Kochani

Wszystkie Ewangelie Okresu Wielkanocnego opisują spotkania uczniów z Chrystusem Zmartwychwstałym i słowa, które do nich wypowiedział. W Ewangelii św. Jana jest wiele wypowiedzi Chrystusa dokładnie zanotowanych, więc jeśli nawet Jan umieścił je gdzieś w środku swojej Ewangelii jest duża szansa na to, że powiedział je Pan Jezus Zmartwychwstały. Słowa te musiały mieć jakąś wyjątkową moc niedostępną ludziom, a dostępną tylko Bogu, że zapadły w pamięć apostoła. Do takich słów należy dzisiejszy fragment: mowa o Dobrym Pasterzu. Jest to jeden z tytułów Mesjasza.

Nawet i w doczesnym świecie wiadomo, że tytuły się zdobywa: mogą to być tytuły naukowe, zawodowe, stopnie wojskowe, odznaczenia, itp. Nie powinno się przecież dostawać tego za darmo. Także na nieoficjalne tytuły, np. na miano dobrego ojca lub dobrej matki lub dobrego pracownika trzeba sobie zasłużyć. Chrystus Pan przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie dostąpił miana Zbawiciela, Odkupiciela, Zwycięzcy śmierci, Boga żywego i prawdziwego, a także zdobył tytuł Dobrego Pasterza, bo właśnie oddał życie za swoje owce i nawiązał z nimi więź nieznaną dotąd w żadnej religii ani w żadnej społeczności. On jest naszym Pasterzem a my Jego ludem, owcami Jego pastwiska.

Każdy, kto ma do czynienia z oswojonymi zwierzętami wie, że nie każdego człowieka one zaakceptują. Wśród ludzi można przysłać jakiegoś przełożonego z nadania „z góry”, z klucza politycznego, albo po znajomości, i niestety takiego też trzeba słuchać i jego polecenia są ważne i prawomocne, bo takie są przepisy. Tymczasem zwierzęta, która są z ludźmi nie znają żadnych przepisów: albo kogoś zaakceptują, albo nie i można je przywiązać sznurem lub poganiać kijem, ale nie będzie się ich prawdziwym pasterzem. Jeśli człowiek postawiony nad innymi ludźmi w jakiejkolwiek społeczności, od rodziny do państwa włącznie, chce naprawdę należeć do swojego ludu, a lud chce czuć się bezpiecznie i należeć do niego, to nie wystarczą nadania, przepisy i prawo. Będą one działać, ale wszyscy się będą męczyć. Więzi człowieka z człowiekiem powinny iść znacznie dalej. Droga od człowieka do członka, od serca do serca, jest wąska i ciernista – przypomina górskie pastwiska. Ale bardzo potrzeba ludzi, którzy będą mieli odwagę tę drogę pokonywać, za cenę poranionych nóg i rąk i serca jak Chrystus – Dobry Pasterz.

Dzisiaj modlimy się szczególnie mocno o dobre powołania, o kapłanów, którzy nie będą bazować na nadanych tytułach, ale będą mieli odwagę iść przez ciernie do swoich pogubionych owiec, za cenę ran na dłoniach i stopach. Takich właśnie chce mieć Chrystus.

