczki wszystkich substancji, które nas otaczają na świecie. Wszystko co jest dokoła dąży do wzajemnych reakcji i relacji, nie zamyka się samo dla siebie i jest to ślad Boga, który jest Wspólnotą Osób i chce, żebyśmy w tym byli do Niego podobni.
Na reklamie jednego z kryminałów widziałem złośliwe zdanie skierowane do Boga: jeśli ludzie są do Ciebie podobni, to nie chcę Cię znać. Biednym człowiekiem jest autor tych słów, który nie rozróżnia na czym polega Boży Obraz i podobieństwo w nas. Nie polega ono przecież na grzechach, ale na zdolności do wzajemnych relacji, z których miłość jest na pierwszym miejscu.
Kochani
Uroczystość Zesłania Ducha Świętego została nazwana przez papieża Benedykta XVI „znakiem rozpoznawczym” Kościoła. Jedność w Duchu Świętym jest wizytówką Kościoła. Odróżnia ona jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół od małych grupek wiernych nazywanych szumnie „kościołami”, jakich nie brakuje na świecie a teraz także pojawiają się w Polsce.
Na Politechnice Lwowskiej można zobaczyć metaforyczny fresk: oto ogień zaślubia wodę, a ich dziecko – para wodna – napędza potężną lokomotywę. Pan Bóg obdarzył człowieka talentem, aby mógł połączyć dwa pierwiastki, które wydają się niemożliwe do połączenia w naturze. Z tego połączenia powstała energia parowa napędzająca całą rewolucję przemysłową. Źródłem tego talentu odkrywanego w człowieku jest Duch Święty. Duch Święty potrafi łączyć to, co wydaje się nie do połączenia i daje w ten sposób nową, twórczą siłę. Już w Księdze Rodzaju, w drugim opisie stworzenia człowieka suchy proch ziemi zostaje nawilżony przez rzeki nawadniające Raj i powstaje błoto – glina, z której Bóg formuje ciało człowieka. W Księdze Wyjścia Boży płomień łączy się z suchym krzewem, ale zamiast go spalić, staje się środkiem komunikacji Boga – Bóg przemawia w płonącym krzewie do Mojżesza. Ogień Ducha Świętego działa jak ziemski ogień – potrafi zapalać kolejne płomienie, ale nigdy nie niszczy. Raczej zapala do gorliwości, bo przecież termin „gorliwy” pochodzi od staropolskiego terminu „gorzeć” co znaczy „płonąć żywym ogniem”. Duch Święty w opisie Zesłania z Dziejów Apostolskich łączy dwanaście grup ludzi, które celowo wymienia św. Łukasz. Symbolicznie oznacza to zjednoczenie całej ludzkości, choć przecież bogactwo kultur i historii różnych narodów sugerowałoby, że tego zjednoczyć się nie da. Dodatkowo św. Łukasz celowo wymienia ludzi z północy, południa, wschodu i zachodu, bo Duch Święty napełnia cały okrąg ziemi. Jednoczący ogień Ducha Świętego przenika przez najgłębszy podział, jaki istniał w tamtych czasach: przez podział na Żydów, to znaczy wiernych i pogan, to znaczy niewiernych. Taka jedność przeciwieństw była pragnieniem Pana Jezusa.
W Ewangelii mamy fragment mowy Pana Jezusa z Ostatniej Wieczerzy. W mowie tej Pan Jezus objawia wnętrze swojego serca. Nie ma większego objawienia serca niż powiedzieć bliźniemu o co się człowiek modli. To Boże Serce niedługo potem zostało otwarte na krzyżu i rzeczywiście wypłynęła z niego krew jak ogień i osocze jak woda – zdroje Ducha Świętego. Pan Jezus skłoniwszy głowę oddał nam Świętego Ducha.
