Czytając Biblię możemy prześledzić wspólne dzieje Boga i człowieka. Widzimy wyraźnie wszystkie szanse, jakie Pan dawał człowiekowi i możemy zobaczyć równie wyraźnie ile razy człowiek zawiódł swojego Boga. Wiemy, że po czasach wielkich królów Saula, Dawida i Salomona państwo Ludu Wybranego rozpadło się na dwie części. Część północna nazywana jest w Biblii Królestwem Izraela lub Królestwem Efraima. Wraz z podziałem Królestwo Izraela odeszło od prawdziwej wiary w Boga. Bóg najwyższy miał tylko jedną świątynię w Jerozolimie i tam mieli pielgrzymować jego wierni. Dla mieszkańców Królestwa Izraela Jerozolima była już za granicą, więc nie ma się co dziwić, że królowie nie chcieli, żeby ich poddani pielgrzymowali za granicę, bo mogło to doprowadzić do rozpadu kraju lub buntu. Wpadli więc na pomysł, że będą czcili Boga po swojemu. Mieli u siebie miejsce, w którym wiele lat wcześniej śpiącemu Jakubowi przyśniła się drabina sięgająca nieba. To miejsce nazywało się Betel czyli „Dom Pana”.

Tam królowie izraelscy zbudowali świątynię, postawili tam złotego cielca, który miał symbolizować naszego Pana Boga i jednoczyli swój naród wokół tego sanktuarium. Nie szczędzili złota i srebra, nagromadzili też wielkie dobra w swojej świątyni, żeby mieć zabezpieczenie na świetlaną przyszłość. Zaczęło się więc niewonnie, ale szybko do kultu dołączyli inni „bogowie” na czele z Baalem. Kapłaństwo i proroctwo stało się „zawodem”, z którego można było nieźle żyć. Taki „prorok” przepowiadał szczęście i błogosławieństwo temu, kto więcej zapłacił. Taki upadek wiary nie podobał się Panu Bogu. „Pan Bóg nie ruchliwy, ale sprawiedliwy” – mówi przysłowie. W końcu widmo kary zawisło nad Królestwem Izraela, a było to imperium Asyryjskie, bardzo potężne i krwawe, które chciało opanować wszystkie mniejsze państewka leżące dokoła. Ale Pan Bóg nie zostawił swoich niewiernych dzieci. Właśnie w tych czasach datuje się największa aktywność proroków, którzy ostrzegali przed karą. Byli to: Ozeasz, Jonasz i Amos, o którym słyszymy w dzisiejszym I czytaniu. Pan Bóg powołał na proroka Amosa – człowieka, który zajmował się nacinaniem drzew. Nacinanie pni i poszczególnych owoców polega na zadawaniu „ran” drzewom. Dzięki temu puszczają one soki i przynoszą obfitszy owoc. Co więcej, takie „rany” mogą sprawić, że drzewo, które dotąd nie dawało żadnych owoców – przyniesie je w obfitości. Kiedy Amos stanął przed królewskim sanktuarium w Betel, tamtejszy kapłan kazał mu iść precz. Myślał, że ma do czynienia z którymś z „zawodowych” proroków, którzy są jak flaga na wietrze: mówią to, co w danej chwili przynosi największy pożytek. Tymczasem Amos nie legitymował się „zawodem” proroka, ale powołaniem. Pan powołał go od jego trzody i od jego zajęcia w sadzie. Kazał mu iść i nauczać Izraela. Nie usłuchali głosu człowieka powołanego. Bardzo szybko złote i srebrne talenty nagromadzone w królewskim sanktuarium na przyszłość musiały wystarczyć na daninę, jaką upokorzony Izrael zapłacił Asysryjczykom.

         Dzisiejsze Słowo Boże uczy nas czym jest prawdziwe powołanie. To nie jest umiłowanie „zawodu”. To wezwanie Pana Boga, które potrafi oderwać człowieka: młodego i nie tylko młodego od wszystkich jego dawnych zajęć i planów.

         Kiedy w Piśmie Świętym jest mowa o tym, że dwóch ludzi zgodne coś twierdzi, to zazwyczaj mamy do czynienia ze świadkami. Prawdziwe powołanie to dawanie świadectwa, to znaczy opowiadam o tym, czego sam doświadczyłem.

         Prawdziwe powołanie to całkowite zaufanie Panu Bogu. To wiara w to, co niemożliwe. Zupełnie jak w anegdocie, w której ludzie podczas wielkiej suszy zamówili w swoim kościele mszę świętą o deszcz. Kiedy zgromadzili się licznie, starszy proboszcz popatrzył na nich i był zasmucony. Powiedział do zgromadzonych: „Pan Bóg spełnia wszystkie prośby, gdy się wierzy w to, że je spełni, a nie widzę, żeby ktokolwiek przyszedł do kościoła z parasolem”.