Kochani
Dzisiejsza Ewangelia opisuje spotkanie uczniów z Chrystusem Zmartwychwstałym. Kiedy miało miejsce to wydarzenie? Piotr ogłasza wieczorem, że idzie łowić ryby, to znaczy jakby po naszemu powiedział: biorę się do roboty. Brzmi to jak koniec świętowania i trzeba pracować, a więc szabat – sobota kończy się (u Izraelitów dzień liczył się od wieczora do wieczora), więc w nocy z soboty na niedzielę próbowali łowić ryby na Jeziorze Genezaret. W domyśle w niedzielny poranek sam Jezus przyszedł do nich i kiedy nie mieli żadnych ryb kazał im zarzucić sieci. Podobny cud zdarzył się trzy lata wcześniej, kiedy Pan Jezus powołał pierwszych apostołów, więc na pewno pamiętali takie wydarzenie, właśnie ten cud. Tutaj jednak zdaje się, jakby to spotkanie było zupełnie nowe, jakby byli zanurzeni w jakimś innym świecie: nie poznali tej sytuacji i nie poznali samego Pana Jezusa.
Benedykt XVI, kiedy prowadził rozważania na temat Zmartwychwstania, napisał, że to wydarzenie należało do innej rzeczywistości, nawet bardziej prawdziwej niż ta, w której żyjemy, jednak wymykającej się naszym zmysłom i myślom. Siedem dni tygodnia to streszczenie całej historii naszego świata: przysłowiowe sześć dni stworzenia to cała doczesność, cała historia Zbawienia, aż do przyjścia Chrystusa na świat. Dzień siódmy, dzień szabatu, oznacza czasy ostateczne, od Chrystusa do końca świata. Właśnie my żyjemy w tych czasach. A zmartwychwstanie zdarzyło się jeszcze potem, dlatego niedziela zmartw stania nazwana jest niekiedy ósmym dniem tygodnia, dniem, który przekracza wszystko i nie mieści się w naszej rzeczywistości ani w naszym czasie ani w żadnym miejscu. Pan Jezus pozwolił zakosztować uczniom tego nowego świata, który przyniósł nam, kiedy zwyciężył cały stary świat waz ze śmiercią panująca na nim.
Pan Jezus pyta najpierw czy mają jakiś pokarm. Potem każe im zarzucić sieci z prawej strony, a więc wykonać czynność symboliczną, a potem i tak sam dla nich przygotowuje posiłek, oni tylko dodają co złowili. Najpierw ryby pojawiają się znikąd, a potem pokarm przygotowany przez Pana Jezusa, a więc jest to nowy świat – świat cudów, w którym ludzkie myślenie zawodzi, zmysły przesłania zasłona, a jedynie ten uczeń, który kocha wie, że spotkali żywego Pana. Jan wie, bo kocha, a miłość jest jedynym środkiem łączącym nasz doczesny świat z wiecznością Chrystusa Zmartwychwstałego.
To wszystko, co stało się w Ewangelii, dzieje się w liturgii. Tutaj nie działa czas, wykonuje się czynności symboliczne, to Bóg obdarza nas a nie my Jego, a serce kochającego człowieka wie, że w znakach Mszy Świętej spotyka żyjącego Boga.

Kochani
W Niedzielę Miłosierdzia Bożego sam Chrystus szczególnie objawia nam ten przymiot Boga. Stanowi on swoisty kontrast pomiędzy tym, jak wielki potężny w swojej mocy jest Bóg a tym, jak czule pochyla się nad nami, mając na uwadze naszą słabość i nędzę. Ten kontrast jest tak duży, że wielu ludzi ma problem z zaufaniem Bożemu Miłosierdziu. Dlatego dzisiaj otrzymujemy Jego ponowne objawienie.
Wiemy, że po Zmartwychwstaniu Chrystusa wspólnota chrześcijan kontynuuje Jego misję. Przez ręce uczniów dzieją się potężne cuda i nie boja się oni mówić wprost faryzeuszom, że zabili swojego Boga. Dlatego ludzie ich podziwiają z daleka, boją się do nich zbliżyć, otacza ich aura tajemnicy i Bożej potęgi. Ale oto następują uzdrowienia, i wielu ludzi się zbiega, kładą swoich chorych nawet w cieniu Piotra, a łaska Boża wszystkich uzdrawia i uwalnia od złych duchów. Wylanie łaski Bożej sprawia, że ludzie pokochali tę wspólnotę i przyłączali się do nich: nie było się czego obawiać, męka Chrystusa nie ma być pomszczona, ale ma przynieść uzdrowienie i odkupienie nawet tym, którzy do niej się przyczynili.
Podobnie swoje miłosierdzie objawił Pan Jezus św. Janowi. Kiedy ten w czasie wizji na wygnaniu zobaczył cały Jego Boski majestat upadł na twarz. Ale ten sam Chrystus, który pokonał śmierć i teraz ukazał się w chwale pochylił się nad nim czule i przypomniał, że jest tą samą Osobą, przy której sercu spoczywał podczas Ostatniej Wieczerzy.
Z takim samym miłosierdziem Pan Jezus potraktował niewiernego Tomasza. Najpierw pokazał uczniom stygmaty, znaki swojej chwały i zwycięstwa nad śmiercią. Objawił im się w swojej Boskiej i ludzkiej postaci i dał im udział w swoim Bożym dziele. A tydzień później pochylił się nad słabością Tomasza, którego zapewne znał jako niedowiarka. Zniżył się aż do jego poziomu. Oto Bóg gotów był przystać na warunki człowieka o małej wierze. Nie obraził się wcale na Apostoła, ale swoim aktem miłosierdzia rozbroił jego niewiarę i wyrzuty sumienia, które przecież powstały, kiedy Pan Jezus wypomniał mu brak wiary.
Każdy z nas jest dzisiaj Tomaszem, tylko że nasz brak wiary objawia się na różne sposoby: narzekamy, boimy się, próbujemy dominować nad innymi, denerwujemy się szybko, uciekamy w nałogi lub z pychą wyrzekamy się nawet próby uwierzenia. Zadziwiające jest jednak to, jak Boży majestat skłania się do samego dna naszych słabości, unieszkodliwia je tam, gdzie powstają, na dnie naszych serc i daje ufność w Jego wielkie miłosierdzie.

