Każdy, kto pracuje w zespole, czy to w urzędzie, czy w przedsiębiorstwie czy większej korporacji na pewno spotkał się z jakimś niepowodzeniem. Bywa tak, że mamy wyznaczone zadania, dobrze zorganizowany zespół i dobrze podzielone obowiązki. Wszyscy pracują a tu nagle coś się nie udaje. Wtedy kierownik, albo szef najczęściej szuka winnego. Jeśli szuka to znajdzie i mamy niepotrzebne nerwy i złości. Tymczasem zapominamy o ważnej rzeczy, o której uczy nas Dzisiejsze Słowo Boże: na tym świecie po prostu tak bywa, że coś nie wychodzi zgodnie z planem mimo najszczerszych chęci.

 

         Podobnie bywa z kibicami w czasie mistrzostw świata w piłce nożnej. Kibice znają wartość zawodników grających w poszczególnych drużynach. Widzą ich podczas meczów ligowych i towarzyskich. Znają mniej więcej poziom gry tej czy innej drużyny i słusznie oczekują pewnych wyników od wybranych graczy. Tymczasem nierzadko życie toczy się zupełnie inaczej i mamy niespodzianki. To nic dziwnego na tym świecie. Ale wtedy zaczynamy szukać przyczyn i winowajców. Być może słusznie, ale nie wolno nam zapominać, że czasem nikt nie jest winny, a coś pójdzie źle.

         Jako wierzący opieramy obecność Boga i religii w życiu publicznym. Popieramy również zawierzenie poszczególnych miejscowości czy nawet całego kraju Najświętszemu Sercu Pana Jezusa czy Matce Bożej Fatimskiej. Popieramy tytułowanie Chrystusa Królem Polski a Matki Bożej Królową Polski. Ale może zdziwić, że ktoś myśli, że przez te wspaniałe i pobożne deklaracje wszystko odwróci się ku dobremu i będzie jak należy.

Kiedy zabieramy się do jakiegoś dobrego dzieła, to wydaje nam się, że powinno się udać. Kiedy wszystko właściwie jest przygotowane i zorganizowane, kiedy dodatkowo dzieło jest objęte modlitwą i samo w sobie jest dobre, to powinno się udać. Tymczasem tak nie jest. Nawet to, co dobre i Boże nie zawsze się uda, bo tak po prostu jest na stworzonym świecie. Chodzi o to, że nasz świat i my razem z nim, jako stworzenia, jesteśmy skażeni ułomnością i niedoskonałością. Nieraz nazywamy ją „czynnikiem ludzkim” i określamy jako najsłabsze ogniwo w procesie organizacji i działania.

Dzisiaj słyszymy jak Pan Bóg posyłał proroka Ezechiela. Wyposażył Go w Słowo Boże i moc czynienia cudów w Imię Boże. Posłał go do „ludu o twardym karku”. Ale sam Pan Bóg był świadomy tego, że ludzie mogą proroka nie posłuchać i mogą się nie nawrócić i przypominał o tym prorokowi. Podobne rozterki przeżywał zapewne także św. Paweł. Bibliści różnie tłumaczą jego słowa, które usłyszeliśmy w drugim czytaniu. Jedno z tłumaczeń jest takie, że Apostoł Narodów, pomimo swojej osobistej świętości i pełnego zaangażowania, a także modlitwy, postów i cierpienia nie odniósł stuprocentowego sukcesu i wielu ludzi po prostu go nie słuchało. Dlatego pisał: „aby nie wynosił mnie zbytnio ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował – żebym nie unosił się pychą”. Nie ma się co dziwić apostołowi i prorokowi, skoro sam Pan Jezus – wcielony Bóg też nie nawrócił wszystkich. Przyszedł do swojej ojczyzny. Był jej prawowitym królem, nie tylko dlatego, że jako Bóg jest królem całej ziemi, ale przecież przyszedł jako potomek królewski w linii prostej. Ale, jak mówi dzisiejsza Ewangelia, „nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu”.

Myślimy sobie: jak będę płakać i modlić się długo za konkretnego grzesznika, to on się nawróci i będzie dobrze. Myślimy sobie: jak ogłosimy Pana Jezusa Królem Polski i wybierzemy do władz ludzi pokroju św. Jana Pawła II czy Prymasa Wyszyńskiego to będzie dobrze. Co na takie dictum mówi dzisiejsze Słowo Boże? Mówi: być może będzie dobrze, ale być może nie będzie i co? Sam Pan Jezus dziwi się dzisiaj oporowi i niedowiarstwu człowieka.

Co w takim razie mamy zrobić, skoro nie ma gwarancji na to, że dobre dzieła będą udane, a złe legną w gruzach? Nie przestawajmy zwracać się do Pana Boga, jak mówią słowa Psalmu: „Do Ciebie wznoszę oczy, który mieszkasz w niebie. Jak oczy sług są zwrócone na ręce ich panów. Jak oczy służebnicy na ręce jej pani, tak oczy nasze ku Panu, Bogu naszemu, dopóki się nie zmiłuje nad nami”. Jest to wołanie z miłością i nadzieją, ale bez żadnej postawy roszczeniowej. Nie zapominajmy o tym, że nawet jeśli żądam czegoś dobrego, to wciąż jest to roszczenie. Przypominają mi się przeczytane słowa jednego ze studentów KUL-u – zmarłego przedwcześnie, młodego, świątobliwego człowieka. Jako siedemnastolatek napisał on „list” do Pana Boga, w którym wołał: „Ofiaruję się Tobie Panie Jezu w całości, na wszystko, czego ode mnie zażądasz. Nawet na wszystkie choroby, bóle i cierpienia. I nie chcę od Ciebie za to niczego ani w tym życiu ani w przyszłym. Robię to tylko z miłości do Ciebie”.

My – chrześcijanie umiemy zdobyć się na połowę tej postawy: za dobro, modlitwy, cierpienia i choroby nie oczekujemy nagrody doczesnej: pieniędzy, sławy, szczęścia. Ale bywa, że podświadomie oczekujemy nagrody nadprzyrodzonej: Bożego błogosławieństwa, nawrócenia wybranych przez nas ludzi, zasługi w niebie ponad innych, szczególnej łaski, itp. A także irytujemy się jakoś duchowo, kiedy tego nie dostaniemy. Panie Boże, oby nam wystarczały Twoje Słowa skierowane do Ezechiela i św. Pawła: czy się nawrócą, czy nie nawrócą, czy pójdzie dobrze, czy źle, czy dobre dzieło uda się czy się nie uda, będzie wszystkim wiadomo, że „jest prorok w Izraelu” oraz „wystarczy Ci mojej łaski – moc bowiem w słabości się doskonali”.

Ks. B Krzos

logo

caritas

Liturgia na dziś

Copyright © 2018 Parafia Św. Józefa w Sandomierzu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.
Free visitor tracking, live stats, counter, conversions for Joomla, Wordpress, Drupal, Magento and Prestashop
DMC Firewall is a Joomla Security extension!