         Powołanie odznacza się wiarą podobną do niewinnego dziecka. Kiedy byliśmy na początku lipca w czasie Oazy Dzieci Bożych na Świętym Krzyżu, wiadomo, że dzieci wymagały tam 100% uwagi i troski. My opiekunowie byliśmy już zmęczeni, a dzieci pełne życia. W pewnym momencie prawie wszystkie zbiegły się w jedno miejsce bo znalazły tam małego węża. Oczywiście co odważniejsi zaczęli go dotykać patykami albo palcami. Ponieważ nie miałem już siły, żeby kolejny raz ich uspokoić powiedziałem: „nie dotykaj tego węża, bo cię kopnie”. Dzieci bardzo szybko zabrały swoje palce. Dopiero po chwili pojawiło się pytanie: „A czym wąż może nas kopnąć?” Właśnie w takich sytuacjach wychodzi na jaw dziecięce zaufanie i wiara w to, co mówią do nich dorośli. Obyśmy wszyscy, a zwłaszcza my – powołani potrafili z taką wiarą przyjmować wszystko to, co mówi do nas Pan Bóg.

         Kiedy w Kościele brzmi Ewangelia o tym, że Apostoł powołany i posłany przez Pana Jezusa nic nie bierze ze sobą na drogę przypominają mi się groźne słowa, które opowiadał kiedyś jeden z rekolekcjonistów głoszących kazania dla księży. Ten kapłan wcześniej wiele lat pracował w Niemczech. W jednym zabytkowym, gotyckim, średniowiecznym niemieckim kościele stoi piękna, kamienna, rzeźbiona chrzcielnica. Ponieważ wpadały niej muchy, kurz i różne śmieci, postanowiono przykryć ją szklaną pokrywą, żeby nie zasłonić średniowiecznych rzeźb. Kształt był nietypowy, więc to kosztowało tysiące euro. Jednak już kilka dni po kupieniu pokrywy, jakaś nieostrożna mama posadziła na niej swoje dziecko, żeby zawiązać mu but. Pokrywa pękła i dziecko o mało co się nie pokaleczyło. Wtedy podjęto decyzję, żeby zamówić nową pokrywę ze specjalnego szkła hartowanego, która kosztowała dziesiątki tysięcy euro. Wtedy jeden ze starszych niemieckich księży powiedział: „Zauważcie, kiedy zaczęły się kłopoty w niemieckim kościele? Dokładnie wtedy, kiedy zaczęły się prawdziwe pieniądze”. Ileż to zakonów i instytucji kościelnych na Zachodzie Europy czy w USA po II wojnie światowej poświęcało wiele trudu, żeby kupować ziemię, nabywać budynki, budować nowe gmachy i zabezpieczać przyszłość. Teraz mają oszczędności, budynki, ziemię i zabezpieczenie, z jednym wyjątkiem: nie mają już przyszłości bo nowicjaty opustoszały a średnia ich wieku zbliża się do 80 lat.

         Bogu niech będą dzięki za wszystkich kleryków studiujących w naszym seminarium. Chwała Bogu za wszystkich kandydatów, którzy zgłosili się i zgłoszą w tym roku. Ale chyba każdy zauważy fakt, że w seminariach i nowicjatach zakonnych w Polsce zaczęło się robić pusto dokładnie wtedy, kiedy oddano do użytku nowe budynki, piętra, pokoje i sale.

         Powtórzmy słowa popularnej pieśni pielgrzymkowej, która wzywa do całkowitego zawierzenia i zaufania Panu Bogu na drodze życia, szczególnie osób powołanych:

         „Gdy uczniów swych wysyłał Pan, by nieśli wieść radosną, żegnając ich dał swoją moc i mówił tak z miłością: Nie warto na drogę tę sandałów i płaszcza zabierać. Nie trzeba nam srebra brać, o dach nad głową zabiegać”.

         Niech te słowa towarzyszą naszej modlitwie o powołania, zwłaszcza w tym czasie, kiedy nasza młodzież w ciszy swojego serca rozważa wybór swojej drogi życiowej.

Ks. B.Krzos

logo

caritas

Liturgia na dziś

Copyright © 2018 Parafia Św. Józefa w Sandomierzu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.
Free visitor tracking, live stats, counter, conversions for Joomla, Wordpress, Drupal, Magento and Prestashop
Our website is protected by DMC Firewall!