Uroczystość Matki Bożej Królowej Polski
Wielu ludzi patrzy dzisiaj podejrzliwym okiem na uroczystości, które są jednocześnie świętami kościelnymi i państwowymi. Podnoszą się wtedy różne głosy: a to o konieczności definitywnego oddzielenia Kościoła od polityki, a to o tym, że nie wszyscy Polacy są przecież wierzący, albo o tym, że prawdziwy patriotyzm dzisiaj polega bardziej na segregacji śmieci i redukcji śladu węglowego niż na podnoszeniu biało-czerwonego sztandaru i wspominaniu wielkich wydarzeń z historii narodu. Spróbujmy tutaj odpowiedzieć sobie na pytanie jak to jest naprawdę ze świętami państwowymi i kościelnymi.
Znany myśliciel Max Scheller uczył, że ludzie z natury gromadzą się w grupy i społeczności. Te społeczności mogą być różne, a mianowicie: masa, plemię, społeczeństwo i wspólnota. Najbardziej prymitywną grupą ludzi jest masa czyli tłum. Człowiek w nim zanika, staje się bezimiennym „obywatelem”, numerkiem na liście, trybikiem w maszynie. Tłum czy też masa nie działa na mocy rozumu, ale na mocy instynktu. Biorą w nim górę emocje, obowiązuje „psychologia tłumu”, gdzie człowiek bezmyślnie robi to, co wszyscy, pojawiają się zachowania bardziej podobne do stada niż do gromady rozumnych ludzi. Wielu przywódcom zależy, żebyśmy byli masą, lub tłumem, bo taką masą łatwo się kieruje, wystarczy rzucić parę haseł. To właśnie podburzony tłum domagał się śmierci Chrystusa.
Wyżej od tłumu stoi plemię. Jest to wspólnota życia ludzi połączonych więzami, często więzami krwi, a czasem po prostu wspólną historią. W plemieniu ludzie potrafią się podzielić zadaniami: najczęściej starszyzna rządzi, najsilniejsi i najzdrowsi pracują, najbardziej sprawni bronią bezpieczeństwa, a kobiety zajmują się wychowaniem dzieci i podtrzymywaniem domowego ogniska. To właśnie plemię Polan założyło nasze państwo, a jedność i wzajemna troska była jego siłą.
Jeszcze lepszą od plemienia grupę ludzi stanowi społeczność. To są ludzie połączeni wspólnymi celami, wartościami, kulturą, historią, a często nawet wspólnym obszarem, na którym żyją. Społeczeństwo tym się różni od plemienia, że ma już pewien ustrój, to znaczy wybrani ludzie sprawują tam władzę (najczęściej wybiera ich sama społeczność), potem ustanawiają prawa i jako pierwsi stojąc na ich straży sami ich przestrzegają. Takimi społecznościami są współczesne państwa, także i nasze, w którym żyjemy. Widzimy jednak, że nawet społeczność, choć już dobrze zorganizowana, potrafi mieć swoje problemy – dzieją się one na naszych oczach. Dla ludzi niewierzących jest to jednak najwyższa forma życia wspólnego. Wierzącym na pomoc przychodzi religia i proponuje jeszcze doskonalsze stadium rozwoju, czyli wspólnotę.
Wspólnotę powinna łączyć jedność na poziomie serca, co oznacza, że wszyscy jej członkowie mają podobnie działające sumienia – są w stanie zrozumieć i zgodzić się co jest dobrem a co złem oraz wspólnie nazwać je po imieniu. Państwo może rozwinąć się i wejść na poziom życia wspólnotowego, ale nie zrobi tego bez wiary religijnej. Wspólnota opiera się głównie na miłości bliźniego, czyli przyjmowaniu siebie nawzajem jako daru. Nie ze względu na to, co i ile możemy ze wspólnoty wynieść, ale ze względu na samego bliźniego, w całej prawdzie o nim.
Oddawanie czci Maryi jako Matce i Królowej Polski pozwala wznieść nasze oczy ku górze i nie dać się za pomocą politycznych manipulacji sprowadzić do bezimiennej masy, ale wejść na poziom wspólnoty. Lepiej więc będzie dla państwa i naszej społeczności oddzielić ją od polityki, niż od wiary i Kościoła.

