Dużo się zmieniło. Dzisiaj nikt nie czuje presji: idę do kościoła, bo wszyscy idą. Dzisiaj ludzie publicznie obrażają Boga i choć to jeszcze oburza, to nic poza tym się nie dzieje. Wolno nam i zachęcani jesteśmy do tego, żeby tu nas nie było. A my przyszliśmy mimo wszystko. Po co? Chyba po to, żeby także mimo wszystko poprosić Pana Boga słowami zaśpiewanego dzisiaj Psalmu 125: „Daj mi poznać Twoje drogi Panie, naucz mnie chodzić Twoimi ścieżkami, prowadź mnie w prawdzie według Twych pouczeń, Boże mój i Zbawco, w Tobie mam nadzieję”. Ta sama prośba brzmiała w sercu św. Franciszka Salezego, którego wspomnienie dzisiaj obchodzimy, w czasie jego najgłębszego, wewnętrznego kryzysu, który przeżywał w latach młodości.

         Kiedy zaczynamy myśleć o tym, jak święty jest Pan Bóg, to my – ludzie wypadamy blado. Co musi zrobić człowiek, żeby się zbawić, skoro nawet najwięksi święci męczennicy musieli wycierpieć takie katusze, żeby zasłużyć na niebo. Dla Pana Boga trzeba być gotowym przelewać krew, a nowoczesny człowiek nie potrafi dla Niego nawet wstać o pół godziny wcześniej niż zwykle. Podobnie myślano w XVI w. Coraz więcej ludzi, widząc swoje słabości, bało się panicznie Bożego Sądu i piekła. Wtedy renesansowi papieże dali możliwość odpustów, które miały skracać długie i srogie lata kar w czyśćcu, ale trzeba było za nie po prostu zapłacić pieniędzmi. Wystąpił wtedy Marcin Luter, który wcale nie sprzeciwiał się temu piekielnemu myśleniu. Sprzeciwił się tylko odpustom: nie trzeba już ich kupować, bo kupi je dla nas sam Pan Jezus, a kupi je dla tych, którzy po prostu w to uwierzą. Jan Kalwin, działający w Genewie mówił podobnie: Bóg gniewa się na ludzi śmiertelnie i każdy człowiek zasługuje na piekło, ale dla niektórych Jezus Chrystus wykupił odpust swoją krwią, załatwił im uniknięcie piekła, jedynym problemem dla protestantów było: czy akurat ja znajdę się na liście tych wykupionych? Wystąpienia Lutra i Kalwina nie miały w sobie nic z ducha nawrócenia, jakiego domagał się Pan Jezus. Były w zasadzie tym samym czym był wcześniej handel odpustami: jakimś obejściem na liczniku grzechów. Tak jak ludzie robią nielegalne obejścia na wodomierzach i gazomierzach tak wtedy próbowano znaleźć obejście na „grzechomierzu”. Dzisiaj to myślenie się nie zmieniło. Dzisiaj wciąż przeciętny człowiek, który odróżnia dobro od zła nie uważa się za ukochane dziecko Boże. Raczej myśli, że miłość Boża jest dla „wybitnych”, dla tych, którzy nie grzeszą, tak jak nie grzeszymy między spowiedzią a komunią wielkanocną – jesteśmy w stanie wytrzymać te parę dni. Skoro miłość Boża, a więc świętość jest nie dla wszystkich, to my dzisiaj nie kupujemy sobie odpustów ani nie próbujemy wierzyć, że Pan Jezus to za nas zrobił, ale po prostu mówimy: „dziękuję, to nie dla mnie”. Ja nie będę świętym, wybieram bycie chrześcijaninem od Bożego Narodzenia do Wielkanocy. A coraz więcej jest takich ludzi, którzy dobrowolnie godzą się na to, że miłość Boża jest nie dla nich, a więc całkowicie odwracają się i grzech jest wszystkim, co im jeszcze z życia pozostaje. Skoro jest tylko pustka i grzech – nie chcą się wyrzekać grzechu.

         Tymczasem pierwsze orędzie Pana Jezusa, które słyszymy w dzisiejszej Ewangelii mówi: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”, albo „Nawracajcie się, bo bliskie jest Królestwo Boże”. Ta kolejność jest nieprzypadkowa. Nawrócenie musi być wcześniej, zanim można w ogóle mówić o wierze. Człowiek, który się nie nawraca nie ma co nazywać się „wierzącym”. Nawrócenie musi nastąpić najpierw, zanim zabierzemy się do budowania Królestwa Bożego, czyli szczęścia tu na ziemi a zbawienia w niebie. A nawrócenie nie jest zmianą postępowania ze złego na dobre. Jest nazywane metanoią, a więc jest zmianą myślenia ze złego na dobre, z nieprawidłowego na prawidłowe. Właśnie tak prawidłowo zaczął myśleć św. Franciszek Salezy. Doszedł do wniosku, że nie trzeba się zastanawiać nad zasługiwaniem na Bożą Miłość, ale trzeba tę miłość po prostu praktykować. Nawrócenie to świadomość tego, że Bóg kocha także grzesznika. Kiedy nie ma miłości Bożej grzech jest wszystkim, co człowiekowi pozostaje. Franciszek Salezy już jako biskup chodził po alpejskich odludziach, dochodził do małych wioseczek i pojedynczych gospodarstw i tam rozmawiał, albo zostawiał małe karteczki z krótkimi wiadomościami. Tłumaczył ludziom, że są pewne łaski, które Bóg daje tylko grzesznikom, np. łaska nawrócenia albo łaska żalu za grzechy, a więc grzesznik też jest zanurzony w miłości Bożej. Kiedy człowiek to zrozumie, grzech zaczyna być balastem, przeszkodą w miłości, staje się niepotrzebny, wstydliwy i w końcu odrzucony. W ten sposób świętość jest dla każdego. Dzisiaj słyszeliśmy w Ewangelii, jak Pan Jezus spotkał swoich uczniów przy połowie ryb, płukaniu sieci lub ich naprawianiu. Spotkał ich i powołał. Skoro św. Piotra Pan Jezus spotkał przy dziurawych sieciach, to także i Ty możesz spotkać się z Panem Jezusem przy komputerze, przy garnkach, przy naprawianym samochodzie czy robieniu na drutach. Pan Jezus chce Cię spotkać przy takich prostych czynnościach i przedstawić Ci proste pomysły, co zrobić konkretnie dzisiaj. Tylko trzeba pamiętać, że pomysły Pana Jezusa nie są nigdy pojedyncze. Te małe i proste są zawsze początkiem większych i największych. Nie zbywajmy na później małych natchnień Bożych, bo one oznaczają, że spotkał Cię Pan Jezus i zaproponuje Ci coś wielkiego.

Ks. B. Krzos

 

logo

caritas

Liturgia na dziś

Copyright © 2021 Parafia Św. Józefa w Sandomierzu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.
DMC Firewall is a Joomla Security extension!