Kochani
Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę – mówi Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii. Gdybyśmy przeprowadzili sondę uliczną lub inne badania, w naszym środowisku w obecnych czasach i zadali pytanie kto miłuje czyli kocha Boga, to zdecydowana większość chętnie by swoją miłość do Boga potwierdziła. A tu mamy sprawdzian: kto mnie miłuje zachowuje Moją naukę, a jest taki między nami, kto naprawdę zawsze i wszędzie czyni wszystko, czego Pan Jezus uczył? Nie sądzę, żebyśmy żyli wśród aniołów. Zatem jak jest naprawdę z miłością Boga? I pojawia się wyrzut: nie potrafisz zachować nauki Bożej w całości, to znaczy że nie kochasz… Kochani uważam, że ten oskarżający tok myślenia jest błędny. Tę Ewangelię wyjaśnia pierwsze czytanie, w którym już w pierwotnym Kościele pojawiały się pytania o to, co trzeba robić, aby podobać się Bogu. Wielu wówczas odpowiadało, że trzeba zachować wszystkie prawa Startego Testamentu (a każdy Izraelita wiedział, że to graniczyło z cudem), a jeszcze do tego całą Ewangelię Chrystusa. Wystarczyło głosić takie poglądy i już mieliśmy Kościół idealny albo dla faryzeuszów, którzy dobrze udają, albo dla sfrustrowanych, którzy ciągle się dręczą, że daleko im do zbawienia. Apostołowie rozstrzygnęli tę sprawę już dawno, więc nie wiem czemu tak wielu wiernych zadręcza się skrupułami do dzisiaj. A rozwiązanie brzmiało tak jak pierwsze słowa z dzisiejszej Ewangelii: Tylko ten, kto najpierw Mnie miłuje mówi Pan Jezus, będzie tak naprawdę spełniał Moją naukę. Zatem drogę do Boga powinno się zaczynać od miłości do Chrystusa, a nie od wejścia na wyżyny moralne. Miłość Chrystusa jest początkiem prawdziwego chrześcijańskiego życia, dostępnym nawet dla najsłabszych, a nie dopiero jego owocem, jakby nagrodą dla doskonałych. W takim razie zapytajmy na czym polega miłość do Chrystusa?
Pan Jezus daje taką odpowiedź: gdybyście Mnie miłowali, uradowalibyście się, że idę do Ojca. Ja (Bóg) odchodzę od Was (w Osobie Syna), ale przyjdę powtórnie niebawem (w Osobie Ducha Świętego). Miłość do Chrystusa polega na radości z tego, co Pan Jezus robi i radości z każdej Jego wizyty w naszym życiu, obojętnie w jakiej postaci zapuka do naszych drzwi. Miłość do Chrystusa to radość z tego, co i Jego cieszy, to radowanie się Jego radością. Żeby jednak w ten sposób postępować, to trzeba radości Chrystusa znać. Trzeba Go bliżej poznać, wręcz zaprzyjaźnić się z Nim i Jego sprawy wziąć do swojego serca. Wtedy mamy obiecane nawiedzenie od samego Boga i zamieszkanie Jego w naszym sercu, czyli sumieniu i duszy. Wówczas zachowanie przykazań będzie wypływało z nas.
Kochani
Uroczystość Wniebowstąpienia jest radosna, mimo tego, że od tego momentu poza cudownymi objawieniami, które są specjalną łaską dla człowieka, nikt już nie ogląda Chrystusa Pana własnymi oczami. Kiedy rozstajemy się z najbliższymi, chodzi np. o pogrzeb, to godzimy się z myślą, że nie będą już oni obecni w naszym życiu i wracamy z cmentarza najczęściej płacząc. A apostołowie wracali z Góry Oliwnej pełni radości, choć przecież po ludzku rozstali się z Chrystusem. Co znaczy ta różnica? Znaczy ona, że Wniebowstąpienie – jako wydarzenie jedyne w swoim rodzaju – zupełnie nie przystaje do ludzkiego myślenia. Jest po prostu niepowtarzalnym cudem, w którym nie jesteśmy w stanie wyjaśnić jak to było, ale wiemy, jakie odniosło skutki w naszych duszach.
Wniebowstąpienie, szczególnie takie, jakie znamy z obrazów, jest bardzo wyśmiewane przez ludzi niewierzących. Oto Pan Jezus unosi się w górę ku chmurom. Czyżby niebo, a więc Wieczne i Duchowe Królestwo Boga znajdowało się nad konkretną długością i szerokością geograficzną? Wiemy że niebo jest rzeczywistością przekraczającą nie tylko obłoki nad ziemią, ale i cały wszechświat. A jednak przecież apostołowie którzy to widzieli i Ewangelista Łukasz, który to opisał, nie byli idiotami. Gdyby Wniebowstąpienie było zwykłym zakończeniem misji Chrystusa, napisaliby pewnie, że nie są ważne wydarzenia czy słowa, ale wiara i przesłanie Pana. Tymczasem to wydarzenie zostało opisane właśnie tak, jak to widzieli i opisy są zgodne we wszystkich Ewangeliach.