Niedziela Palmowa
Dzisiejsze święto zaczyna się od palm, okrzyków wesela i pieśni pochwalnych a kończy się na agresywnych wyzwiskach i męce na krzyżu: jakby dwa oddzielne światy w jednym. Znakiem, który spina te dwa światy: tajemnicę chwały i tajemnicę hańbiącej męki jest gałązka palmowa: oznaka tryumfu ale i męczeństwa, bo czy oddanie swojego życia z dobrej woli nie jest tryumfem nad tymi, którzy chcą je zabrać? Nic tak nie drażni wrogów Zbawienia jak gałązka palmowa tryumfu i męczeństwa.
Aleksander Sołżenicyn opisywał walkę ze znakami Zbawienia w Związku Radzieckim. Władze, które bardzo szybko doprowadziły kraj do nędzy i głodu zaczęły walkę propagandową z kościołem prawosławnym. Krytykowano złote kopuły cerkwi i stare piękne ikony i kadzidła w świątyniach podczas gdy dokoła robotnicy i chłopi cierpią biedę. Wtedy patriarcha cerkwi powiedział, że chętnie zasiądzie do stołu, porozmawia, dogada się i chętnie odda dużą część majątku na potrzeby biednych i głodnych. Władze sowieckie nawet nie chciały rozmawiać. Propaganda i nienawiść rozszalała się jeszcze bardziej i bojówki zaczęły grabić cerkwie z tego, co sami byli gotowi oddać. Tu nie chodziło o ratowanie kraju czy biednych, ale o zniesławienie, przysłowiowe przetrącenie kręgosłupa i zniszczenie autorytetu.
Ten sam spisek uknuty od wieków w piekle, polegający na odarciu z chwały i z autorytetu, dał o sobie znać już pod drzewem rajskim, kiedy zły duch chciał w oczach ludzi ograbić z chwały Boga i podważyć Jego autorytetem, ten sam spisek przewija się przez kolejne wieki. Tak właśnie faryzeusze i arcykapłani chcieli postąpić z Chrystusem. Mogli podburzyć motłoch, a posypałyby się na Pana Jezusa kamienie. Ale im nie zależało na tym, żeby się Chrystusa po prostu pozbyć. Chcieli wydać Go na ukrzyżowanie, na pogańską, haniebną śmierć. Chcieli, żeby stał się znakiem przekleństwa i sprzeciwu. Żeby ludzi na samą myśl o Chrystusie odwracali oczy ze wzgardą.
Podobne metody stosuje się i dzisiaj w różnych miejscach na świecie i to nie tylko względem wiary czy Kościoła, ale także wszelkich dzieł Bożych, np. rodziny, wartości cierpienia czy samego życia. Zmianę narracji z „hosanna” na „ukrzyżuj” możemy obserwować sami w ciągu jednego pokolenia. Cierpienie Bożego Sługi jest bolesne, ale „wola Pańska spełni się przez Niego”. Chrystusowi nie zabrano życia ani chwały. Oddał je dobrowolnie, a więc odzyskał je po wielekroć. Uczmy się podobnej postawy, kiedy świat zdaje się nie zostawiać wyjścia Sługom Bożym. Co oddasz – odzyskasz z mocą.


