Dzisiejsza Ewangelia to znana przypowieść o robotnikach w winnicy. Winnica jest oczywiście symbolem Bożego Królestwa. Św. Grzegorz Wielki wyjaśniał ją na dwa sposoby. Z jednej strony Pan Bóg w różnym czasie powołuje różne narody do swojego królestwa, to znaczy wyznacza każdemu narodowi jakiś szczególny czas, wychodzi po niego przez znaki w postaci świętych, objawień czy wydarzeń historycznych. Jest to czas by wyciągnąć ręce z kieszeni i przestać się snuć po agorach tego świata i wejść do Królestwa Bożego. Może takie wezwanie dla nas dzieje się na naszych oczach, kiedy z jednej strony piętnują nas Polaków za zacofanie a z drugiej poszczególni ludzie z zachodu i wschodu podziwiają nas za porządek, bezpieczeństwo i kręgosłup moralny? Św. Grzegorz mówi też o indywidualnym wezwaniu skierowanym do każdego z nas. W Ewangelii mamy godzinę szóstą, dziewiątą, jedenastą, czas płynie, czas ucieka, a wieczność czeka. Skąd mogę wiedzieć, czy godzina, która właśnie bije w moim życiu jest jego południem? A może to już ostatnia godzina i więcej nie będzie?

         Przypowieść ta jest przestrogą przed postawą faryzejską. To, że jedni pracują dłużej a inni dłużej przeżywają niepewność czy ktoś ich w ogóle wynajmie nie ma związku z zapłatą – wszyscy dostają po denarze. Zbawienia nie da się kupić, ono zawsze jest łaską od dobrego Boga. Człowiek uchodzący w swoich oczach za sprawiedliwego jest tak samo daleko od doskonałości Bożej jak autentycznie poszukujący. Nie ma też dróg łatwiejszych i trudniejszych. Może ktoś pracuje w Bożej Winnicy dłużej, ale za to z większą pewnością i blisko kochającego Gospodarza. Może ktoś nawrócił się później i pracował krócej, ale o ile więcej ryzykował błąkając się po świecie? Nie ma co zazdrościć bliźniemu łaski Bożej.

         Na koniec następuje moment sądu – sprawdzian dla pracujących. Tych najwcześniej zatrudnionych Pan wynagradza na koniec, żeby sprawdzić jak zareagują. Człowiek tak często nie umie cieszyć się z tego kim jest czy uszanować własnej relacji z Panem Bogiem, ale jedynym kryterium jego samooceny jest porównywanie się z innymi. Denar to była normalna uczciwa i godziwa zapłata, ale ci ludzie czuli się pokrzywdzeni na wyrost. Nas często nie boli własna strata, ale zysk bliźniego. Włoski kompozytor Antonio Salieri jako dziecko chodził do kościoła ufundowanego przez kupców. Ktoś tam na ołtarzu wymalował wizerunek Pana Boga, do którego pozował stary kupiec. Na fresku Bóg miał twarz i oczy handlarza i mały Antonio wychowany w kupieckiej rodzinie od dziecka uczył się „transakcji” z Bogiem. Za łaski czy szkolne sukcesy „płacił” postami, modlitwami czy dobrymi uczynkami. A kiedy chciał coś dla siebie wyprosić to zwiększał liczbę pacierzy, dobrych uczynków i postów. Miał marzenie zostać najwybitniejszym kompozytorem na świecie. W tym celu ożenił się z rozsądku, złożył ślub czystości, pomagał ubogim ucząc muzyki i hojnie dawał jałmużny oraz pisał muzykę do kościołów a także należał do wszystkich charytatywnych stowarzyszeń. Rzeczywiście po pewnym czasie stał się nadwornym muzykiem cesarza Józefa II i pisał wspaniałe utwory i opery. Tyle, że w tym samym czasie pojawił się inny utalentowany muzyk i kompozytor Wolfgang Amadeusz Mozart. Salieri był dobrym muzycznym rzemieślnikiem, ale talentem nie dorastał Mozartowi do pięt. Jak opisuje znany dramat, włoski muzyk obraził się na Boga. Uważał, że Bóg jest mu coś winien za całe życie pełne pobożności, czystości, poświęcenia i dobrych uczynków. Stało się jednak inaczej. Dziś praktycznie każdy zna to nazwisko, a wielu nawet kojarzy jego melodie, zaś o Salierim mało kto pamięta. Włoski muzyk zachował się tak, jak robotnicy w winnicy: zamiast cieszyć się swoją sławą i dorobkiem zazdrościł chorobliwie talentu, czegoś, co daje tylko Bóg. Zazdrościł bliźniemu denara.

Robotnicy pracujący od pierwszej godziny maja pretensje do Pana: „oto my tyle czasu znosiliśmy ciężar dnia i spiekoty”. Ich zazdrość obnażyła smutną prawdę: praca w Winnicy Bożego Królestwa nie dawała im satysfakcji, ale była traktowana jako udręka. To tak jakby wierny powiedział do Boga po śmierci: to Ty Boże chcesz posadzić w niebie nawróconego grzesznika obok mnie, który tyle lat znosiłem ciężar wiary i przyjaźni z Tobą. Jeśli wiara i przyjaźń z Bogiem są ci takim ciężarem, to może nie pchaj się do nieba, gdzie żyje się z Bogiem na wieki?

         Ewangelia używa również takiego zwrotu: „czemu patrzysz złym okiem na to, że jestem dobry?” Jedna wierząca kobieta w naszym kraju z XXI wieku powiedziała mi kiedyś: niech ksiądz mówi co chce, ale ja wierzę w te „ślepia”. Jak taki jeden konkretny sąsiad czy sąsiadka na coś popatrzy i nawet pochwali, to na pewno się nie uda: plon będzie lichy, kurczęta czy prosięta wyzdychają, itp. W starożytności, tak jak dzisiaj miejscami u nas, wierzono w uroki rzucane za pomocą tzw. złego oka. Dzisiejsza Ewangelia naprawia te przesądy. To nie urok rzucany złym okiem szkodzi. Złe oko to oko zazdrosne, a to zazdrość niszczy, wysusza i uśmierca. Zazdrość jest grzechem który marnuje własne dary jakie mamy od Boga. Spróbujmy cieszyć się darami własnymi i bliźnich. Bóg w niebie koronuje tak naprawdę dary, które sam rozdał. Spróbujmy co wieczór wymienić na modlitwie 3 dary, które mamy od Boga bez naszych zasług, a to szybko uleczy nas z zazdrości.

Our website is protected by DMC Firewall!