Dla mnie osobiście Wniebowstąpienie było cudem na wzór Przemienienia Pańskiego. Pan Jezus uniesiony nad ziemię, już po trosze w blasku chwały, błogosławi uczniów i napełnia ich pokojem i cudowną radością, jakiej nie znają inni ludzie. Jest to wydarzenie na miarę cudu słońca w Fatimie, gdzie ludzie wpatrywali się w niebo a dzieci widziały Świętą Rodzinę i Jezusa błogosławiącego wszystkich na tle tańczącego słońca. cudownego światła nad Gabaonem, czy uciszenia burzy na jeziorze. Ten cud ma charakter finalny, jakby Pan Jezus chciał, żeby był ostatnim wspomnieniem, jakie uczniowie o Nim zachowają: cud na rozstanie, ostatni na ziemi rozbłysk Bożej Chwały. W sumie to przedostatni, bo ostatni jeszcze przed nami, w czasie końca świata.
Wniebowstąpienie było tak tajemniczo mocne, że uczniowie, którzy je widzieli nie mogli o nim milczeć, a głos ten rozbrzmiewa do dzisiaj. Obecnie na Górze Oliwnej stoi kościół ze strzelistą wieżą wskazującą na niebo. Przewodnicy nazywają ją „ołówkiem”. Ten najwyższy punkt Jerozolimy jest niemym świadkiem kulminacji Bożego Objawienia.
Kochani
Słyszymy dziś kolejne, znów krótkie ale bardzo wymowne przesłanie Chrystusa Pana: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali”. Apostołowie byli Izraelitami, znali dobrze Stare Przymierze i wiedzieli, że wszystko może się zmienić, ale Słowo Boże się nie zmieni. Tymczasem Pan Jezus daje nowe przykazanie. To nie znaczy, że Bóg zmienił zdanie, ale to znaczy, że przyszedł zupełnie nowy świat, nowe okoliczności, Nowe Przymierze czyli nowa epoka. O ile Stare Przymierze było przypieczętowane krwią baranka, o tyle Nowe też miało być przypieczętowane krwią Baranka Bożego. Rodzi się na oczach apostołów nowa wiara, nowa wspólnota, Nowy Lud Wybrany i rozpoczynają się nowe dzieje nowej Historii Zbawienia.
Ks. Węgrzyniak bardzo trafnie opisuje czym się charakteryzuje Nowe Przymierze i nowe przykazanie. Zwraca uwagę na pierwszy szczegół: było ono ogłoszone zaraz po wyjściu Judasza z Wieczernika: wyszedł, by dokonać zdrady, odłączył się od Chrystusa a wspólnota Apostołów podzieliła się, co prawda 11 do 1, ale się podzieliła i była już niepełna. Czyli wydawałoby się, że była to porażka misji Chrystusa, który chciał zgromadzić wszystkich, co oznacza doskonała biblijna liczba 12. Co my ludzie robimy zazwyczaj po kłótni, która kończy się wyjściem z trzaśnięciem drzwiami? Zaczynamy szemrać, sądzić, planować zemstę, użalać się nad sobą, oskarżać się nawzajem, akcentować ból, który nam zadano. Pana Jezusa po ludzku musiało to zaboleć, a On nie odwołał się ani słowem do Judasza, ale zaczął mówić o miłości. Dlaczego przykazanie to było nowe, przecież Przykazanie Miłości, tzw. Szema Izrael, czyli „słuchaj Izraelu” było znane. Bo tamto przykazanie mówiło o zawężonej miłości: miłości do swoich, miłości do momentu kiedy samemu się jest kochanym i uznawanym. Izraelici znali miłość, ale otoczona była pewnymi warunkami. Była to miłość, bo… miłość, jeśli…, miłość, ale… U Pana Jezusa jest miłość w zupełnie nowej odsłonie. Jest to miłość mimo wszystko, mimo zdrady, mimo bólu, mimo porażki, miłość i kropka.
Kiedy za kilka godzin Piotr i Jan będą szli na dziedziniec arcykapłański, Piotr zostanie rozpoznany jako uczeń Jezusa. Poznają go po mowie i po tym, że był widziany z Chrystusem w Ogrójcu. Od tej pory uczniów Chrystusa będzie się poznawać po wzajemnej miłości mimo słabości i przeciwwskazań. Od tej pory pianie koguta będzie przypominać każde nasze zaparcie się miłości, bo Miłość jest imieniem Boga Wcielonego. Miłość wzajemna oznacza też bycie kochanym, bo tylko człowiek, który jest kochany może prawdziwie kochać.