I (Wielki Czwartek msza wieczorna)
W czasie Mszy św. Wieczerzy Pańskiej Ewangelia nie opowiada o ustanowieniu Eucharystii. Nie musi opowiadać, bo to wydarzenie dokonuje się na żywo we Mszy św. Po co opowiadać, skoro możemy wprost w czymś uczestniczyć.
Wokoło nas pełno jest różnych słów. Można je podzielić na dwie grupy. Jedne są proste i jasne, np. czwartek, sąsiad, samochód, itp. Drugie są bardziej wzniosłe, mogą być nawet piękne, ale nie zawsze są jasne i różnie można je rozumieć. Są to: dobro, piękno, przyjaźń albo i miłość. One znaczą o wiele więcej niż te proste, ale nie dal wszystkich znaczą to samo. Mogą być różnie interpretowane. Co więcej, jeśli są używane źle to znaczy w złym celu albo przez złych ludzi, mogą stać się puste, mogą prowadzić do nadużyć a nawet do nieszczęścia. Te słowa to bardziej symbole czy też misteria-tejemnice. Kiedy chcemy zrozumieć albo wyjaśnić komuś tajemnicę, mówienie może być mało przydatne. Najlepsze są wtedy czyny, a więc znaki. Pan Jezus przez całe swoje ziemskie życie uczył o miłości. Mówił wiele w przypowieściach i pokazywał w cudach. W końcu klęknął przed uczniami i obmył im nogi. Klęknął przed Piotrem, który zaraz miał się Go zaprzeć i przed Judaszem, który Go zdradził.
W opisie stworzenia świata mamy w Biblii wymowny obraz. Ziemia najpierw jest pustynią i prochem. Pan Bóg sprawia, że wytryskuje źródło i wypływają z niego cztery rzeki i nawadniają ten piasek. Nawodniony piasek staje się błotem, z którego Bóg lepi ciało człowieka. Człowiek – owoc ziemi i pracy Stwórcy. Ten gest współpracy twórcy z ziemią powtarza się kiedy wytwarzany jest chleb: owoc ziemi i pracy człowieka. Natomiast krew krąży w człowieku jak życiodajny sok w winnym krzewie. Krew w Biblii oznacza życie. Pan Jezus – Pan i Nauczyciel – wszedł w rolę sługi, który podaje wodę, obmywa i zastawia stół. Stawia na stole chleb i wino – najprostszy i codzienny pokarm, który mocą Ofiary Krzyża staje się naprawdę Ciałem i Krwią Chrystusa. Przez swoje Ciało kładzie na ofiarę całe dzieło stworzenia, którego koroną jest człowiek, ofiaruje całe swoje człowieczeństwo. Przez Krew ofiaruje całe swoje życie ludzkie z jego trudami i cierpieniem i Boże życie wewnętrzne.
Czasem nabieramy przekonania, że im więcej się trudzimy przy czymś, im więcej się poświęcamy, tym bardziej mamy do tego prawo. Mowa tu o różnych dziełach materialnych i relacjach międzyludzkich, np. wychowanie dzieci. Mamy więc wiele z ducha pracy i działalności. Powinniśmy się jednak uczyć ducha ofiary, żeby umieć poświęcić koronę naszych dzieł, krwawicę naszego życia, tak jak Chrystus Pan w czasie Wieczerzy i Męki.


II (Wielki Piątek liturgia wieczorna)
Ten wielki dzień zasługuje na milczenie z szacunkiem. Liturgia dzisiejsza charakteryzuje się wielką ciszą, taką, jaka zaległa na świecie, gdy umarł Pan. To nie jest zwykła śmierć – Nieśmiertelny nie umiera z konieczności jak my, kiedy przyjdzie na nas pora. On sam oddaje swoje życie. Nie cierpi dlatego, że jest związany i bity, ale dlatego, że każdy cios przyjmuje dobrowolnie. Ten, który potrafi policzyć wszystkie włosy na głowie człowieka, który żywi ptaki niebieskie i przyodziewa polne lilie, bez którego wiedzy nawet wróbel nie spadnie na ziemię pozwala się dręczyć z miłości do ludzi.
Męka i agonia Wielkiego Piątku to długie godziny cierpienia. Ale w tych godzinach streszcza się historia cierpienia zadawanego Bogu przez Jego umiłowane stworzenie: od początku stworzenia aż do końca świata.
Pan Jezus pokazał nam za swojego ziemskiego życia wiele znaków. Wszystko, co robił: przypowieści, cuda, spotkania z ludźmi, wszystko to były znaki rzeczywistości duchowej i wiecznej: Zbawienia, które dokonuje się właśnie w świecie dusz. Podobnym znakiem jest męka Chrystusa, która dokonała się, choć mógł zbawić świat jednym swoim słowem. Miał zatem swój cel. Trudno słowami objawić miłość. Słowa wszystko zmieszczą i można je zawsze wypowiedzieć. Dzisiaj w natłoku słów stały się towarem niemal bezwartościowym. Kryzys, przez który spada wartość wszystkiego dotyka nie tylko ekonomii, ale przenika chyba cały świat. Ofiara Krzyża nigdy jednak nie straci na wartości: zawsze będzie mówić prawdę o tym, co dzieje się między człowiekiem a Bogiem. Do czego w skrajnym przypadku zdolny jest człowiek i do czego zdolny jest Bóg. Serce człowieka pozostawionego samemu sobie już od rajskiego drzewa może stać się prawdziwą fabryką kłamstwa i nienawiści. Serce Boże otwarte dzisiaj włócznią na krzyżu jest niewysychającym źródłem miłości i jej niegasnącym płomieniem.
Wszystko na świecie się kończy: życie człowieka, surowce naturalne, skończy się nawet energia słońca. Kończy się też nienawiść ludzka i grzech ma swoją granicę. Jest nią śmierć. Poza nią człowiek nie może sięgnąć swoją pomysłowością, wynalazkami, polityką a szczególnie swoją nienawiścią. Śmierć kończy wszystko, co ludzkie. Ale dla Boga, dla Jego miłości i miłosierdzia śmierć nie jest żadną granicą. Kto kocha nie boi się śmierci, bo miłość potrafi ją przetrwać, dlatego, że miłość jest z Boga. Wszystko, co pochodzi od Boga jest w stanie przetrwać śmierć. Dzisiaj zeszliśmy się razem pod Chrystusowym krzyżem w nadziei, że nie umrzemy całkiem, że On ochroni to, co dobre w nas przed śmiercią: Drzewo życia.


III (Wigilia Paschalna)
Wczujmy się w to, co odczuwały kobiety idące do grobu Chrystusa z wonnościami, kiedy jeszcze było ciemno. Wydawało się, że wszystko dobiegło kresu. Pan Jezus mówił jeszcze niedawno o sobie: Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem. Teraz ten nazwany Życiem po prostu leży w grobie. Ten, który nazwał się Prawdą i zapowiedział wiele wspaniałych rzeczy, teraz zamilkł i ciśnie się na usta pytanie czy to wszystko się w ogóle spełni? A co z drogą, którą się Jezus nazwał? Wydawało się, że okazała się ślepą uliczką. Na uwagę zasługuje bezradność tych kobiet – bohaterek dzisiejszej Ewangelii. Najpierw nie wiedziały kto im odsunie kamień, a potem, kiedy nie znalazły Ciała Chrystusa również były bezradne. Brzmi to jak koniec ślepej uliczki – granica, której już nie da się przekroczyć – mur nie do przebicia. Ale znalazła się jedna iskierka nadziei. Coś, co nie umarło mimo tego, że śmierć zdała się zwyciężyć. Była to miłość. Pogrzebać umarłych to uczynek miłości i miłosierdzia. Nie zdążyli tego zrobić dokładnie w Wielki Piątek, więc trzeba było dopełnić dzisiaj. Miłość nie ma wymówek, nigdy nie ustaje, miłość przynagla bezradne kobiety i nie każe im się martwić zawczasu.
Serca trzech niewiast idących od Jerozolimy po ciemku są dzisiaj jak trzy płomyki świec, które rozświetlają ciemności, tak jak widzieliśmy na początku Liturgii. Płonie w nich zwykła miłość, na jaką stać człowieka. Są jak panny mądre z przypowieści Pana Jezusa – idą z lampami miłości w sercach na spotkanie Oblubieńca. Oliwa nadziei zdała się wypalić w sercach ludzi, nawet apostołów. A panny roztropne ją jeszcze miały i właśnie one spotkały anielskiego posłańca jak weselnego drużbę, który im powiedział: Idzie Oblubieniec, młody i żywy, wyjdźcie Mu na spotkanie! Można powiedzieć, że przez tę wiadomość dolali oliwy do lamp ich serc, a te zapłonęły jeszcze jaśniej. I zaraz pobiegły do wieczernika, jeszcze tonącego w ciemności, i zaczęły rozgłaszać Dobrą Nowinę o zmartwychwstaniu. Zaczęły od płomyków lamp swoich serc zapalać serca Apostołów. Mokre od łez jeszcze nie od razu zaczęły płonąć wiarą i miłością. Poszedł Piotr do grobu mając serce jak dymiący kaganek, bo jeszcze nie zapłonął w nim ogień miłości. Ale coś zaczęło się od nowa – mur został przebity.
Wielu z nas mogłoby się spodziewać, że w tej Ewangelii ostatecznie pojawi się Pan Jezus Zmartwychwstały, ale nie zobaczyły Go oczami, choć płomyki ich serc spotkały się ze światłem żyjącego Boga. My – uczestnicy Liturgii – oderwaliśmy się na jakiś czas od telewizyjnych obrazów. Nasze ludzkie oczy nie widzą Pana Jezusa, ale jednak spotykamy Go żywego. Jak bardzo jesteśmy podobni z naszymi świecami do płonących serc niewiast.
Msza św. w dzień Zmartwychwstania
Tradycja podaje, że do Grobu Bożego przyszły trzy niewiasty, nosiły nawet te same imiona: trzy Maryje. Słyszeliśmy o tym w czasie Wigilii Paschalnej. Dzisiaj Ewangelia opowiada tę najpiękniejszą na świecie historię dalej. Maria Magdalena trafiła do Piotra i Jana. Zdaje się ona jeszcze nie Wierzyc w to, co się stało. Zdarza się, że nie umiemy powiedzieć, czy niezwykłe wydarzenie z życia bolo jawą czy snem? Zdaje się, że w sercach niewiast, choć już usłyszały dobrą nowinę, jeszcze odzywa się ludzka niepewność. Wystarczy, że Magdalena odeszła trochę od światła a już cień ogarnął jej duszę i widziała pusty grób oczami człowieka: zabrano Go i nie wiem, gdzie Go położono… Uczniowie pobiegli do grobu. O czym wtedy myśleli? O czym może myśleć człowiek, któremu powiedziano, że grób jego bliskiej osoby jest otwarty i pusty? Z Bożego Grobu jednak nie ziała ciemność i pustka, ale światłość i życie. Ta światłość oświeciła dusze Apostołów i choć i oni nie zobaczyli Chrystusa na własne ludzkie oczy, uwierzyli, że powstał z martwych. Otwarty grób stał się jak otwarte usta, które wołają: On zmartwychwstał!
Czy możliwe jest, by nie wierzyć w Zmartwychwstanie? Jest możliwe, Kidy jest się daleko od Jego znaków. W Rzymie jest Bazylika Świętego Krzyża Jerozolimskiego. Są tam zebrane relikwie, pamiątki znaki męki i śmierci Chrystusa. A gdzie jest taka bazylika, w której są znaki Jego zmartwychwstania? A są to: kamień, na którym leżało Jego Ciało, Słowo Dobrej Nowiny, świadkowie, którzy sami Go spotkali, tchnienie przebaczenia, łamanie chleba, i wewnętrzny pokój, który jest nam przekazany. Gdzie to wszystko jest? Jest w każdym kościele strzeżone pieczołowicie podczas Mszy św. Czy możliwe jest nie wierzyć w zmartwychwstanie? Tutaj wśród znaków nie jest to możliwe, tak jak przy grobie uwierzyły niewiasty i Apostołowie. Ale jeśli się jest daleko od znaków? Daleko od ofiarnego kamienia, daleko od Słowa Dobrej Nowiny, daleko od świadków, daleko od łamania chleba i daleko od znaku pokoju, ogólnie daleko od kościoła, to jest się daleko od wiary a bliżej zwycięstwa śmierci. Kto jednak w niedzielny poranek wstaje i idzie do tych znaków, które mamy tu i każdym kościele, sam zbliża się do światła, oddala się od śmierci i przybliża do życia, wychodzi z ciemności i wchodzi do światła. Taki człowiek sam staje się świadkiem i może nieść tę radosną wiadomość bliźnim. Życie każdego, kto doświadczył zmartwychwstania ma się na życie. Kiedy wiem, że mam przed sobą życie, chce mi się żyć. W ten sposób Chrystus zmartwychwstały udziela nam trochę ze swojego życia. Dopełnieniem Ewangelii jest spotkanie w Komunii św. spotkamy Go żywego i to zaraz.

Strona 14 z 89

logo

caritas

Liturgia na dziś

Copyright © 2026 Parafia Św. Józefa w Sandomierzu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.
DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd